29 czerwca 2016

Czas na hamburgera (KISS one shot)

01 maja 1978 roku, Atlanta, Georgia


Lew Linet sprawował opiekę nad zespołem KISS od początku jego powstania. Bardzo dbał, aby grupa prezentowała się odpowiednio dobrze nie tylko muzycznie, ale też wizualnie. Makijaż, stroje, scenografia - wszystko było jego pomysłem. Teraz zmierzał do pokoju hotelowego chłopaków, aby zaproponować im kolejne, jego zdaniem fenomenalne, udoskonalenia. 
Wszedł do środka. Na kanapie siedział Peter Criss oraz Gene Simmons, obok na fotelach Paul Stanley i Ace Frehley. Lew był zadowolony, że wszyscy czterej są w jednym miejscu. Od razu, bez zbędnych wstępów przeszedł do rzeczy i zapytał. 
- Chłopaki, który z was nie chce pluć ogniem na scenie?* - Paul, Ace oraz Peter szybko podnieśli ręce, oznajmiając tym samym, że nie mają ochoty na zabawy z ogniem. Tylko Gene, który źle usłyszał pytanie, siedział jak jakiś opóźniony w rozwoju. 
- Świetnie Gene, będziesz pluł ogniem - obwieścił zadowolony Linet, ciesząc się jednocześnie, że poszło tak łatwo, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. Wszyscy pozostali patrzyli na Gene'a. 
- Na co ja się właściwie zgodziłem? - Zapytał Simmons.
- Będziesz pluł ogniem - wyjaśnił mu Paul - czemu nie podniosłeś ręki, jak Lew nas pytał? 
- Bo usłyszałem: "Kto z was CHCE pluć ogniem" i zdziwiłem się jak we trzech się zgłosiliście.
- Współczujemy - rzucił Peter - uszy się myje a trzepie o umywalkę, a teraz zasuwaj do Lineta, może to jeszcze jakoś odkręcisz. 
___________________________________
*W rzeczywistości Gene pluł ogniem już wcześniej, bodajże w 1973 lub 75 roku. Wybaczcie, dokładnej daty nie pamiętam.
______________________ 
********************************
Naturalnie, nic już nie dało się odkręcić. Na kolejnym występie Gene, po piosence "Strutter" i swoim solo miał nabrać do ust nafty i zionąć ogniem. 
- A czy ja jestem jakimś pierdolonym smokiem! - Jęczał. 
- Nie płacz. Zostawiam ci tu instrukcję - powiedział Lew wskazując na butelkę nafty oczyszczonej oraz wręczając Simmonsowi pochodnię do zapalania - Przeczytaj, zastosuj się i nic ci się nie stanie. Gene naturalnie nie miał zamiaru czytać instrukcji. Widział jak profesjonalny połykacz ognia demonstruje swój "smoczy oddech" i trik wydawał mu się dość łatwy. Zaczął przygotowywać swój makijaż do występu, a później jak gdyby nigdy nic wyszedł na scenę, zostawiając w garderobie instrukcję, na której było napisane:
1. GENE, BĘCWALE, NIE KŁADŹ NA WŁOSY LAKIERU!!!
*******************************
Na scenie Gene właśnie wypełniał usta naftą, a do góry podnosił płonącą pochodnię. Za sekundę wypluje całą zawartość i już będzie po wszystkim. Peter na perkusji przyspieszył tempa. Werbel brzmiał jak na wojskowej paradzie. W kulminacyjnym momencie Gene splunął naftą przed siebie, a ognista burza wystąpiła do przodu na niemal trzy metry. Ogień zaślepił Gene'a. Fala po krótkiej chwili powinna była zniknąć w powietrzu, jak tylko nafta opadnie i wypali się, jednak tak się nie stało. Simmons poczuł nagłe ciepło po prawej stronie twarzy. To oczywiście lakier do włosów, którego użył zajął się ogniem. 
Ekipa techniczna na szczęście szybko ugasiła płonącego Gene'a kocami, powalając go na deski sceny.
- Hot, hot, hotter than hell ... - zanucił Simmons, po mimo wypadku, zadowolony z siebie - Dałem czadu, nie?
- Miałeś pluć ogniem, a nie robić z siebie żywą pochodnię - powiedział Paul, klęcząc nad przyjacielem. 
- Po prostu gorący ze mnie facet - odparł niczym nie przejęty - A podpalić się na koncercie... to też nie wąski skill - dodał.
Po tych wydarzeniach Lew Linet zaproponował zespołowi miesiąc przerwy. Gene'owi wprawdzie nic się nie stało, nie miał nawet poparzonej twarzy, bo techniczni zareagowali błyskawicznie, ale upalone włosy trzeba było skrócić. 
Zespół wrócił do Nowego Yorku na miesięczne wakacje.
______________________________________
13 maja 1978 roku, Nowy York, club&bar CBGB

Klub CBGB  był spełnionym marzeniem Hilly'ego Kristala. Grali tu Ramones, Talking Heads, Blondi czy inne punkowe i hard rockowe sławy. Był też swoistą mekką artystów, głównie pochodzących z Nowego Yorku. Można tu było spotkać Iggy'ego Popa albo Patti Smith. Częstym gościem byli również muzycy z KISS, którzy trafili właśnie na wymuszoną w wyniku ostatniego wypadku na scenie, przerwę w trasie "Alive II Tour".
-Czuję się tu jak u siebie w domu - westchnął Paul i pociągnął łyk zimnego piwa. 
-Chcesz mi powiedzieć, że u ciebie w domu klei się podłoga, goście rzygają pod stolikami, jedzenie jest zawsze zimne, a w kiblu masz oszczane kafelki? - Zażartował Gene i uśmiechnął się szeroko do kelnerki, która właśnie sprzątnęła z ich stolika puste kufle. 
-Nie. Debilu. Gdyby nie sentyment, jakim darzę to miejsce to wcale nie przychodziłbym do tego chlewu, potraktuj moją wypowiedź metaforycznie. I przestać taksować wzrokiem tę biedną dziewczynę - powiedział Stanley, widząc jak jego przyjaciel śledzi każdy ruch młodej kelnerki, która uwijała się za barem. 
-Zazdrosny? - Spytał Gene i uniósł znacząco brew spoglądając na towarzysza.
- Przyszło ci kiedyś przez myśl się ustatkować? - Zaczął Paul - Znaleźć tę jedną jedyną dziewczynę, z którą będziesz chciał spędzić resztę swojego życia? Założyć rodzinę, mieć dzieci? - Kontynuował niczym wprawiony kaznodzieja na niedzielnym kazaniu. Gene ziewnął. 
- Chyba cię pojebało przyjacielu. Wybacz, ale w moim mniemaniu słowa: "I że cię nie opuszczę aż do śmierci" brzmią wiarygodnie dopiero po 60-tce. Wtedy można takie rzeczy obiecywać, przynajmniej jest szansa, że się dotrzyma obietnicy. 
- A ja tam zamierzam się zakochać - postanowił Paul lekceważąc słowa kolegi.
- A ja zamierzam poruchać - obwieścił równie zdecydowanym tonem Gene - po czym dodał - Poza tym, to mam wrażenie, że ty tą swoją "miłością" kiedyś kogoś zabijesz Paul. A tak w ogóle, to idę szczać - powiedział, po czym skierował swoje kroki do niezbyt przyjaznych toalet CBGB.
Wszedł do środka i popatrzył z politowaniem. Gene nie należał do osób przesadnie dbających o czystość, ani też brzydzących się ogólnym syfem jaki panował w toaletach publicznych. Wkurzało go jedynie, że ludzie zawsze zostawiali tam za sobą jakiś bajzel.
- Pole, kurwa, bitwy a nie sracz - skwitował - Nie wierzę, że ci ludzie przychodzą tu tylko spuścić z wora. Wszystkie te kible wyglądają, jakby ludzie musieli tu walczyć o życie. Papieru najebane, narwane, narzucane gdzie popadnie, w kiblu nasrane, ja pierdole. Od czego jest spłuczka. Kurwa, zamiast tej szczotki powinni tam stawiać miecze chyba.
- Stanął przy pisuarze i błogo odetchnął, gdyż pęcherz już go uwierał. Stał tam i gapił się w sufit bo na podłogę nie mógł. Za dużo syfu. W pewnej chwili do bidetu obok podszedł jakiś facet. Zdrowo już napruty. Gene modlił się aby tylko koleś nie obszczał mu nogawek. Ale oczywiście stało się to czego się spodziewał.
- No panie! Kurwa! - Wrzasnął Gene kiedy ciepły mocz spłynął mu nogawką do buta. Facet obok miał ewidentnie kłopot w pocelowaniem tam gdzie trzeba.
- Sorry ... sorry - wybełkotał.
- SORRY?! Złap się wory! Koleś! Ja pierdolę, czy to naprawdę tak trudno naszczać DO kibla, a nie obok?! Szczasz pięć minut i trafiasz, ale na koniec, nie! Zamiast strzepnąć małemu kropelkę to O! TRZY SIKNIĘCIA OBOK! Żeby zaznaczyć, że się było! Szkoda, że nie złapiesz tego swojego ... jakkolwiek go nazywasz ... Dżordża i nie wymalujesz tu znaku Zorro! Albo lepiej! Podpisz się kurwa gościu tymi szczynami! - Wydzierał się Gene - Napisz "TU BYŁEM: John Smith ... z domu Caroll, imię z bierzmowania Peter, ale chciałem Michael" ...
- Alee oo szo co choodzii?! - Bełkotał zdezorientowany pijaczek, zupełnie nie rozumiejąc czego basista chce. - Przecieszsz sięe wyjszczałem.
- Tak, kurwa. Na moje nogawki! - Podsumował Simmons. Popatrzył na faceta przed nim i doszedł do wniosku, że jego przemówienie nie ma sensu. - Do kogo ja się strzępię? - Zapytał sam siebie. Umył ręce i wychodząc podjął ostatnią próbę zadbania o czystość w toalecie CBGB:
- Panie - powiedział do pijaczka - Ale weź pan tę szczotkę co stoi obok i to przetrzyj chociaż, serio, to jest szczotka i do tego służy. To nie jest jeż z wzwodem albo z drewnianą nogą, to szczotka.
______________________________________________________

16 maja 1978 roku, Yorktown Heights, Nowy York

Kim byłby Gene Simmons bez swojego przyjaciela z zespołu? On sam uważał, że i bez grania w KISS byłby zajebisty, ale to dyktował mu wyłącznie jego prywatny narcyzm. Jak by nie było, Gene'owi trudno było się obejść bez swojego kumpla, tym bardziej kiedy czuł, że Paul zaczyna świrować. Tak jak teraz. Obiecanki, a raczej groźby w stylu "planuję się zakochać" dla Paula Stanleya zawsze kończyły się źle. A kiedy coś miało się skończyć źle do akcji wkraczał Gene Simmons sprawiając, że katastrofa była tłumiona już w zarodku. Zatem Gene wykazywał dużą dozę sprawowania kontroli nad sytuacją, zawsze jednak robił to w "białych rękawiczkach", tak, żeby nikt się nie zorientował. 
Tym razem pretekstem do odwiedzin Stanleya była błahostka. 
Gene stanął na ganku letniej rezydencji kolegi i zapukał kołatką. Naturalnie nie czekał na odzew ze strony Paula i sekundę później sam wparował do mieszkania, kierując swoje kroki prosto do kuchni, w której zaczął przetrząsać zawartość lodówki oraz zaglądać pod pokrywkę każdego garnka. 
- Co na obiad kochanie? - Zapytał wiedząc, że Paul stoi tuż za nim. 
- Nic - odparował Stanley wyraźnie rozdrażniony zachowaniem kolegi, do którego bądź co bądź powinien się już przyzwyczaić. 
-Hm. Wczoraj też było nic - zasmucił się Gene. 
- No widzisz. Nagotowałem na dwa dni - wycedził Paul - Co tu robisz Gene? Oczywiście, poza wpierdalaniem zawartości mojej lodówki. 
-Potrzebuję towarzystwa. Muszę mieć nowe zdjęcie do paszportu, bo w tym kończy mi się okres ważności, a poza tym - pokazał na swoje włosy - mam wszak nową fryzurę i nie przypominam siebie. Pójdziesz ze mną? 
- A mam wyjście? - bąknął Paul - Czekaj, tylko skoczę po kluczyki do auta, pojedziemy moim. 
***********************

Tego samego dnia, zakład fotograficzny Sarah D'Ambra, Nowy York

Mijała druga godzina w zakładzie fotograficznym i Paul powoli dostawał pierdolca. Podobnie zresztą jak kobiety pracujące w studiu Sary D'Ambry. Gene ciągle narzekał to na oświetlenie, to na niewygodne krzesło albo zła aurę. 
- Nie, nie skasujcie to. Tu wyglądam jak naćpany. 
- Tu mam złe światło. 
- To mnie pogrubia. 
- Tu oko przymknąłem. 
- Chyba mrugnąłem, jeszcze raz. 
- Tu znowu mam odrosty. 
- Powinno być coś do graficznej obróbki zdjęć ... hmmmm .... nazwałbym to photoshop.
- CZY JEST TU PHOTOSHOP?!
-Boże, chyba zatrudnię grafika, tego co nam robi okładki do płyt.
*****************
Kiedy Gene i Paul wyszli od fotografki, było już późne popołudnie. Gene miał cztery odbitki do paszportu, ale ciągle był niezadowolony z efektu.
- Wyszedłem jak patafian. Mam tu ryj krzywy jak klucz wiolinowy - patrz Paul.
- Nie, to nie przypadek. Masz taki ryj i nic już nie można z tym zrobić. Między innymi to dlatego nosimy makijaże na scenie.
-Nie uchwycili mojego naturalnego sexapilu - żalił się Simmons.
- Twojego .... czego?! - Żachnął się Paul.
- Sexapilu. To coś czego ty nie masz - odciął się Gene - Czemu mi choć raz nie przyznasz, że jestem przystojny, chyba na to zasługuje, a poza tym, to faktycznie jestem, kurwa, boski.
- Jesteś największą atencyjną kurwą jaką znam, Gene - ironizował Stanley.
- Śmiej się. Ale nawet gdybym miał być męską dziwką, to byłbym w tym najlepszy.
- Skończ już biadolić. Choć do Wall-Marta. Muszę zrobić zakupy, bo trzeci dzień z rzędu będzie "nic" na obiad.
****************
Tego samego dnia, supermarket Wall-Mart

Paul biegał między półkami w poszukiwaniu produktów, które nie przysparzały problemów w przyrządzaniu. W koszyku miał więc kilka pudełek pizzy mrożonej, puszki, ciastka oraz oczywiście piwo. Tymczasem Gene przechadzał się między alejkami i z nudów czytał etykiety.
-Hej Paul! - Zawołał kolegę.
- Czego? 
- Patrz. Nektar z owoców o nazwie Valfiutta. Czaisz? Val - fiuta! - Powiedział i wybuchnął gromkim śmiechem. 
- Valfrutta idioto. Tam jest napisane Valfrutta. Dobra, mam już wszystko, możemy wracać do domu - powiedział Paul, po czym obaj skierowali kroki najpierw do kasy, a potem na podziemny parking i wrócili do domu.
********************************
Dom Paula Stanleya, Yorktown Hights, Nowy York

Paul rozpakowywał zakupy podczas kiedy Gene okupował kanapę w salonie i oglądał program Oprah Winfrey. Gdy Stanley skończył dosiadł się do kolegi. Przez chwilę milczeli. W końcu wokalista się odezwał.
- Emmm ... Gene, wiesz, że jest już 23?
-No i co w związku z tym?
- No nie wiem, może czas żebyś szedł już do siebie czy coś ... 
- Jak zwykle mnie wyrzucasz - obruszył się Gene - Paul, kurwa, czy ty się w nocy zamieniasz w jakiegoś wilkołaka?! Co za różnica, czy posiedzę tu do 23 czy 2 w nocy?! A jak masz ochotę pooglądać porno i zabawiać się swoim turboptysiem to luz, nie musisz się krępować.
- Turbo ... czym?! Eh. Nie ważne - westchnął - Teoretycznie, różnica jest żadna. Praktycznie, głąbie, chce mi się spać i byłoby zajebiście gdybyś już zabrał swój tyłek i pojechał do siebie! - Wrzasnął Stanley - Łazisz za mną cały dzień, czuję się jak w areszcie domowym, jakby przez 24 godziny pilnowała mnie jakaś mamka! Nie próbujesz mnie kontrolować, prawda Gene? - Spytał i popatrzył na kolegę. W tym momencie Simmons wiedział już, że musi przyznać koledze rację. 
- Tak. Jestem tu żeby cię przypilnować - wybełkotał, a Paul westchnął ponownie.
- Ale po kiego grzyba! Jestem dorosły, nie trzeba mnie niańczyć! 
- Właśnie, że trzeba - odparł Gene - a teraz uważaj, bo będę okazywał pierdolone uczucia, więc to uszanuj zjebie. Siedzę tu, bo się martwię. Jak wtedy w CBGB powiedziałeś, że się chcesz zakochać to wiedziałem, że muszę mieć na ciebie oko. Z twoich związków nigdy nie wychodzi nic dobrego. I nie rozumiem czemu nie potrafisz żyć tak jak na gwiazdę rocka przystało. Możesz mieć na pęczki kobiet, nie potrzebujesz "tej jedynej". Jasne?
- Ach. - Mruknął Paul - To o to ci chodzi. OK Gene. Jestem wdzięczny, że okazujesz taką troskę, ale jak widzisz, nie ma tu żadnej kobiety, a kwestia "zakochania się" to nie jest pstryknięcie palcami. Potrzeba czasu i to musi być spontaniczne, chciałbym po prostu kiedyś, KIEDYŚ znaleźć kobietę, z którą zwiążę się na stałe. Tyle. Nie sraj żarem. 
- Spontanicznie to się można zesrać w gacie po złej grochówce - odparł Gene. Poza tym, ty zawsze źle lokujesz uczucia. Ale na szczęście masz mnie.
- Mam się związać z ... tobą? - Spytał Paul, ponieważ nie nadążał za myślami kolegi.
- NIE! Kurwa. Żłobie. Miałem na myśli, że pomogę ci znaleźć dziewczynę. 
- Ty? - Prychnął Paul i lekko się zaśmiał. 
- Tak. Ja. Gene Simmons. Specjalista od spraw damsko-męsko-chujowych. 
__________________________________________
20 maja 1978 roku, Nowy York

 Jasno-zielone Lamborgini Gene'a Simmonsa mknęło po śródmieściu Nowego Yorku, w nieznanym dla Paula Stanleya kierunku. Wokalista siedzący na miejscu pasażera gapił się tępo w okno i przygryzał wargi. 
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł - odparł w końcu. 
- To jest zajebisty pomysł! - Powiedział Gene - Uwierz, znalazłem ci niesamowitą partię, padniesz z wrażenia na jej widok. Wiesz jakie ta laska ma cyc ... - urwał, czując na sobie pełen dezaprobaty wzrok kolegi - Zajebiste możliwości, chciałem powiedzieć. 
- A co jeśli mi się nie spodoba? Albo ja nie przypadnę jej do gustu?
- Nie gadaj głupot. Jesteś muzykiem, gwiazdą estrady, poleci na ciebie każda dupa, nawet gdybyś miał mordę jak radziecki poligon i siusiaka małego jak z klocków lego. Na szczęście jesteś całkiem przystojny. Choć nie tak bardzo jak ja. 
- A kim ona jest?
- Córką bardzo wpływowych ludzi. Jej ojciec kandyduje na senatora, a matka prowadzi fundacje. Ma trzy siostry, które już wyszły za mąż. Została tylko ona, więc jeśli chcesz sobie z kimś uwić gniazdko, to myślę, że wybrałem ci idealną pannę. 
- To kiedy poznam ten ideał? 
- Niebawem. Umówiłem was na sobotę.
__________________________________________
22 maja 1978 roku, restauracja The French Laundry, Nowy York

 - Gene, stresuję się - odparł Paul poprawiając krawat.
- Zachciało ci się randek i "stabilizacji" to masz. Dziwki nie musiałbyś zabierać na kolację do restauracji z 5 gwiazdkami Michelin'a.
- Jak ją rozpoznam? - Zapytał Stanley.
- Po zajebistych cyc... możliwościach. Nie martw się tym, kelner zaprowadzi cię do stolika.
- Dziękuję Gene - odparł Paul stojąc na progu najdroższej nowojorskiej restauracji - Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to doceniam twoją pomoc. Dziękuję, że zawsze mogę na Ciebie liczyć.
- Dobra, już, bo się popłaczę - odparł Gene - od tego ma się przyjaciół. Nie dziękuj mi tylko jakby w razie randka poszła w odpowiednim kierunku i wylądujecie na ruchanku u ciebie w łóżku, to nagraj mi porno - zażartował Simmons, a Paul wywrócił oczami.
- Nie nazywaj aktu miłosnego "ruchankiem"! To jednak obrzydliwe.
- Obrzydliwie brzmi nazywanie tego "aktem miłosnym". Jak z jakiejś telenoweli.
- To nazywaj to sobie inaczej, byle nie "ruchanko", "bzykanko", "dupczenie" i tym podobne.
- Spoko. Ustalmy, że zamiast "ruchanka" będziemy na to mówić "czas na hamburgera", a teraz zapierdalaj do środka, bo zaraz się spóźnisz - zauważył Gene.
- Ech. OK. Życz mi szczęścia.
- Chcesz kopa na lepszy rozbieg? - Zażartował Simmons.
- Nie, spasuję. Jak ostatnio kopnąłeś mnie na szczęście to musiałem wyciągać twojego buta z dupy.
- OK. To do dzieła bracie! Powodzenia!
****************************
Tego samego wieczoru, restauracja The French Laundry

Sektor, w którym znajdował się stolik przeznaczony na randkę Paula został odseparowany przez obsługę restauracji tak, aby nikt nie przeszkadzał randkowiczom. Paul ze stresu zwijał chusteczki w ruloniki i wypił już połowę wina jakie zaproponował kelner. W końcu do stolika podeszła wysoka, zgrabna blondynka, w niebieskiej sukni. Stanley zmierzył ją wzrokiem od butów po włosy. Dziewczyna rzeczywiście była bardzo ładna, dokładnie tak, jak mówił Gene. Uśmiechała się szeroko do Paula, który był tak zahipnotyzowany, że nawet nie wstał. W końcu dziewczyna zabrała głos.
- Jestem Vanessa DiGuillie - umówił nas wspólny znajomy.
- Aaa ... tak... tak - otrząsnął się Paul. Wreszcie wstał i ucałował dziewczynę w rękę - Paul Stanley - przedstawił się - Wyglądasz olśniewająco Vanesso, zechcesz usiąść? - Zapytał i odsunął kurtuazyjnie jej krzesło. 
- Twoje nazwisko - zaczął - brzmi francusko.
- Zgadza się - odparła - moja rodzina wywodzi się od francuskich emigrantów, którzy przybyli tu kiedy Luizjana była kolonią. Potem, po wyzwoleniu, moi przodkowie przeprowadzili się do Nowego Yorku. 
- Długi rodowód. Napijesz się wina?
- Poproszę. Czy to koszerne? - Zapytała smakując biały trunek. 
- Tak - uśmiechnął się Paul - smakuje ci?
- Pyszne. Nigdy nie piłam koszernego alkoholu. Jesteś Żydem?
- Tak, ale nie takim ... no wiesz ... z Izraela - uśmiechnął się ponownie - moi rodzice emigrowali tu z Niemiec, ale ja urodziłem się już Nowym Yorku. Nie jestem zbyt związany z tradycją. 
- Ech, to i tak bez znaczenia - rzuciła Vanessa - moi rodzice są tolerancyjni, nie będą mieli problemu z twoim pochodzeniem - dodała. 
- Twoi ... rodzice?
- Tak. Spotkasz ich już jutro - odparła rozbawiona - chcę cię oficjalnie przedstawić na obiedzie u nich w domu. 
- Oficjalnie ... na obiedzie - wymamrotał Paul - to się kręci zbyt szybko .... - dodał po cichu przerażony. 
_____________________________________________
23 maja 1978 roku, rezydencja państwa DiGullie, Nowy York

  Paul czuł się jakby ktoś z góry sterował jego życiem i nagle włączył przewijanie na podglądzie.Owszem, zawsze był jakimś niepoprawnym romantykiem, pragnącym poza zrobieniem ogromnej kariery na scenie, także szczęścia w miłości, którego do tej pory nie zaznał. No, nie licząc rzeszy dziwek, ale tego też nie można było nazwać "szczęściem" czy "miłością". Jednak nie tak to sobie wyobrażał. Vanessa była wprawdzie urocza, zabawna, oczytana, bardzo atrakcyjna i w jego typie, ale zapowiedź błyskawicznego spotkania się z jej rodzicami nie zwiastowała niczego dobrego. Dlaczego dziewczynie tak zależało na tym spotkaniu? Nie miał pojęcia. A im więcej o tym myślał, tym większe miał wątpliwości.
W oczekiwaniu na swoją towarzyszkę, która miała go wprowadzić "do rodziny", próbował zabijać stres, pocieszając się, że to tylko kurtuazyjny, rodzinny obiad.
- To przecież nic jeszcze nie znaczy - powiedział po cichu, myśląc, że jest sam.
- Co nic nie znaczy? - Zapytał ktoś swoim charakterystycznym, niskim głosem z nutą ironii.
- Jasny Chryste! - Wrzasnął Paul - Gene! Co ty tu u diabła robisz? - Zapytał ze szczerym zdziwieniem Stanley - I czemu masz na sobie mój garnitur?! - Dodał zmieszany.
- Przyszedłem się nawpierdalać za free - odparł basista, wzruszając ramionami.
- Co ty robisz na obiedzie u rodziców Vanessy!? - Spytał ponownie, tym razem z  z naciskiem Paul, ponieważ nijak nie zadowalała do poprzednia odpowiedź.
- Wsparcie moralne - westchnął Gene - Wiedziałam, że będziesz miał spięcie anusa więc pomyślałem, że wpadnę i jakoś rozluźnię atmosferę.
- Ale ... - Paul wyraźnie miał problem z łączeniem wątków - Skąd ty się tu wziąłeś, u licha?
- Poznałem cię z Van, zapomniałeś?
- No i?
- Znamy się, okej? Przyjaźniłem się z nią ... i z Jill i z Phoebie, tylko Audrey pozostała nieuchwytna ... - zakończył pół szeptem.
- Z kim? - Wydukał z niedowierzaniem Paul, ciągle nic nie rozumiejąc.
- Z jej siostrami. Znaliśmy się, tak przelotnie. Kiedyś. Spędziliśmy kiedyś bardzo fajny czas ... na hamburgerach - dodał i porozumiewawczo mrugnął do przyjaciela - I nie nagrałeś mi wideo z Van, już myślałem, że się poprzytykaliście.
- Dobra. Słuchaj Gene. Skoro już tu jesteś to zostań. Tylko nie narób mi wiochy, OK? Co za szczęście, że jesteś sam, więcej niespodzianek dziś nie przeżyję - jednak kończąc to zdanie już wiedział, że się myli.
- Cześć Paul - zachichotała blondynka, która dosłownie chwilę później próbowała wsadzić język do ucha Gene'a.
- Co tutaj robi Cheryl!! - Wrzasnął Paul.
- No przecież nie przyszedłbym na takie przyjęcie sam - odparł basista, odrywając swoje usta od ust ponętnej koleżanki.
- Ale to jest dziwka! - Próbował tłumaczyć Paul.
- Cheryl to moja przyjaciółka - zaznaczył Gene, a dziewczyna, ubrana w ultra kusą kreację, która odsłaniała wszystko co najlepsze, oblizała środkowy palec, po czym wycelowała go Stanleyowi w twarz.
- Nie jestem dziwką - odparła - Jestem kurtyzaną - dodała i razem z Genem zaczęli się śmiać.
- Ze wszystkich swoich kurew musiałeś przyprowadzić tą najmniej ogarniętą!? - Pieklił się Paul, odciągając Gene'a na bok.
- Tak się składa, że ze wszystkich kurew, ta jest moją ulubioną - odparł Simmons.
- No tak, mogłem się spodziewać. Brodzicie w tym samym bagnie intelektualnym - żachnął się wokalista.
- Oj Paul, przecież nie narobimy ci wstydu. Poza tym, nie zapominaj, że ja ci znalazłem tę cichą przystań - zaznaczył Gene, mając na myśli randkę z Vanessą. A skoro o wilku mowa, panna DiGullie właśnie wyszła powitać swoich gości.
- Witajcie! Gene - zagadała do dawnego znajomego - wyglądasz wspaniale, a to jest ...? - Spytała patrząc znacząco na Cheryl, która ewidentnie nie pasowała do otoczenia.
- Cheryl - przedstawił ją Gene - moja ... dobra znajoma... czasami chodzimy razem na hamburgery - odparł basista.
- Witaj Cheryl. Och, Paul wyglądasz cudownie, moi rodzice cię pokochają. Chodźcie na patio, wszyscy już czekają.
- Wszyscy? - Zaniepokoił się Paul - Jacy wszyscy?
- Moje siostry. I ich mężowie - odparła Vanessa.
*************************
Obiad u państwa DiGullie

 Przy ogromnym stole, rozstawionym w patio, niedaleko ogrodu, zasiadało już osiem osób. Rodzice Vanessy, jej trzy siostry oraz ich mężowie. Kiedy po grzecznościowym wymienieniu uprzejmości do stołu dosiedli się Vanessa i Paul oraz Gene i Cheryl lista gości została zamknięta. Pierwsze trzydzieści minut upłynęły głównie na spożywaniu posiłków, typowych grzecznościowych zachowaniach oraz rozmowach na neutralne tematy. W końcu Gene nie wytrzymał tej słodko-pierdzącej atmosfery i zaczął zagadywać gości, podczas kiedy Paula na zmianę zalewał zimny i gorący pot. 
- Czyli wydał pan już dwie z czterech pociech za mąż? - Zaczął Gene, kierując swoje pytanie do pana domu. 
- Mów mi Michael, Gene, tyle razy cię prosiłem - odparł pan DiGullie - Bywałeś tu niegdyś tak często, że prawie mam cię za syna - zażartował, a Paul znacząco podniósł brew i z wyraźnym zdziwieniem popatrzył na przyjaciela. - I tak. Prawie wszystkie moje kwiatuszki już wydałem za mąż - zakończył - Została mi tylko Vanessa i Audrey.
Gene zlustrował pobieżnie mężczyzn, którzy teraz byli mężami Jill, Phoebe. Pani Marie, matka i pani domu, jako bardzo spostrzegawcza osoba, szybko zauważyła, że Gene przygląda się jej zięciom. 
- Alim Hassan jest mężem naszej Jill, Alim jest muzułmaninem - zaczęła wyjaśniać Marie, choć nikt nie oczekiwał od niej takich kroków - Phoebe wyszła za Hikaro, mieszkają razem w Japonii, natomiast dla Audrey ciągle szukamy kogoś odpowiedniego.
- Ach. - Wydusił Gene, lekko zszokowany - Cóż za multikulturalizm. 
- Jesteśmy bardzo tolerancyjni - wtrąciła Vanessa - A przy okazji - zaczęła, zwracając się głównie do rodziców - Paul jest Żydem. 
- Hah - zaśmiał się Gene - Co za szczęście, że nie mają państwo piątej córki, bo pewnie przyprowadziłaby Cygana - dodał, jednak tylko Cheryl zaczęła rechotać na całe gardło. Wszyscy pozostali spoglądając na siebie, chyba raczej uznali to za nietakt. 
- Ja też jestem Żydem - kontynuował Gene, nie zważając na nic, podczas kiedy Paul marzył o tym aby stać się niewidzialnym. - Do 8 roku życia mieszkałem w Izraelu i nazywałem się Chaim. Zostałem nawet obrzezany. 
- Wspaniale - bąknął Stanley, mając nadzieję, że powstrzyma kolegę i ten nie zacznie opowiadać tu historii swojego życia. 
- Co to znaczy " obrzezany" - spytała mało rozgarnięta towarzyszka Gene'a.
- To znaczy, że ujebali mi kawałek siusiaka jak byłem mały - wyjaśnił Gene, bez pardonu, na co pozostali skrzywili się z niesmakiem. Twarz Cheryl wyglądała jakby dziewczyna próbowała w pamięci rozwiązać bardzo trudne zadanie matematyczne.
- Eee tam, tyle razy go widziałam i nic mu nie brakuje. Moim zdaniem nic ci tam nie ucięli - odparła w końcu wzruszając ramionami. Gene uśmiechnął się, a Paul poprosił w myślach po raz setny tego wieczoru, aby mógł umrzeć natychmiast. Nie chciał już zakładać rodziny, zakochiwać się, spędzać wieczorów z żoną i świąt z teściami. Chciał wrócić do domu i zapaść się pod ziemię. Jego gehenna trwała, podczas kiedy Cheryl i Gene w najlepsze dyskutowali o penisie Simmonsa.
- Ucina się tylko napletek - zaczął fachowo tłumaczyć Gene - to głównie ze względów higienicznych - cała familia DeGullie zaczynała już czuć się nieswojo. Matka Vanessy z niepokojem patrzyła to na nią samą to na Gene'a, którego do tej pory miała za dżentelmena. Zmartwiło ją, że jej córka chciałaby związać się z Paulem, który otacza się ludźmi pokroju Cheryl czy Simmonsa, po którym jak widać można było się spodziewać wszystkiego.
Alim, mąż Jill, wtrącił się do rozmowy, chcąc jakoś przekierować dyskusję na inny tor.
- Muzułmanie też praktykują ten zwyczaj - powiedział.
- Tak, wiem - odparł Gene pakując kawałek kurczaka do ust - robicie to sześcioletnim chłopcom - dodał uszczypliwie, na co Alim bardzo się wzburzył, a Gene kontynuował: - Mnie ucięli siurka jak miałem sześć dni, nic nie pamiętam! A sześciolatek?! To musi być trauma dla małego chłopca, kiedy jakiś stary cap grzebie ci w gaciach i pozbawia męskości. - Alim nie zdążył ripostować, ponieważ nad wyraz zainteresowana tematem Cheryl, wypaliła:
- Paul, a ty jakie masz wspomnienia z ucinania penisa? - Karcące spojrzenia spadły na towarzyszkę Gene, ale ta nic sobie z tego nie robiła, a Paul ostatkiem sił wyszeptał:
-Fantastyczne ...
- Nuda! - Skomentował Gene - A wiecie co tradycja każe zrobić z napletkiem? Zakopać pod drzewem w ogrodzie. Niestety, mój tata zgubił mój napletek zaraz po ceremonii, albo może pies go zjadł ... nie wiem.
- Gene - zaczął Paul - proszę, chodźmy na chwilę przed dom, chciałbym z tobą zamienić dwa zdania na osobności - po tych słowach prawie wszyscy odetchnęli z ulgą, tylko Gene i zwłaszcza Cheryl, nie rozumieli o co chodzi, albo tylko udawali, że nie rozumieją.
- Co ty odpierdalasz?! - Zapytał wyraźnie rozzłoszczony Paul. Gene uśmiechnął się i popatrzył na przyjaciela wzrokiem, w którym można było znaleźć i politowanie i szczyptę ironii.
- Pokazuję ci rodzinne życie jakiego ci się zachciało - odparł, a kiedy Paul milczał, Gene uznał, że wymiana zdań dobiegła końca i wrócił do stolika.
- Napijmy się* - zaproponował toast i wzniósł kieliszek do góry. Wszyscy chyba przyjęli to z ulgą, bo rozmowa o penisie zaczynała być mocno krępująca - No to, jak to mawiają w Turcji - zaczął Gene, patrząc na Alima i trzymając kieliszek ponad stołem - Allah Akbar!
_______________________________________
* Właściwie nigdy w moich fan fiction o tym nie wspominałam, ale Gene jest abstynentem. Nie pije, nie ćpa i nie pali. Jest to wynik "ślubów" jakie złożył, kiedy jako młody chłopak uczył się w szkole dla rabinów. Potem postanowił zostać jednak gwiazdą rocka, ale postanowienie o niestosowaniu używek zachował. 
______________________________________________

Mocno niestosowny żart Gene'a wywołał konsternację wśród gości, którzy jednak nie dali tego po sobie poznać. Tymczasem dla Paula zaczynało być jasne, że obecność Gene'a tutaj nie jest przypadkowa. I bynajmniej, nie chodziło tu również o "wsparcie moralne". W głowie Stanleya zaczęły się przewijać możliwe scenariusze, tłumaczące pobyt jego przyjaciela tutaj.
Gene był świetnym przyjacielem - owszem - ale naturalnie, musiał mieć swój powód aby przyjść na kolację z rodzicami Vanessy.
- Deser! - Zawołała pani DiGullie, z wyraźną ulgą w głosie. Deser oznaczał bowiem, że niebawem cała kolacja dobiegnie końca.
- Rozprostujmy kości - zaproponował pan domu - zanim służba poda ciasto - Paul uznał to za kolejny, dobry moment aby zamienić z Simmonsem dwa słowa.
- Chodź - powiedział i szarpnął go za rękaw marynarki - Twój pobyt tutaj nie jest przypadkowy - postawił sprawę jasno Paul - Co tu się odwala? Najpierw zapoznałeś mnie z Vanessą, a teraz robisz cyrk! - Gene westchnął głośno i odparł:
- Dobra, powiem ci. Pomyślałem, że skoro już idziesz na tę kolację i Audrey też tu będzie, to mógłbym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i ...
- Przyszedłeś tu przelecieć Audrey!! - Paul prawie się zagotował ze złości - Ty zawsze myślisz tylko o sobie!
- Nieprawda! - Zaprzeczył Gene - Naroiłem ci przecież Vanessę. A poza tym, nie możesz mi zabronić zaliczyć ostatniej siostry.
- Więc po co u licha przyprowadziłeś ze sobą Cheryl?
- Zrobimy trójkącik - wzruszył ramionami Simmons, a Paul tylko przyłożył dłoń do czoła.
- Zaraz się pochoruję - skomentował.
- No, to na pewno. Bracie, ty masz jakiś syndrom niedopchnięcia. A teraz wracajmy, bo ci dwaj, Alim i Hikaro, albo jak wolisz : Alibaba i Jackie Chan już do nas idą. - Zauważył Gene.
Deser przebiegał w ciszy, do czasu aż pan domu zabrał głos.
- Paul - zaczął - Rozumiem, że związek z moją córką tratujesz poważnie? - Zapytał, na co Stanley prawie zakrztusił się kawałkiem ciasta, a Gene uśmiechnął się pod nosem.
- Ppp ... Poważnie? - Zająknął się Paul - Co pan ma na myśli, mówiąc "poważnie'?
- Zaręczyny, ślub, dzieci. Wiesz, te sprawy - Perspektywa spędzenia reszty życia w pieluchach, jako przykładny mąż i ojciec zmroziła Paulowi krew w żyłach. W jednej chwili przypomniał sobie słowa swojego przyjaciela Gene'a, które wypowiadał w klubie CBGB, o małżeństwie i tak dalej.
Gene miał racje.
Jak zawsze.
Czemu jestem takim głupim, beznadziejnym romantykiem - jęczał w myślach Stanley.
Pierdolone gwiazdy w oczach*, przez nie zawsze mam przejebane.
Co ja sobie myślałem?!
Stanley otrząsnął się i wstał.
- Szczerze powiedziawszy - odparł Paul - To przyszedłem tutaj wyruchać panu córkę - obwieścił. Odgłos zmieszania połączony ze zdziwieniem i nie małym szokiem wydobył się z ust prawie wszystkich osób zebranych przy stole.
- Jesteś bezczelny! - Uniosła się pani domu.
- Mój chłopak - ucieszył się Gene, ponieważ jego terapia szokowa, jak i cały plan odniosły sukces.
- A ty!? - Zaczęła pani DiGullie - Ty przyprowadziłeś mi go do domu - Powiedziała urażona, kierując słowa do Simmonsa.
- Pani wybaczy - odparł Gene, podnosząc się ze swojego miejsca - ale tak się składa, że ja też przyszedłem tutaj wyruchać waszą córkę. Oj! Pardon. Chciałem ją zabrać na hamburgery - poprawił się.
- Wynoście się! Obaj! Natychmiast! Wynoście się z mojego domu! - Wrzeszczał pan DiGullie.
- Cheryl, idziemy - powiedział Gene - Załatwiłaś mi to co chciałem? - Spytał po cichu, kiedy już razem z Paulem opuszczali posesję i kierowali się do samochodu.
_____________________________________________
 *Gwiazdy w oczach (ang. starry eyes) - w książce "KISS and Make-up" można przeczytać o tym, jak panowie wybierali swoje makijaże sceniczne. Alter ego każdego z członków KISS oddaje ich charakter. I tak Paul Stanley to Starchild, jak sam twierdzi, makijaż z gwiazdą to określenie jego romantycznej natury. Sam nazywa siebie "starry eyed lover" i "helpless romantic". Natomiast Gene i jego The Demon to odbicie cynizmu, egoizmu i czarnego humoru Simmonsa.
__________________________________________________
25 maja 1978 roku, mieszkanie Gene'a Simmonsa w Nowym Yorku

 - Boże, Cheryl nie prosiłem cię przecież o nic skomplikowanego. Miałaś mi tylko załatwić numer do Audrey - jęczał Gene.
- To nie moja wina, że tamta cizia jest "ciepła". 
- Że jest gorąca to akurat zauważyłem.
- Miałam na myśli to, że ona jest lesbijką, woli laski  - odparła Cheryl.
- Laskę mogłaby mi zrobić - rozmarzył się Gene i na chwilę zamilkł po swojej stronie słuchawki.
- Halo? Żyjesz tam? Czy już sobie sam trzepiesz? 
- Wiesz Cheryl, trudno, nici z "hamburgerów", ale może ty do mnie wpadniesz wieczorem? - Zaproponował Simmons.
- Czemu nie, będę o osiemnastej - odparła zalotnie Cheryl i odłożyła słuchawkę.
____________________________________________________
25 maja 1978 roku, Yorktown Heights, Nowy York

Paul siedział na kanapie w salonie swojego nowojorskiego domu czekając na swojego gościa. Chwilę potem rozległ się oczekiwany przez niego dzwonek do drzwi. 
- Fajnie, że jesteś - odparł, otwierając drzwi. 
- Twój kolega próbował do mnie zarywać i nawet wysłał jakąś pannę na przeszpiegi, ale uznałam, że nie jest w moim typie. Za to ty ... - dziewczyna położyła mu rękę na piersi po czym zaczęła rozpinać guziki koszuli - Za to ty bardzo przypadłeś mi do gustu. Powiedz - kontynuowała - Co będziemy dzisiaj robić? 
- Myślę, że to jest idealny czas ... na hamburgera - odparł Paul - Chodź, pokażę ci sypialnię. 
Audrey.
***************************
___________________________________________

****************************************
**********************
*******
*
KONIEC
******************************

Hi Folks!
Jak Wam się żyje?
One shot KISS miał być sporo wcześniej, ale zatrzymały mnie sprawy osobiste, brak pomysłu na zakończenie oraz kilka wyjazdów na koncerty.

Kto był na KISS Rocks Vegas?! Saxon albo na koncercie Davida Gilmura?
Było grubo!
Zwłaszcza na KISS. Fantastyczny gig.
A teraz zostawiam Was z opowiadaniem oraz tym mało znanym, ale jakże fantastycznym kawałkiem panów z KISS.

Polecam KISS - "Shandi"



2 komentarze:

  1. Panie Simmons, nie jestem pewna czy taki gorący z Pana facet, ale fakt- zrobienie z siebie żywej pochodni to też umiejętność. Aż mi się przypomniało, jak wczoraj po kuchni latałam z płonącą ścierką. Moja reakcja nie była tak błyskawiczna jak technicznych, bo tradycyjnie nic nie zauważyłam. No Gene, mamy podobne talenty. Nic dziwnego, że zawsze go lubiłam.
    Teraz zastanawiam się nad 'królem' rozdziału...będzie nim dżordż, turboptyś, czy Gene, który mógłby być najlepszą męską dziwką? Bardzo trudny wybór. Bardzo.
    Ogólnie całe rodzinne spotkanie to jedna wielka komedia. Biedny Paul z gwiazdami w oczach miał okazję się zakochać, ale biorąc przykład z Simmonsa wolał czas na hamburgera. Ech, typowy facet.
    Musisz mi wybaczyć nieogarnięty komentarz, ale właśnie przymierzam się do snu.
    Czekam na więcej! Mam nadzieję, że niedługo wstawisz kolejnego one shota :)
    Siusiak Ewa! Dobranoc!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ave, Ewa!
    Ave, Lars!
    Po długim nie robieniu nic konkretnego (no poza wkurwiającym remontem kuchni), wpadam na Waszego bloga z komentarzem!
    Dawno temu, jak dopiero poznawałam KISS i oglądałam te "popisy" Gene'a, to takie "COOOOO?!". Ten gościu jest po prostu niemożliwy, rzyga ogniem, pluje krwią i gra językiem na basie.
    Podobno jeszcze strzela z łuku w publiczność, ale tego to nie widziałam.
    Jak dla mnie to ten Gene powinien robić sobie jaja z tego, że będzie "pierdolonym smokiem", a nie się tego bać. On tylko właściwie rzyga ogniem. Bodajże to Nikki Sixx stawał cały w płomieniach, prawda?
    Efektowne.
    HAHAHAHA, Gene nie byłby Gene'em, gdyby czegoś nie odwalił xDD Teraz sobie podpalił włosy...no tak, lakier, haha. Osobiście nienawidzę tego ustrojstwa. Jak szlam na imprezę, to mama mi spsikała włosy, potem, po myciu nie miałam włosów, tylko jeden, wielki kołtun.
    Dwie godziny rozczesywania.
    Paul ponownie chce się ustatkować? No cóż, niezawodny wujek Gene Dobra Rada, jak zwykle ma rację, hah.
    Opis kibla był genialny, dawno się tak nie uśmiałam. Taki w typie Gene'a, normalnie jakbym widziała toaletę na trzecim piętrze w sektorze D, w mojej podstawówce. XD
    Tam serio było pole bitwy. :p
    Gene został obsikany.
    HAHAHAHAHAHA, "JEŻ Z WZWODEM" HAHAHAHAHAH
    No wiadomo, Gene sam w sobie jest chodzącą zajebistością.
    Tak i do zdjęć ma takie samo podejście jak ja. :D
    Szczęściem, nazwał to Photoshopem, a nie RasterMaster.
    Z tej strony melduje się grafik! Do usług, Gene! :p
    Taaak, sexapilu to ty masz aż nadmiar, Simmons. :D
    "Valfiutta" to tak samo, jak kiedyś mój pomysł z gumą do żucia "tutti-fiutti".
    Boooże, turboptyś........
    .....
    ......
    Ale Paul to małe dziecko. XD
    Sprawy damsko-męsko-chujowe. HAhahahah. Uwielbiam Cię, Gene!
    "Radziecki poligon" O, kurwa...zabiłaś mnie.
    Nie, no kolacja z Gene'em to przerażająca perspektywa dla Paula. Rozumiem, że...spędzał dość spory czas na hamburgerach z Jill i Phobe...
    Wziął Cheryl? TO będzie jazda. HAhaha, opisywanie jej przez chłopaków było genialne.
    Jezu, muzułmanin! :O
    Hahahahaha, Cheryl serio jest nieogarnięta, a gadanie o siurkach może lepiej ominę...
    Gene, nie wkurwiaj tego gościa! xD Bo Ci upierdoli...resztę tego co masz. :p
    " Przyszedłeś tu przelecieć Audrey!"- hahahaha, serio? :O
    Gene zawsze ma rację! Absolutnie zawsze!
    Ale koniec końców, Paul ma szczęście. Przyszła do niego Audrey.
    To ja czekam na odpały Toxic Twinsów!
    Ave!

    OdpowiedzUsuń

Belladonna i Lars proszą o komentarze ...

Jeśli nie zostawisz komentarza ... Lars Ulrich Cię pozwie ...