9 sierpnia 2016

Pokój autopsyjny numer 7 (Aerosmith one shot + Gene Simmons cameo)

 W sumie nabazgrałam zakończenie tego shota w sobotę, ale w wyniku pewnych turbulencji, wstawiam je dopiero teraz. Opowiadanie o Aerosmith zawiera bonus, mianowicie gościnnie pojawia się Gene Simmons - ma swoje małe cameo. Nie mogłam się oprzeć, żeby go tu nie umieścić. 

Jednocześnie bardzo, bardzo dziękuję za wspaniały komentarz osobie o nicku Britstone, która napisała kilka miłych słów pod ostatnim rozdziałem "Dream on". 
Wrócić tutaj i przeczytać taki emocjonalny i szczery komentarz - to było coś. 
Uświadomiło mi to tym samym, że "Dream on" było jedynym moim dobrym opowiadaniem, z którego "mogę być dumna" (to i tak za dużo powiedziane). Ale tak było. To było jedyne opowiadanie, na które miałam pomysł, które miało jakiś tam sens i które nawet mi, nawet teraz, kiedy spojrzę na poszczególne rozdziały, ciągle się podoba. I tak mogło być lepsze, ale ...

Te kilka one shotów, które powstały później, są ... bo są. 

Więc Britstone, kimkolwiek jesteś, bardzo Ci dziękuję.
Szkoda, że pisząc "Dream on" nie było więcej takich osób, może wtedy to opowiadanie nie skończyłoby się tak szybko.

Nie wiem czy napiszę jeszcze shota o MC. Może nie ma sensu. Chyba ponownie zawieszę pisanie. Jednak zostawiam tego bloga - być może kiedyś, ktoś, tak jak Britstone znajdzie te stare wypociny i dadzą mu one trochę radości ;) 

Pozdrawiam z trasy,
B.
*****************************


15 lipca 1978 roku, Osaka, Japonia

Samolot z muzykami Aerosmith wylądował w porcie lotniczym Kansai. Wszyscy członkowie zespołu stali teraz w kolejce po bagaże, których zawartość musiała być jeszcze sprawdzona i zatwierdzona przez japońskich celników. Małe ludziki uwijały się bardzo sprawnie, przetrząsając kieszenie walizek w poszukiwaniu głównie narkotyków. W bagażu należącym do Joe Perry'ego Japończyk znalazł gustownie zdobiony drogimi kamieniami i okuciami z kości słoniowej młotek do mięsa. Pracownik lotniska podniósł wzrok i popatrzył pytająco na muzyka.
- No co?! - Żachnął się Joe - To tylko młotek do mięsa, kupiłem sobie w Tajlandii, pamiątka taka! - Krzyczał gestykulując - No niech, że ktoś temu tłumokowi przetłumaczy! - Dodał i na stanowisku kontrolnym szybko zjawiła się tłumaczka towarzysząca grupie. Powiedziała kilka dziwnych słów i Japończyk uśmiechnął się i pokiwał głową w stronę Joe.
- Co się cieszysz, co? Jak końska dupa do bata - Warknął zniecierpliwiony sytuacją. Japończyk powiedział coś jeszcze i odłożył młotek Joe do walizki. Następny sprawdzany bagaż należał do Stevena. Procedura ponownie się przeciągała i wszyscy byli już bardzo zmęczeni. Po jakimś czasie pracownik portu Kansai wyciągnął pisemka dla dorosłych z bocznej kieszeni bagażu Tylera. Steven przewrócił oczami. Japończyk uśmiechnął się rubasznie i nie mówiąc ani słowa odłożył gazetki do kosza z napisem "Skonfiskowane". Tyler się wściekł.
- No halo!? Jak to??! Młotek cyrkoniami obsadzany przepuszczacie, a pornosów nie?! Do czego ja będę trzepał? Ej, dajcie te cizię co pierdoli po skośnemu, niech tłumaczy imbecylowi, że to dobro narodowe! - Tłumaczka pospiesznie zaczęła mówić coś do Japończyka. Ten wysłuchał jej i spokojnie ale z uśmiechem odpowiedział coś. 
- Eeem. Pan Izumisano mówi, że te ... czasopisma są niebezpieczne. Powiedział: "Kiedy dasz japońskiemu dziecku kartkę papieru, zrobi origami. Kiedy dasz polskiemu dziecku kartkę papieru, zrobi samolocik a ... a amerykańskie dziecko kartką papieru się pochlasta." - skończyła. 
- No klękajcie narody! - Wrzasnął Steven - Przeklęte żółtki i te ich pseudo inteligentne przysłowia. Widział ktoś kiedyś, żeby się zaciąć kartką od pornosa?! Niech on się tak nie troszczy o moje ręce,co najwyżej o łapy Joe żeby ich sobie nie poobijał tym jebanym młotkiem. To w końcu on jest tu gitarzystą i potrzebuje mieć sprawne palce!
- Przykro mi panie Tyler. Pańskie czasopisma zostały skonfiskowane*. 
- Ech - sapnął Steven - nienawidzę Japonii. 
__________________________________________
* W rzeczywistości sytuacja ze skonfiskowaniem czasopism porno dotyczyła Metalliki i jest to fakt. Szczerze, nie mam pojęcia, dlaczego takie pisemka były zabierane na granicy, a np. słynny młotek Cliffa nie. Być może chodziło o jakiś "przemyt pornografii", ale nie mam pojęcia, faktem jest, że chłopakom z Mety pornosy odbierano ;)
___________________________________________
 17 lipca 1978 roku, hotel Grasmere, Osaka, Japonia

Steven leżał na łóżku hotelowym, zwinięty w pozycji embrionalnej, tuląc się do dużej niebieskiej poduszki. Ciągle przeżywał to, jak jego zdaniem został niesprawiedliwie potraktowany na lotnisku, kiedy do jego pokoju nagle wparował Joe.
- Hej bracie, co tam?
- Gówno - wysyczał Steven. 
- Oj, jeszcze się mazgaisz o te głupie pisemka? Chryste, jesteś Steven Tyler, poproś byle kurwę, a zrobi ci takiego loda, że zaśpiewasz "Mama kin" po czesku. 
- Ale tam był kolekcjonerski numer z  Kathryn Morrison na rozkładówce - beczał Tyler - Czaisz? Nie zdążyłem sobie strzepać do Kathryn Morrison. 
- Stare chińskie przysłowie mówi: "Nie trzep konia na sedesie, bo rurach echo niesie" - zażartował Joe. 
- A inne stare, chińskie przysłowie mówi: "Jak chcesz żeby coś było zrobione jak należy, to zrób to sam". I właśnie dlatego Pani Bóg wymyśliła masturbację - odpowiedział stanowczo Steven, po czym dodał - A poza tym to jesteśmy w pierdolonej Japonii, a nie w Chinach, a w ogóle to dość mam już tych skośnych mądrości. 
- Dobra, dobra - odparł Joe - A chcesz ciasteczko z przepowiednią?
- CO JA PRZED CHWILĄ POWIEDZIAŁEM O PRZEPOWIEDNIACH!!! - Warknął Tyler - Perry, wypierdalaj stąd, bo Bóg mi świadkiem, że cię zajebię tym twoim młotkiem!! 
__________________________________________
18 lipca 1978 roku, Stadion Nagai, koncert Aerosmith, Osaka, Japonia. 

 Wypełniony po brzegi fanami Aerosmith stadion Nagai praktycznie trząsł się u podstaw kiedy tłum entuzjastycznie reagował na utwory wykonywane przez muzyków. Zespół był już dobrze rozgrzany, a jego wokalista Steven - nagrzany - głównie za sprawą swoich ulubionych skrętów, oraz alkoholu, który mieszał z ketanolem. Tyler właśnie zmierzał ku kulisom, aby strzelić sobie kolejnego drinka z dopalaczem, podczas kiedy Joey Kramer przygotowywał się do swojej solówki perkusyjnej. 
- Hej Osaka! - Darł się Joe Perry, który miał za zadanie zapowiedzieć kolegę - Jeśli teraz ktoś ma ochotę się wysrać to jest to świetny moment, bo Kramer zagra solo na perkusji! - Na uszczypliwą zapowiedź Joe Joey zareagował szerokim uśmiechem i środkowym palcem uniesionym ku górze.
- Witaj Osako - Krzyknął Kramer - Natomiast gdyby komuś chciało się szczać, to nie krępujcie się, wyciągajcie swoje małe japońskie fiutki i lejcie wprost na Perry'ego! - Zaripostował i zaczął swoją kawalkadę szybkich uderzeń na bębnach.
Set miał zakończyć się bisem, jednak obsługa sceny nigdzie nie potrafiła znaleźć Stevena. Problem rozwiązał Joe, który zagrał akustyczną wersję "Mama kin", więc wszyscy byli ukontentowani.
Tymczasem Tyler, mocno otumaniony sporą dawką cracku i wódki plątał się za kulisami w poszukiwaniu toalety.
- Aaa ... odleję się gdziekolwiek pomyślał zrezygnowany - kiedy nagle spostrzegł zamglonym wzrokiem dziwny japoński znaczek oaz symbol trójkąta. W samą porę. Wtoczył się do męskiej łazienki i podszedł do pisuaru. Miał bardzo dziwną wizję. Wydawało mu się, że szcza na gębę Gene'a Simmonsa.
Z oddali do jego uszu przebił się lekko zniekształcony głos basisty KISS:
- Nawet mój język jest dłuższy.
Tyler bardzo często miewał dziwne jazdy kiedy wziął za dużo pigułek, ale ta wizja była naprawdę bardzo realna. Steven wytężył wzrok i przed sobą ujrzał jakby zarys makijażu Demona oraz długi czerwony język wysuwający się z bidetu.
- Co do kurwy .... - szepnął do siebie, a ponieważ ciągle sikał, mechaniczny głos powtórzył:
- Nawet mój język jest dłuższy.
Steven przestał sikać i lekko już przerażony spojrzał w bok, na ścianę gdzie wisiała rolka z papierem, z tym że teraz zobaczył tam ponownie język Simmonsa. Kiedyś wydawało mu się, że rozmawiał z koniem, albo raz, że latał balonem po pokoju, ale tamto przytrafiło mu się po kilkudniowym byciu na haju. A teraz? Ćpał przecież tylko od kilku godzin.
- Zajebisty gadżet nie? Robi wrażenie - powiedział głos, który definitywnie należał do Gene'a, tylko teraz był już mniej mechaniczny, a bardziej ludzki. Tyler upadł na kolana i zbliżył głowę do bidetu. Praktycznie wsadził ją do środka.
- O kurwa! Stary! Komunikujesz się przez kibel?! - Zapytał z przejęciem, obejmując przybytek.
- Właściwie to nie - odparł głos - Stoję obok - Na co Tyler jak poparzony odskoczył pod ścianę, mocno uderzając się w głowę.
- O kurwa, stary!!! ZMATERIALIZOWAŁEŚ się przez kibel?!? - Wydukał, będąc pod sporym wrażeniem swojej wizji.
- Jaaa cię. Tyler. Jesteś najebany jak automat. Nie zmaterializowałem się, tylko wlazłem drzwiami - odparł Gene - O, tamtymi - pokazał palcem - Zauważyłem, że korzystasz z mojego najnowszego produktu, więc podszedłem zapytać jak wrażenia. Widzisz, to bidet sygnowany moim nazwiskiem. Szczasz, a mój głos nagrany na pozytywkę, mówi że "Nawet mój język jest dłuższy". Zajebiste, co? W pakiecie jest srajtaśma z moim ryjem - powiedział zadowolony Simmons.
- Jesteś prawdziwy? Co tu robisz? - Zapytał Steven, który ciągle leżał na posadzce i łączył wątki.
- Przyjechałem promować bidet, z którego właśnie skorzystałeś*. Japońce się tym jarają, a ja zarabiam. I Tyler ... - przerwał na chwilę Simmons - schowaj siurka, bo ci wisi - dodał, po czym skierował się do wyjścia - Udanej trasy - rzucił na odchodne.
Steven ciągle dochodził do siebie po niecodziennym spotkaniu. Właściwie nie był przekonany czy to co go spotkało to wydarzyło się na serio, czy to wytwór jego chorej, napędzanej narkotykami wyobraźni. No cóż. Nie byłby to zresztą pierwszy raz. Muzyk w końcu wstał, naciągnął spodnie i skierował kroki do hotelu.
__________________________________________
*Nie wiem czy wiecie, ale w sprzedaży naprawde są gadające pisuary Gene'a Simmonsa.
________________________________________________________________ 

18 lipca 1978 roku, hotel Grasmere, Osaka, Japonia

 W pokojach przeznaczonych dla członków zespołu właśnie trwała w najlepsze pokoncertowa zabawa z fankami. Czyli w skrócie - orgia. 
Tyler zajrzał do jednego z pokoi i skrzywił się niezadowolony. Zaczynała go boleć głowa, a zewsząd dobiegał go harmider. Szansa na odpoczynek - zero. Kiedy tak stał w progu zauważyły go dwie atrakcyjne Japonki, i chociaż nie znały angielskiego, gestem zaprosiły go by do nich dołączył. Zignorował je, na co Joe powiedział:
- Dajcie sobie spokój dziewczyny. On teraz żyje w czystości - uszczypliwy żart Perry'ego Steven też puścił mimo uszu. Owszem, miał cholerną ochotę zrobić sobie dobrze, ale od Japonek wolałby swoje pisemka z gołymi paniami. Jego niechęć do Azjatek była wywołana przykrym wypadkiem, którego doświadczył jakiś czas wcześniej, kiedy zabawiając się z jedną atrakcyjną Tajlandką, odkrył, że posuwa faceta**. 
Nietrudno zaliczyć wpadkę z drag queen kiedy jest się non stop na haju. Teraz Tyler miał się na baczności. Obiecał sobie, że zanim gdziekolwiek włoży swojego kolegę, najpierw upewni się, że nie ma tzw. "konfliktu interesów". 
________________________________________
**Ciekawostka: Tyler zaliczył kiedyś gejowski numerek, ale jak sam przyznał, tylko i wyłącznie "z ciekawości" oraz dlatego, że w młodości lubił "eksperymentować". Dodał też, że mu się nie podobało ;)
_____________________________
Poczłapał korytarzem przed siebie, gdzie minął się z Tomem Hamiltonem.
- Impreza jest w drugą stronę - zagaił basista, ale Steven tylko coś wybełkotał i wtoczył się do windy. Nacisnął przycisk i zjechał do hallu. Kiedy wyszedł z hotelu była noc. Jednak było ciepło i przyjemnie. Steven nabrał ochoty na przejażdżkę po Osace, niestety nie miał samochodu. Pomyślał, że go wypożyczy, tak jak można to zrobić w Stanach. Krążył jakiś czas po mieście, szukając neonu z napisem "Car Rental" lub czegokolwiek co przypominałoby wypożyczalnię. Pomyślał, że od biedy stać go nawet na kupno nowego wozu, ale bez przesady.
Błądząc po ulicach japońskiej osady natknął się na dilera.
- Też dobrze - pomyślał - Zanim znajdę samochód dobrze będzie się samemu naoliwić. - Podszedł do dilera i wyciągnął gotówkę. Tamten skinął porozumiewawczo głową i zaprowadził Stevena w bramę, gdzie nie docierało światło z ulicy. Łamaną angielszczyzną zapytał:
- Kryształki formaliny? Do wciągania? - Tyler zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie mam ochoty oglądać swoich wnętrzności w formalinie. Coś innego. Ketamina? "Anielski pył"?
- Królowa hera? - Zaproponował diler.
- Może być. I coś do spalenia, na uspokojenie - poprosił Steven. Wziął skręty i strzykawkę hery. Najpierw złoty strzał. Przyjemne ciepło rozeszło się po żyłach. Adrenalina skoczyła. Tyler zauważył przed sobą nowego Forda Mustanga.
- King Cobra - szepnął. Podszedł do okna i nie zastanawiając się długo, naciągnął rękaw na łokieć i rozbił szybę od strony pasażera. Miał samochód. Oderwał deskę rozdzielczą i odpalił kabelkami.
Zaczęła się nocna wycieczka po Osace.
*******************************
Po kilku godzinach krążenia, po rozświetlonym milionem lampek mieście, odpalił pierwszego skręta. Sekundę potem zawył kogut policyjnego radiowozu. Tyler westchnął, ale zjechał posłusznie na pobocze. Pomyślał, że tak będzie lepiej. Miał w pamięci tysiące scen z amerykańską policją w tle i wiedział, że pościg nic nie da. Zgasił silnik i położył ręce na kierownicy. Po chwili do wybitego okna podszedł funkcjonariusz i powiedział coś po japońsku. Tyler wzruszył ramionami i odparł, że zna tylko angielski. Policjant zwrócił się do muzyka jeszcze raz tym razem po angielsku.
- Czy wyrzucił pan przez okno papierosa?
- Nie ... tak .... nie ... nie wiem ... nie to był ... - zamotał się Tyler. Policjant spojrzał w dół do samochodu, gdzie w popielniczce tlił się skręt wyglądający jak niedopałek, i zrozumiał.
- To była zapałka? Wyrzucił pan zapałkę? Zdaje pan sobie sprawę, że to przestępstwo? - Tyler nawet się nie zdziwił. Wyrzucanie niedopałków przez okno było surowo zakazane także w Kalifornii, ze względu na gorący klimat i duże prawdopodobieństwo wystąpienia pożaru.
- Przepraszam, nie pomyślałem - odparł.
- Skończy się na pouczeniu - powiedział funkcjonariusz - Poproszę prawo jazdy, chciałbym spisać dane do raportu. - Tyler posłusznie sięgnął do kieszeni skąd wydobył dokument potwierdzający tożsamość. Mały kartonik ze zdjęciem jak do kartoteki - unikatowa okazja do mug shota, jedyna szansa aby na fotce wyglądać jak kryminalista, cymbał, pedofil lub wyszczerzony błazen. Tyler na swoim prawku zawierał wszystkie te miny i skondensował w jedną, z lekką domieszką pijanego Micka Jaggera.  Mundurowy obejrzał papier, coś spisał i zwrócił. A na odchodne dodał:
- Proszę używać popielniczki.
- Aha. Perełka mądrości - bąknął Tyler i zakręcił kluczykiem w stacyjce. Silnik zaryczał i zgasł.
- Szlag. Paliwo się skończyło - zauważył fachowo Steven po czym wysiadł z auta i poszedł przed siebie, porzucając je na poboczu.
Stracił poczucie czasu, nie wiedział jak długo jeździł kradzionym Mustangiem, ile już szedł i czy dawno opuścił hotel. Przed oczami zamrugały mu światła kolei państwowej. Z jednego peronu odjeżdżał pociąg. Wszedł na stację i zaczął się rozglądać. Spostrzegł wysokiego mężczyznę, który nerwowo chodził wzdłuż uskoku torów. Steven przyglądał mu się z daleka, próbując dostrzec twarz tamtego gościa. Nieznajomy zaczął nagle zdejmować buty, które postawił równo obok siebie, w niedalekiej odległości od końca peronu. Obok położył małą saszetkę i wyjął jeszcze coś z kieszeni, co również odłożył na bok.
Przeszywający świst obwieścił, że do stacji podjeżdża pociąg, jednak nie zwalnia, a tylko mija przystanek. Zanim Tyler skojarzył fakty, nieznajomy facet wybił się z posadzki i skoczył pod właśnie mijający go pociąg. Steven stał jak wryty. Chciał krzyknąć i zawołać kogoś na pomoc, ale kiedy spojrzał energicznie w bok i za siebie, spostrzegł, że peron jest kompletnie pusty. Nie widział nawet obsługi. Podbiegł więc do pozostawionych przez samobójcę rzeczy i zaczął w nich grzebać. Znalazł prawo jazdy mężczyzny, a kiedy na nie spojrzał, oczy prawie wystrzeliły mu z orbit.
- O kurwa - wysapał, a o jego uszu dobiegł opóźniony dźwięk klaksonu pociągu, który z trudem zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej. Nagle zrobiło się tłoczno. Gdzie byli wszyscy ci ludzie dwadzieścia sekund temu?! Tyler złapał prawo jazdy i pognał przed siebie. Biegł dobre pół kilometra, aż wydostał się z peronu i usiadł na jakiejś ławce. Spojrzał na dokument tożsamości zabrany ze stacji, a z kieszeni wyciągnął swoje prawo jazdy. Porównał zdjęcia. Były takie same. Dwie identyczne facjaty. Dwóch Tylerów. Ale jak?
Steven nie był najlepszy w rozwiązywaniu tego typu zagadek, a ponieważ przed chwilą ukradł czyjąś tożsamość, jego mózg dostał za wiele informacji do przetworzenia na raz. Nie myślał, jedyne co usłyszał w swojej głowie to: "Uciekaj!"
___________________________________________________
19 lipca 1978 roku, tymczasem następnego dnia w hotelu Grasmere 

Impreza dobiegała końca, a właściwie powoli przechodziła w zbiorowe śniadanie. Kilka dziewczyn ciągle kręciło się po pokojach i rozmawiało z chłopakami z zespołu. Joe Perry bajerował jedną panienkę, opowiadając jej, że planuje zrobić karierę solową i że będzie ważniejszy niż Steven i tym podobne. Naturalnie był pijany i opowiadał brednie. 
- Jestem w trakcie nagrywania solowej płyty - mówił do jednej z dziewczyn.
- I co będziesz na niej śpiewał? - Pytała oczarowana, ale zbyt głupia, żeby cokolwiek pojąć Azjatka.
- Pewnie kilka numerów Zeppelinów, ze trzy szlagiery Stonesów, coś Elvisa, a jak da radę to może dorzuci z jeden własny kawałek - zakpił Brad Whitford, wyręczając jednocześnie Joe w odpowiedzi.
- Wal się fiucie - rzucił Perry, po czym ponownie zwrócił się do dziewczyny:
- A moja płyta osiągnie status złotej, platynowej...
- ... winylowej ... - dorzucił do wyliczanki perkusista. 
- Może jakaś staruszka z Kettering kupi jeden egzemplarz - zakpił Tom. 
- Oh! Walcie się wszyscy! - Odparł urażony Joe - A tak w ogóle, widział ktoś Tylera?
- Mijałem go wczoraj na korytarzu, powlekł się gdzieś, stary pierdoła - odparł basista. To się zdarzało. Steven często łaził po mieście i wszyscy byli pewni, że albo jest w burdelu albo w barze. 
Po śniadaniu, wszyscy muzycy wyczerpani ekscesami z ubiegłej nocy, poszli spać. Dobiegało południe kiedy menadżer zespołu wpadł z hukiem do apartamentów, i zaczął wszystkich wypytywać o Stevena. 
- Jak to, nie było go z wami przez całą noc!? - Wrzeszczał.
- Zwyczajnie, polazł gdzieś. 
- Słuchajcie. Jest południe, wieczorem gramy, a jego nie ma. To nie są żarty. 
- Przywlecze się. Pewnie zachlał w barze - uspokajał Tom. Wtedy do pokoju wszedł dyrektor hotelu w towarzystwie szefa trasy Scotta Smitha. 
- Dla pewności kazałem obdzwonić placówki medyczne i komisariaty - zaczął Scott - Wczoraj na peronie jakiś facet popełnił samobójstwo, rzucając się pod pociąg. Jest NN, nie miał dokumentów, ale to Amerykanin, porównują teraz odciski palców i obawiam się, że ... - urwał, widząc wytrzeszczone oczy chłopaków z zespołu. 
- Co ty pierdolisz! - Warknął Joe.
- Rysopis odpowiada Stevenowi - dodał cicho Scott - Trudno rozpoznać twarz, ale jeśli zadzwonią z kostnicy, powinniśmy się tam udać. - Głośny dźwięk dzwonka wyrwał wszystkich z osłupienia. Pierwszy do aparatu poderwał się Joe. Wysłuchał tylko co ma do powiedzenia osoba po drugiej stronie i bez słowa odłożył słuchawkę. 
- Idziemy - rzucił.
__________________________________

Trzydzieści minut później, wszyscy byli już w przyszpitalnej kostnicy. Pomieszczenie o szerokim, szarym korytarzu było dość chłodne. Po obu stronach rozmieszczone były drzwi, prowadzące do sal sekcyjnych, a nad nimi widniały zapalające się na czerwono numery pomieszczeń. Z recepcji wyszedł lekarz sądowy, ubrany w biały kitel, schludny. Europejczyk. Z brytyjskim akcentem powiedział:
- Pokój autopsyjny numer siedem.
- Ja pójdę - powiedział Perry i wszedł za mężczyzną do wyznaczonego pokoju. Na środku stało łóżko, a na nim leżał czarny worek. Medyk spojrzał na Joe i rozsunął pokrowiec w okolicach twarzy denata. Oczom Joe ukazała się zmaltretowana twarz, jednak od pierwszej chili rozpoznał w niej Stevena. Zaniósł się spazmatycznym płaczem i rzucił się na zwłoki, okładając je pięściami i potrząsając nimi, wołał:
- Steven! Steven! 
**********
Siarczysty policzek zagościł na twarzy Tylera i muzyk poczuł jak piecze go prawa strona facjaty. W dodatku bolała go niemiłosiernie głowa. 
Otworzył powoli oczy, chociaż jego powieki funkcjonowały bardzo wolno, a ostre światło lampy wiszącej nad głową, nie ułatwiało sprawy. Z rozmazanych sylwetek, które się nad nim pochylały, rozpoznał Joe, Toma i .... Gene'a Simmonsa?! 
Tak, był pewien, że to Demon, kiedy usłyszał jego niski, barytonowy głos. 
- Podszedłem się przywitać, zacząłem nawijać gadkę o moich bidetach, a ten jak nie odpierdoli jakiegoś autorodeo! Na chuj ja się strzępię, jak ten kutas woli przyciąć drzemkę w sraczu, zamiast mnie słuchać. 
- Ej, odsuńcie się - poprosił Joey i wycelował w Tylera polaroidem - Uśmiech! - Cyk. Fotka wyszła ze szczeliny aparatu, perkusista chwilę pomachał papierkiem w dłoni i voila - Nie mogłem się powstrzymać - odparł - Steven, rozjebany w kiblu z fiutkiem na wierzchu, ale kosmos! 
- Dobrze się czujesz Tyler? - Zapytał Joe.
- Co się stało? - Spytał niepewnie Steven. 
- Stary! Przyjebałeś w tę ścianę z taką ekspresją, że aż dziwne, że się nie przebiłeś na drugą stronę! - Odparł Gene. 
- Miałem pojebany sen ... - mamrotał Tyler, ale nikt go nie słuchał. 
- A teraz pytanie najważniejsze - zwrócił się do niego ponownie Gene - Jak ci się szczało?
***************************
************
***
*
KONIEC
*
***
******


29 czerwca 2016

Czas na hamburgera (KISS one shot)

01 maja 1978 roku, Atlanta, Georgia


Lew Linet sprawował opiekę nad zespołem KISS od początku jego powstania. Bardzo dbał, aby grupa prezentowała się odpowiednio dobrze nie tylko muzycznie, ale też wizualnie. Makijaż, stroje, scenografia - wszystko było jego pomysłem. Teraz zmierzał do pokoju hotelowego chłopaków, aby zaproponować im kolejne, jego zdaniem fenomenalne, udoskonalenia. 
Wszedł do środka. Na kanapie siedział Peter Criss oraz Gene Simmons, obok na fotelach Paul Stanley i Ace Frehley. Lew był zadowolony, że wszyscy czterej są w jednym miejscu. Od razu, bez zbędnych wstępów przeszedł do rzeczy i zapytał. 
- Chłopaki, który z was nie chce pluć ogniem na scenie?* - Paul, Ace oraz Peter szybko podnieśli ręce, oznajmiając tym samym, że nie mają ochoty na zabawy z ogniem. Tylko Gene, który źle usłyszał pytanie, siedział jak jakiś opóźniony w rozwoju. 
- Świetnie Gene, będziesz pluł ogniem - obwieścił zadowolony Linet, ciesząc się jednocześnie, że poszło tak łatwo, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. Wszyscy pozostali patrzyli na Gene'a. 
- Na co ja się właściwie zgodziłem? - Zapytał Simmons.
- Będziesz pluł ogniem - wyjaśnił mu Paul - czemu nie podniosłeś ręki, jak Lew nas pytał? 
- Bo usłyszałem: "Kto z was CHCE pluć ogniem" i zdziwiłem się jak we trzech się zgłosiliście.
- Współczujemy - rzucił Peter - uszy się myje a trzepie o umywalkę, a teraz zasuwaj do Lineta, może to jeszcze jakoś odkręcisz. 
___________________________________
*W rzeczywistości Gene pluł ogniem już wcześniej, bodajże w 1973 lub 75 roku. Wybaczcie, dokładnej daty nie pamiętam.
______________________ 
********************************
Naturalnie, nic już nie dało się odkręcić. Na kolejnym występie Gene, po piosence "Strutter" i swoim solo miał nabrać do ust nafty i zionąć ogniem. 
- A czy ja jestem jakimś pierdolonym smokiem! - Jęczał. 
- Nie płacz. Zostawiam ci tu instrukcję - powiedział Lew wskazując na butelkę nafty oczyszczonej oraz wręczając Simmonsowi pochodnię do zapalania - Przeczytaj, zastosuj się i nic ci się nie stanie. Gene naturalnie nie miał zamiaru czytać instrukcji. Widział jak profesjonalny połykacz ognia demonstruje swój "smoczy oddech" i trik wydawał mu się dość łatwy. Zaczął przygotowywać swój makijaż do występu, a później jak gdyby nigdy nic wyszedł na scenę, zostawiając w garderobie instrukcję, na której było napisane:
1. GENE, BĘCWALE, NIE KŁADŹ NA WŁOSY LAKIERU!!!
*******************************
Na scenie Gene właśnie wypełniał usta naftą, a do góry podnosił płonącą pochodnię. Za sekundę wypluje całą zawartość i już będzie po wszystkim. Peter na perkusji przyspieszył tempa. Werbel brzmiał jak na wojskowej paradzie. W kulminacyjnym momencie Gene splunął naftą przed siebie, a ognista burza wystąpiła do przodu na niemal trzy metry. Ogień zaślepił Gene'a. Fala po krótkiej chwili powinna była zniknąć w powietrzu, jak tylko nafta opadnie i wypali się, jednak tak się nie stało. Simmons poczuł nagłe ciepło po prawej stronie twarzy. To oczywiście lakier do włosów, którego użył zajął się ogniem. 
Ekipa techniczna na szczęście szybko ugasiła płonącego Gene'a kocami, powalając go na deski sceny.
- Hot, hot, hotter than hell ... - zanucił Simmons, po mimo wypadku, zadowolony z siebie - Dałem czadu, nie?
- Miałeś pluć ogniem, a nie robić z siebie żywą pochodnię - powiedział Paul, klęcząc nad przyjacielem. 
- Po prostu gorący ze mnie facet - odparł niczym nie przejęty - A podpalić się na koncercie... to też nie wąski skill - dodał.
Po tych wydarzeniach Lew Linet zaproponował zespołowi miesiąc przerwy. Gene'owi wprawdzie nic się nie stało, nie miał nawet poparzonej twarzy, bo techniczni zareagowali błyskawicznie, ale upalone włosy trzeba było skrócić. 
Zespół wrócił do Nowego Yorku na miesięczne wakacje.
______________________________________
13 maja 1978 roku, Nowy York, club&bar CBGB

Klub CBGB  był spełnionym marzeniem Hilly'ego Kristala. Grali tu Ramones, Talking Heads, Blondi czy inne punkowe i hard rockowe sławy. Był też swoistą mekką artystów, głównie pochodzących z Nowego Yorku. Można tu było spotkać Iggy'ego Popa albo Patti Smith. Częstym gościem byli również muzycy z KISS, którzy trafili właśnie na wymuszoną w wyniku ostatniego wypadku na scenie, przerwę w trasie "Alive II Tour".
-Czuję się tu jak u siebie w domu - westchnął Paul i pociągnął łyk zimnego piwa. 
-Chcesz mi powiedzieć, że u ciebie w domu klei się podłoga, goście rzygają pod stolikami, jedzenie jest zawsze zimne, a w kiblu masz oszczane kafelki? - Zażartował Gene i uśmiechnął się szeroko do kelnerki, która właśnie sprzątnęła z ich stolika puste kufle. 
-Nie. Debilu. Gdyby nie sentyment, jakim darzę to miejsce to wcale nie przychodziłbym do tego chlewu, potraktuj moją wypowiedź metaforycznie. I przestać taksować wzrokiem tę biedną dziewczynę - powiedział Stanley, widząc jak jego przyjaciel śledzi każdy ruch młodej kelnerki, która uwijała się za barem. 
-Zazdrosny? - Spytał Gene i uniósł znacząco brew spoglądając na towarzysza.
- Przyszło ci kiedyś przez myśl się ustatkować? - Zaczął Paul - Znaleźć tę jedną jedyną dziewczynę, z którą będziesz chciał spędzić resztę swojego życia? Założyć rodzinę, mieć dzieci? - Kontynuował niczym wprawiony kaznodzieja na niedzielnym kazaniu. Gene ziewnął. 
- Chyba cię pojebało przyjacielu. Wybacz, ale w moim mniemaniu słowa: "I że cię nie opuszczę aż do śmierci" brzmią wiarygodnie dopiero po 60-tce. Wtedy można takie rzeczy obiecywać, przynajmniej jest szansa, że się dotrzyma obietnicy. 
- A ja tam zamierzam się zakochać - postanowił Paul lekceważąc słowa kolegi.
- A ja zamierzam poruchać - obwieścił równie zdecydowanym tonem Gene - po czym dodał - Poza tym, to mam wrażenie, że ty tą swoją "miłością" kiedyś kogoś zabijesz Paul. A tak w ogóle, to idę szczać - powiedział, po czym skierował swoje kroki do niezbyt przyjaznych toalet CBGB.
Wszedł do środka i popatrzył z politowaniem. Gene nie należał do osób przesadnie dbających o czystość, ani też brzydzących się ogólnym syfem jaki panował w toaletach publicznych. Wkurzało go jedynie, że ludzie zawsze zostawiali tam za sobą jakiś bajzel.
- Pole, kurwa, bitwy a nie sracz - skwitował - Nie wierzę, że ci ludzie przychodzą tu tylko spuścić z wora. Wszystkie te kible wyglądają, jakby ludzie musieli tu walczyć o życie. Papieru najebane, narwane, narzucane gdzie popadnie, w kiblu nasrane, ja pierdole. Od czego jest spłuczka. Kurwa, zamiast tej szczotki powinni tam stawiać miecze chyba.
- Stanął przy pisuarze i błogo odetchnął, gdyż pęcherz już go uwierał. Stał tam i gapił się w sufit bo na podłogę nie mógł. Za dużo syfu. W pewnej chwili do bidetu obok podszedł jakiś facet. Zdrowo już napruty. Gene modlił się aby tylko koleś nie obszczał mu nogawek. Ale oczywiście stało się to czego się spodziewał.
- No panie! Kurwa! - Wrzasnął Gene kiedy ciepły mocz spłynął mu nogawką do buta. Facet obok miał ewidentnie kłopot w pocelowaniem tam gdzie trzeba.
- Sorry ... sorry - wybełkotał.
- SORRY?! Złap się wory! Koleś! Ja pierdolę, czy to naprawdę tak trudno naszczać DO kibla, a nie obok?! Szczasz pięć minut i trafiasz, ale na koniec, nie! Zamiast strzepnąć małemu kropelkę to O! TRZY SIKNIĘCIA OBOK! Żeby zaznaczyć, że się było! Szkoda, że nie złapiesz tego swojego ... jakkolwiek go nazywasz ... Dżordża i nie wymalujesz tu znaku Zorro! Albo lepiej! Podpisz się kurwa gościu tymi szczynami! - Wydzierał się Gene - Napisz "TU BYŁEM: John Smith ... z domu Caroll, imię z bierzmowania Peter, ale chciałem Michael" ...
- Alee oo szo co choodzii?! - Bełkotał zdezorientowany pijaczek, zupełnie nie rozumiejąc czego basista chce. - Przecieszsz sięe wyjszczałem.
- Tak, kurwa. Na moje nogawki! - Podsumował Simmons. Popatrzył na faceta przed nim i doszedł do wniosku, że jego przemówienie nie ma sensu. - Do kogo ja się strzępię? - Zapytał sam siebie. Umył ręce i wychodząc podjął ostatnią próbę zadbania o czystość w toalecie CBGB:
- Panie - powiedział do pijaczka - Ale weź pan tę szczotkę co stoi obok i to przetrzyj chociaż, serio, to jest szczotka i do tego służy. To nie jest jeż z wzwodem albo z drewnianą nogą, to szczotka.
______________________________________________________

16 maja 1978 roku, Yorktown Heights, Nowy York

Kim byłby Gene Simmons bez swojego przyjaciela z zespołu? On sam uważał, że i bez grania w KISS byłby zajebisty, ale to dyktował mu wyłącznie jego prywatny narcyzm. Jak by nie było, Gene'owi trudno było się obejść bez swojego kumpla, tym bardziej kiedy czuł, że Paul zaczyna świrować. Tak jak teraz. Obiecanki, a raczej groźby w stylu "planuję się zakochać" dla Paula Stanleya zawsze kończyły się źle. A kiedy coś miało się skończyć źle do akcji wkraczał Gene Simmons sprawiając, że katastrofa była tłumiona już w zarodku. Zatem Gene wykazywał dużą dozę sprawowania kontroli nad sytuacją, zawsze jednak robił to w "białych rękawiczkach", tak, żeby nikt się nie zorientował. 
Tym razem pretekstem do odwiedzin Stanleya była błahostka. 
Gene stanął na ganku letniej rezydencji kolegi i zapukał kołatką. Naturalnie nie czekał na odzew ze strony Paula i sekundę później sam wparował do mieszkania, kierując swoje kroki prosto do kuchni, w której zaczął przetrząsać zawartość lodówki oraz zaglądać pod pokrywkę każdego garnka. 
- Co na obiad kochanie? - Zapytał wiedząc, że Paul stoi tuż za nim. 
- Nic - odparował Stanley wyraźnie rozdrażniony zachowaniem kolegi, do którego bądź co bądź powinien się już przyzwyczaić. 
-Hm. Wczoraj też było nic - zasmucił się Gene. 
- No widzisz. Nagotowałem na dwa dni - wycedził Paul - Co tu robisz Gene? Oczywiście, poza wpierdalaniem zawartości mojej lodówki. 
-Potrzebuję towarzystwa. Muszę mieć nowe zdjęcie do paszportu, bo w tym kończy mi się okres ważności, a poza tym - pokazał na swoje włosy - mam wszak nową fryzurę i nie przypominam siebie. Pójdziesz ze mną? 
- A mam wyjście? - bąknął Paul - Czekaj, tylko skoczę po kluczyki do auta, pojedziemy moim. 
***********************

Tego samego dnia, zakład fotograficzny Sarah D'Ambra, Nowy York

Mijała druga godzina w zakładzie fotograficznym i Paul powoli dostawał pierdolca. Podobnie zresztą jak kobiety pracujące w studiu Sary D'Ambry. Gene ciągle narzekał to na oświetlenie, to na niewygodne krzesło albo zła aurę. 
- Nie, nie skasujcie to. Tu wyglądam jak naćpany. 
- Tu mam złe światło. 
- To mnie pogrubia. 
- Tu oko przymknąłem. 
- Chyba mrugnąłem, jeszcze raz. 
- Tu znowu mam odrosty. 
- Powinno być coś do graficznej obróbki zdjęć ... hmmmm .... nazwałbym to photoshop.
- CZY JEST TU PHOTOSHOP?!
-Boże, chyba zatrudnię grafika, tego co nam robi okładki do płyt.
*****************
Kiedy Gene i Paul wyszli od fotografki, było już późne popołudnie. Gene miał cztery odbitki do paszportu, ale ciągle był niezadowolony z efektu.
- Wyszedłem jak patafian. Mam tu ryj krzywy jak klucz wiolinowy - patrz Paul.
- Nie, to nie przypadek. Masz taki ryj i nic już nie można z tym zrobić. Między innymi to dlatego nosimy makijaże na scenie.
-Nie uchwycili mojego naturalnego sexapilu - żalił się Simmons.
- Twojego .... czego?! - Żachnął się Paul.
- Sexapilu. To coś czego ty nie masz - odciął się Gene - Czemu mi choć raz nie przyznasz, że jestem przystojny, chyba na to zasługuje, a poza tym, to faktycznie jestem, kurwa, boski.
- Jesteś największą atencyjną kurwą jaką znam, Gene - ironizował Stanley.
- Śmiej się. Ale nawet gdybym miał być męską dziwką, to byłbym w tym najlepszy.
- Skończ już biadolić. Choć do Wall-Marta. Muszę zrobić zakupy, bo trzeci dzień z rzędu będzie "nic" na obiad.
****************
Tego samego dnia, supermarket Wall-Mart

Paul biegał między półkami w poszukiwaniu produktów, które nie przysparzały problemów w przyrządzaniu. W koszyku miał więc kilka pudełek pizzy mrożonej, puszki, ciastka oraz oczywiście piwo. Tymczasem Gene przechadzał się między alejkami i z nudów czytał etykiety.
-Hej Paul! - Zawołał kolegę.
- Czego? 
- Patrz. Nektar z owoców o nazwie Valfiutta. Czaisz? Val - fiuta! - Powiedział i wybuchnął gromkim śmiechem. 
- Valfrutta idioto. Tam jest napisane Valfrutta. Dobra, mam już wszystko, możemy wracać do domu - powiedział Paul, po czym obaj skierowali kroki najpierw do kasy, a potem na podziemny parking i wrócili do domu.
********************************
Dom Paula Stanleya, Yorktown Hights, Nowy York

Paul rozpakowywał zakupy podczas kiedy Gene okupował kanapę w salonie i oglądał program Oprah Winfrey. Gdy Stanley skończył dosiadł się do kolegi. Przez chwilę milczeli. W końcu wokalista się odezwał.
- Emmm ... Gene, wiesz, że jest już 23?
-No i co w związku z tym?
- No nie wiem, może czas żebyś szedł już do siebie czy coś ... 
- Jak zwykle mnie wyrzucasz - obruszył się Gene - Paul, kurwa, czy ty się w nocy zamieniasz w jakiegoś wilkołaka?! Co za różnica, czy posiedzę tu do 23 czy 2 w nocy?! A jak masz ochotę pooglądać porno i zabawiać się swoim turboptysiem to luz, nie musisz się krępować.
- Turbo ... czym?! Eh. Nie ważne - westchnął - Teoretycznie, różnica jest żadna. Praktycznie, głąbie, chce mi się spać i byłoby zajebiście gdybyś już zabrał swój tyłek i pojechał do siebie! - Wrzasnął Stanley - Łazisz za mną cały dzień, czuję się jak w areszcie domowym, jakby przez 24 godziny pilnowała mnie jakaś mamka! Nie próbujesz mnie kontrolować, prawda Gene? - Spytał i popatrzył na kolegę. W tym momencie Simmons wiedział już, że musi przyznać koledze rację. 
- Tak. Jestem tu żeby cię przypilnować - wybełkotał, a Paul westchnął ponownie.
- Ale po kiego grzyba! Jestem dorosły, nie trzeba mnie niańczyć! 
- Właśnie, że trzeba - odparł Gene - a teraz uważaj, bo będę okazywał pierdolone uczucia, więc to uszanuj zjebie. Siedzę tu, bo się martwię. Jak wtedy w CBGB powiedziałeś, że się chcesz zakochać to wiedziałem, że muszę mieć na ciebie oko. Z twoich związków nigdy nie wychodzi nic dobrego. I nie rozumiem czemu nie potrafisz żyć tak jak na gwiazdę rocka przystało. Możesz mieć na pęczki kobiet, nie potrzebujesz "tej jedynej". Jasne?
- Ach. - Mruknął Paul - To o to ci chodzi. OK Gene. Jestem wdzięczny, że okazujesz taką troskę, ale jak widzisz, nie ma tu żadnej kobiety, a kwestia "zakochania się" to nie jest pstryknięcie palcami. Potrzeba czasu i to musi być spontaniczne, chciałbym po prostu kiedyś, KIEDYŚ znaleźć kobietę, z którą zwiążę się na stałe. Tyle. Nie sraj żarem. 
- Spontanicznie to się można zesrać w gacie po złej grochówce - odparł Gene. Poza tym, ty zawsze źle lokujesz uczucia. Ale na szczęście masz mnie.
- Mam się związać z ... tobą? - Spytał Paul, ponieważ nie nadążał za myślami kolegi.
- NIE! Kurwa. Żłobie. Miałem na myśli, że pomogę ci znaleźć dziewczynę. 
- Ty? - Prychnął Paul i lekko się zaśmiał. 
- Tak. Ja. Gene Simmons. Specjalista od spraw damsko-męsko-chujowych. 
__________________________________________
20 maja 1978 roku, Nowy York

 Jasno-zielone Lamborgini Gene'a Simmonsa mknęło po śródmieściu Nowego Yorku, w nieznanym dla Paula Stanleya kierunku. Wokalista siedzący na miejscu pasażera gapił się tępo w okno i przygryzał wargi. 
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł - odparł w końcu. 
- To jest zajebisty pomysł! - Powiedział Gene - Uwierz, znalazłem ci niesamowitą partię, padniesz z wrażenia na jej widok. Wiesz jakie ta laska ma cyc ... - urwał, czując na sobie pełen dezaprobaty wzrok kolegi - Zajebiste możliwości, chciałem powiedzieć. 
- A co jeśli mi się nie spodoba? Albo ja nie przypadnę jej do gustu?
- Nie gadaj głupot. Jesteś muzykiem, gwiazdą estrady, poleci na ciebie każda dupa, nawet gdybyś miał mordę jak radziecki poligon i siusiaka małego jak z klocków lego. Na szczęście jesteś całkiem przystojny. Choć nie tak bardzo jak ja. 
- A kim ona jest?
- Córką bardzo wpływowych ludzi. Jej ojciec kandyduje na senatora, a matka prowadzi fundacje. Ma trzy siostry, które już wyszły za mąż. Została tylko ona, więc jeśli chcesz sobie z kimś uwić gniazdko, to myślę, że wybrałem ci idealną pannę. 
- To kiedy poznam ten ideał? 
- Niebawem. Umówiłem was na sobotę.
__________________________________________
22 maja 1978 roku, restauracja The French Laundry, Nowy York

 - Gene, stresuję się - odparł Paul poprawiając krawat.
- Zachciało ci się randek i "stabilizacji" to masz. Dziwki nie musiałbyś zabierać na kolację do restauracji z 5 gwiazdkami Michelin'a.
- Jak ją rozpoznam? - Zapytał Stanley.
- Po zajebistych cyc... możliwościach. Nie martw się tym, kelner zaprowadzi cię do stolika.
- Dziękuję Gene - odparł Paul stojąc na progu najdroższej nowojorskiej restauracji - Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to doceniam twoją pomoc. Dziękuję, że zawsze mogę na Ciebie liczyć.
- Dobra, już, bo się popłaczę - odparł Gene - od tego ma się przyjaciół. Nie dziękuj mi tylko jakby w razie randka poszła w odpowiednim kierunku i wylądujecie na ruchanku u ciebie w łóżku, to nagraj mi porno - zażartował Simmons, a Paul wywrócił oczami.
- Nie nazywaj aktu miłosnego "ruchankiem"! To jednak obrzydliwe.
- Obrzydliwie brzmi nazywanie tego "aktem miłosnym". Jak z jakiejś telenoweli.
- To nazywaj to sobie inaczej, byle nie "ruchanko", "bzykanko", "dupczenie" i tym podobne.
- Spoko. Ustalmy, że zamiast "ruchanka" będziemy na to mówić "czas na hamburgera", a teraz zapierdalaj do środka, bo zaraz się spóźnisz - zauważył Gene.
- Ech. OK. Życz mi szczęścia.
- Chcesz kopa na lepszy rozbieg? - Zażartował Simmons.
- Nie, spasuję. Jak ostatnio kopnąłeś mnie na szczęście to musiałem wyciągać twojego buta z dupy.
- OK. To do dzieła bracie! Powodzenia!
****************************
Tego samego wieczoru, restauracja The French Laundry

Sektor, w którym znajdował się stolik przeznaczony na randkę Paula został odseparowany przez obsługę restauracji tak, aby nikt nie przeszkadzał randkowiczom. Paul ze stresu zwijał chusteczki w ruloniki i wypił już połowę wina jakie zaproponował kelner. W końcu do stolika podeszła wysoka, zgrabna blondynka, w niebieskiej sukni. Stanley zmierzył ją wzrokiem od butów po włosy. Dziewczyna rzeczywiście była bardzo ładna, dokładnie tak, jak mówił Gene. Uśmiechała się szeroko do Paula, który był tak zahipnotyzowany, że nawet nie wstał. W końcu dziewczyna zabrała głos.
- Jestem Vanessa DiGuillie - umówił nas wspólny znajomy.
- Aaa ... tak... tak - otrząsnął się Paul. Wreszcie wstał i ucałował dziewczynę w rękę - Paul Stanley - przedstawił się - Wyglądasz olśniewająco Vanesso, zechcesz usiąść? - Zapytał i odsunął kurtuazyjnie jej krzesło. 
- Twoje nazwisko - zaczął - brzmi francusko.
- Zgadza się - odparła - moja rodzina wywodzi się od francuskich emigrantów, którzy przybyli tu kiedy Luizjana była kolonią. Potem, po wyzwoleniu, moi przodkowie przeprowadzili się do Nowego Yorku. 
- Długi rodowód. Napijesz się wina?
- Poproszę. Czy to koszerne? - Zapytała smakując biały trunek. 
- Tak - uśmiechnął się Paul - smakuje ci?
- Pyszne. Nigdy nie piłam koszernego alkoholu. Jesteś Żydem?
- Tak, ale nie takim ... no wiesz ... z Izraela - uśmiechnął się ponownie - moi rodzice emigrowali tu z Niemiec, ale ja urodziłem się już Nowym Yorku. Nie jestem zbyt związany z tradycją. 
- Ech, to i tak bez znaczenia - rzuciła Vanessa - moi rodzice są tolerancyjni, nie będą mieli problemu z twoim pochodzeniem - dodała. 
- Twoi ... rodzice?
- Tak. Spotkasz ich już jutro - odparła rozbawiona - chcę cię oficjalnie przedstawić na obiedzie u nich w domu. 
- Oficjalnie ... na obiedzie - wymamrotał Paul - to się kręci zbyt szybko .... - dodał po cichu przerażony. 
_____________________________________________
23 maja 1978 roku, rezydencja państwa DiGullie, Nowy York

  Paul czuł się jakby ktoś z góry sterował jego życiem i nagle włączył przewijanie na podglądzie.Owszem, zawsze był jakimś niepoprawnym romantykiem, pragnącym poza zrobieniem ogromnej kariery na scenie, także szczęścia w miłości, którego do tej pory nie zaznał. No, nie licząc rzeszy dziwek, ale tego też nie można było nazwać "szczęściem" czy "miłością". Jednak nie tak to sobie wyobrażał. Vanessa była wprawdzie urocza, zabawna, oczytana, bardzo atrakcyjna i w jego typie, ale zapowiedź błyskawicznego spotkania się z jej rodzicami nie zwiastowała niczego dobrego. Dlaczego dziewczynie tak zależało na tym spotkaniu? Nie miał pojęcia. A im więcej o tym myślał, tym większe miał wątpliwości.
W oczekiwaniu na swoją towarzyszkę, która miała go wprowadzić "do rodziny", próbował zabijać stres, pocieszając się, że to tylko kurtuazyjny, rodzinny obiad.
- To przecież nic jeszcze nie znaczy - powiedział po cichu, myśląc, że jest sam.
- Co nic nie znaczy? - Zapytał ktoś swoim charakterystycznym, niskim głosem z nutą ironii.
- Jasny Chryste! - Wrzasnął Paul - Gene! Co ty tu u diabła robisz? - Zapytał ze szczerym zdziwieniem Stanley - I czemu masz na sobie mój garnitur?! - Dodał zmieszany.
- Przyszedłem się nawpierdalać za free - odparł basista, wzruszając ramionami.
- Co ty robisz na obiedzie u rodziców Vanessy!? - Spytał ponownie, tym razem z  z naciskiem Paul, ponieważ nijak nie zadowalała do poprzednia odpowiedź.
- Wsparcie moralne - westchnął Gene - Wiedziałam, że będziesz miał spięcie anusa więc pomyślałem, że wpadnę i jakoś rozluźnię atmosferę.
- Ale ... - Paul wyraźnie miał problem z łączeniem wątków - Skąd ty się tu wziąłeś, u licha?
- Poznałem cię z Van, zapomniałeś?
- No i?
- Znamy się, okej? Przyjaźniłem się z nią ... i z Jill i z Phoebie, tylko Audrey pozostała nieuchwytna ... - zakończył pół szeptem.
- Z kim? - Wydukał z niedowierzaniem Paul, ciągle nic nie rozumiejąc.
- Z jej siostrami. Znaliśmy się, tak przelotnie. Kiedyś. Spędziliśmy kiedyś bardzo fajny czas ... na hamburgerach - dodał i porozumiewawczo mrugnął do przyjaciela - I nie nagrałeś mi wideo z Van, już myślałem, że się poprzytykaliście.
- Dobra. Słuchaj Gene. Skoro już tu jesteś to zostań. Tylko nie narób mi wiochy, OK? Co za szczęście, że jesteś sam, więcej niespodzianek dziś nie przeżyję - jednak kończąc to zdanie już wiedział, że się myli.
- Cześć Paul - zachichotała blondynka, która dosłownie chwilę później próbowała wsadzić język do ucha Gene'a.
- Co tutaj robi Cheryl!! - Wrzasnął Paul.
- No przecież nie przyszedłbym na takie przyjęcie sam - odparł basista, odrywając swoje usta od ust ponętnej koleżanki.
- Ale to jest dziwka! - Próbował tłumaczyć Paul.
- Cheryl to moja przyjaciółka - zaznaczył Gene, a dziewczyna, ubrana w ultra kusą kreację, która odsłaniała wszystko co najlepsze, oblizała środkowy palec, po czym wycelowała go Stanleyowi w twarz.
- Nie jestem dziwką - odparła - Jestem kurtyzaną - dodała i razem z Genem zaczęli się śmiać.
- Ze wszystkich swoich kurew musiałeś przyprowadzić tą najmniej ogarniętą!? - Pieklił się Paul, odciągając Gene'a na bok.
- Tak się składa, że ze wszystkich kurew, ta jest moją ulubioną - odparł Simmons.
- No tak, mogłem się spodziewać. Brodzicie w tym samym bagnie intelektualnym - żachnął się wokalista.
- Oj Paul, przecież nie narobimy ci wstydu. Poza tym, nie zapominaj, że ja ci znalazłem tę cichą przystań - zaznaczył Gene, mając na myśli randkę z Vanessą. A skoro o wilku mowa, panna DiGullie właśnie wyszła powitać swoich gości.
- Witajcie! Gene - zagadała do dawnego znajomego - wyglądasz wspaniale, a to jest ...? - Spytała patrząc znacząco na Cheryl, która ewidentnie nie pasowała do otoczenia.
- Cheryl - przedstawił ją Gene - moja ... dobra znajoma... czasami chodzimy razem na hamburgery - odparł basista.
- Witaj Cheryl. Och, Paul wyglądasz cudownie, moi rodzice cię pokochają. Chodźcie na patio, wszyscy już czekają.
- Wszyscy? - Zaniepokoił się Paul - Jacy wszyscy?
- Moje siostry. I ich mężowie - odparła Vanessa.
*************************
Obiad u państwa DiGullie

 Przy ogromnym stole, rozstawionym w patio, niedaleko ogrodu, zasiadało już osiem osób. Rodzice Vanessy, jej trzy siostry oraz ich mężowie. Kiedy po grzecznościowym wymienieniu uprzejmości do stołu dosiedli się Vanessa i Paul oraz Gene i Cheryl lista gości została zamknięta. Pierwsze trzydzieści minut upłynęły głównie na spożywaniu posiłków, typowych grzecznościowych zachowaniach oraz rozmowach na neutralne tematy. W końcu Gene nie wytrzymał tej słodko-pierdzącej atmosfery i zaczął zagadywać gości, podczas kiedy Paula na zmianę zalewał zimny i gorący pot. 
- Czyli wydał pan już dwie z czterech pociech za mąż? - Zaczął Gene, kierując swoje pytanie do pana domu. 
- Mów mi Michael, Gene, tyle razy cię prosiłem - odparł pan DiGullie - Bywałeś tu niegdyś tak często, że prawie mam cię za syna - zażartował, a Paul znacząco podniósł brew i z wyraźnym zdziwieniem popatrzył na przyjaciela. - I tak. Prawie wszystkie moje kwiatuszki już wydałem za mąż - zakończył - Została mi tylko Vanessa i Audrey.
Gene zlustrował pobieżnie mężczyzn, którzy teraz byli mężami Jill, Phoebe. Pani Marie, matka i pani domu, jako bardzo spostrzegawcza osoba, szybko zauważyła, że Gene przygląda się jej zięciom. 
- Alim Hassan jest mężem naszej Jill, Alim jest muzułmaninem - zaczęła wyjaśniać Marie, choć nikt nie oczekiwał od niej takich kroków - Phoebe wyszła za Hikaro, mieszkają razem w Japonii, natomiast dla Audrey ciągle szukamy kogoś odpowiedniego.
- Ach. - Wydusił Gene, lekko zszokowany - Cóż za multikulturalizm. 
- Jesteśmy bardzo tolerancyjni - wtrąciła Vanessa - A przy okazji - zaczęła, zwracając się głównie do rodziców - Paul jest Żydem. 
- Hah - zaśmiał się Gene - Co za szczęście, że nie mają państwo piątej córki, bo pewnie przyprowadziłaby Cygana - dodał, jednak tylko Cheryl zaczęła rechotać na całe gardło. Wszyscy pozostali spoglądając na siebie, chyba raczej uznali to za nietakt. 
- Ja też jestem Żydem - kontynuował Gene, nie zważając na nic, podczas kiedy Paul marzył o tym aby stać się niewidzialnym. - Do 8 roku życia mieszkałem w Izraelu i nazywałem się Chaim. Zostałem nawet obrzezany. 
- Wspaniale - bąknął Stanley, mając nadzieję, że powstrzyma kolegę i ten nie zacznie opowiadać tu historii swojego życia. 
- Co to znaczy " obrzezany" - spytała mało rozgarnięta towarzyszka Gene'a.
- To znaczy, że ujebali mi kawałek siusiaka jak byłem mały - wyjaśnił Gene, bez pardonu, na co pozostali skrzywili się z niesmakiem. Twarz Cheryl wyglądała jakby dziewczyna próbowała w pamięci rozwiązać bardzo trudne zadanie matematyczne.
- Eee tam, tyle razy go widziałam i nic mu nie brakuje. Moim zdaniem nic ci tam nie ucięli - odparła w końcu wzruszając ramionami. Gene uśmiechnął się, a Paul poprosił w myślach po raz setny tego wieczoru, aby mógł umrzeć natychmiast. Nie chciał już zakładać rodziny, zakochiwać się, spędzać wieczorów z żoną i świąt z teściami. Chciał wrócić do domu i zapaść się pod ziemię. Jego gehenna trwała, podczas kiedy Cheryl i Gene w najlepsze dyskutowali o penisie Simmonsa.
- Ucina się tylko napletek - zaczął fachowo tłumaczyć Gene - to głównie ze względów higienicznych - cała familia DeGullie zaczynała już czuć się nieswojo. Matka Vanessy z niepokojem patrzyła to na nią samą to na Gene'a, którego do tej pory miała za dżentelmena. Zmartwiło ją, że jej córka chciałaby związać się z Paulem, który otacza się ludźmi pokroju Cheryl czy Simmonsa, po którym jak widać można było się spodziewać wszystkiego.
Alim, mąż Jill, wtrącił się do rozmowy, chcąc jakoś przekierować dyskusję na inny tor.
- Muzułmanie też praktykują ten zwyczaj - powiedział.
- Tak, wiem - odparł Gene pakując kawałek kurczaka do ust - robicie to sześcioletnim chłopcom - dodał uszczypliwie, na co Alim bardzo się wzburzył, a Gene kontynuował: - Mnie ucięli siurka jak miałem sześć dni, nic nie pamiętam! A sześciolatek?! To musi być trauma dla małego chłopca, kiedy jakiś stary cap grzebie ci w gaciach i pozbawia męskości. - Alim nie zdążył ripostować, ponieważ nad wyraz zainteresowana tematem Cheryl, wypaliła:
- Paul, a ty jakie masz wspomnienia z ucinania penisa? - Karcące spojrzenia spadły na towarzyszkę Gene, ale ta nic sobie z tego nie robiła, a Paul ostatkiem sił wyszeptał:
-Fantastyczne ...
- Nuda! - Skomentował Gene - A wiecie co tradycja każe zrobić z napletkiem? Zakopać pod drzewem w ogrodzie. Niestety, mój tata zgubił mój napletek zaraz po ceremonii, albo może pies go zjadł ... nie wiem.
- Gene - zaczął Paul - proszę, chodźmy na chwilę przed dom, chciałbym z tobą zamienić dwa zdania na osobności - po tych słowach prawie wszyscy odetchnęli z ulgą, tylko Gene i zwłaszcza Cheryl, nie rozumieli o co chodzi, albo tylko udawali, że nie rozumieją.
- Co ty odpierdalasz?! - Zapytał wyraźnie rozzłoszczony Paul. Gene uśmiechnął się i popatrzył na przyjaciela wzrokiem, w którym można było znaleźć i politowanie i szczyptę ironii.
- Pokazuję ci rodzinne życie jakiego ci się zachciało - odparł, a kiedy Paul milczał, Gene uznał, że wymiana zdań dobiegła końca i wrócił do stolika.
- Napijmy się* - zaproponował toast i wzniósł kieliszek do góry. Wszyscy chyba przyjęli to z ulgą, bo rozmowa o penisie zaczynała być mocno krępująca - No to, jak to mawiają w Turcji - zaczął Gene, patrząc na Alima i trzymając kieliszek ponad stołem - Allah Akbar!
_______________________________________
* Właściwie nigdy w moich fan fiction o tym nie wspominałam, ale Gene jest abstynentem. Nie pije, nie ćpa i nie pali. Jest to wynik "ślubów" jakie złożył, kiedy jako młody chłopak uczył się w szkole dla rabinów. Potem postanowił zostać jednak gwiazdą rocka, ale postanowienie o niestosowaniu używek zachował. 
______________________________________________

Mocno niestosowny żart Gene'a wywołał konsternację wśród gości, którzy jednak nie dali tego po sobie poznać. Tymczasem dla Paula zaczynało być jasne, że obecność Gene'a tutaj nie jest przypadkowa. I bynajmniej, nie chodziło tu również o "wsparcie moralne". W głowie Stanleya zaczęły się przewijać możliwe scenariusze, tłumaczące pobyt jego przyjaciela tutaj.
Gene był świetnym przyjacielem - owszem - ale naturalnie, musiał mieć swój powód aby przyjść na kolację z rodzicami Vanessy.
- Deser! - Zawołała pani DiGullie, z wyraźną ulgą w głosie. Deser oznaczał bowiem, że niebawem cała kolacja dobiegnie końca.
- Rozprostujmy kości - zaproponował pan domu - zanim służba poda ciasto - Paul uznał to za kolejny, dobry moment aby zamienić z Simmonsem dwa słowa.
- Chodź - powiedział i szarpnął go za rękaw marynarki - Twój pobyt tutaj nie jest przypadkowy - postawił sprawę jasno Paul - Co tu się odwala? Najpierw zapoznałeś mnie z Vanessą, a teraz robisz cyrk! - Gene westchnął głośno i odparł:
- Dobra, powiem ci. Pomyślałem, że skoro już idziesz na tę kolację i Audrey też tu będzie, to mógłbym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i ...
- Przyszedłeś tu przelecieć Audrey!! - Paul prawie się zagotował ze złości - Ty zawsze myślisz tylko o sobie!
- Nieprawda! - Zaprzeczył Gene - Naroiłem ci przecież Vanessę. A poza tym, nie możesz mi zabronić zaliczyć ostatniej siostry.
- Więc po co u licha przyprowadziłeś ze sobą Cheryl?
- Zrobimy trójkącik - wzruszył ramionami Simmons, a Paul tylko przyłożył dłoń do czoła.
- Zaraz się pochoruję - skomentował.
- No, to na pewno. Bracie, ty masz jakiś syndrom niedopchnięcia. A teraz wracajmy, bo ci dwaj, Alim i Hikaro, albo jak wolisz : Alibaba i Jackie Chan już do nas idą. - Zauważył Gene.
Deser przebiegał w ciszy, do czasu aż pan domu zabrał głos.
- Paul - zaczął - Rozumiem, że związek z moją córką tratujesz poważnie? - Zapytał, na co Stanley prawie zakrztusił się kawałkiem ciasta, a Gene uśmiechnął się pod nosem.
- Ppp ... Poważnie? - Zająknął się Paul - Co pan ma na myśli, mówiąc "poważnie'?
- Zaręczyny, ślub, dzieci. Wiesz, te sprawy - Perspektywa spędzenia reszty życia w pieluchach, jako przykładny mąż i ojciec zmroziła Paulowi krew w żyłach. W jednej chwili przypomniał sobie słowa swojego przyjaciela Gene'a, które wypowiadał w klubie CBGB, o małżeństwie i tak dalej.
Gene miał racje.
Jak zawsze.
Czemu jestem takim głupim, beznadziejnym romantykiem - jęczał w myślach Stanley.
Pierdolone gwiazdy w oczach*, przez nie zawsze mam przejebane.
Co ja sobie myślałem?!
Stanley otrząsnął się i wstał.
- Szczerze powiedziawszy - odparł Paul - To przyszedłem tutaj wyruchać panu córkę - obwieścił. Odgłos zmieszania połączony ze zdziwieniem i nie małym szokiem wydobył się z ust prawie wszystkich osób zebranych przy stole.
- Jesteś bezczelny! - Uniosła się pani domu.
- Mój chłopak - ucieszył się Gene, ponieważ jego terapia szokowa, jak i cały plan odniosły sukces.
- A ty!? - Zaczęła pani DiGullie - Ty przyprowadziłeś mi go do domu - Powiedziała urażona, kierując słowa do Simmonsa.
- Pani wybaczy - odparł Gene, podnosząc się ze swojego miejsca - ale tak się składa, że ja też przyszedłem tutaj wyruchać waszą córkę. Oj! Pardon. Chciałem ją zabrać na hamburgery - poprawił się.
- Wynoście się! Obaj! Natychmiast! Wynoście się z mojego domu! - Wrzeszczał pan DiGullie.
- Cheryl, idziemy - powiedział Gene - Załatwiłaś mi to co chciałem? - Spytał po cichu, kiedy już razem z Paulem opuszczali posesję i kierowali się do samochodu.
_____________________________________________
 *Gwiazdy w oczach (ang. starry eyes) - w książce "KISS and Make-up" można przeczytać o tym, jak panowie wybierali swoje makijaże sceniczne. Alter ego każdego z członków KISS oddaje ich charakter. I tak Paul Stanley to Starchild, jak sam twierdzi, makijaż z gwiazdą to określenie jego romantycznej natury. Sam nazywa siebie "starry eyed lover" i "helpless romantic". Natomiast Gene i jego The Demon to odbicie cynizmu, egoizmu i czarnego humoru Simmonsa.
__________________________________________________
25 maja 1978 roku, mieszkanie Gene'a Simmonsa w Nowym Yorku

 - Boże, Cheryl nie prosiłem cię przecież o nic skomplikowanego. Miałaś mi tylko załatwić numer do Audrey - jęczał Gene.
- To nie moja wina, że tamta cizia jest "ciepła". 
- Że jest gorąca to akurat zauważyłem.
- Miałam na myśli to, że ona jest lesbijką, woli laski  - odparła Cheryl.
- Laskę mogłaby mi zrobić - rozmarzył się Gene i na chwilę zamilkł po swojej stronie słuchawki.
- Halo? Żyjesz tam? Czy już sobie sam trzepiesz? 
- Wiesz Cheryl, trudno, nici z "hamburgerów", ale może ty do mnie wpadniesz wieczorem? - Zaproponował Simmons.
- Czemu nie, będę o osiemnastej - odparła zalotnie Cheryl i odłożyła słuchawkę.
____________________________________________________
25 maja 1978 roku, Yorktown Heights, Nowy York

Paul siedział na kanapie w salonie swojego nowojorskiego domu czekając na swojego gościa. Chwilę potem rozległ się oczekiwany przez niego dzwonek do drzwi. 
- Fajnie, że jesteś - odparł, otwierając drzwi. 
- Twój kolega próbował do mnie zarywać i nawet wysłał jakąś pannę na przeszpiegi, ale uznałam, że nie jest w moim typie. Za to ty ... - dziewczyna położyła mu rękę na piersi po czym zaczęła rozpinać guziki koszuli - Za to ty bardzo przypadłeś mi do gustu. Powiedz - kontynuowała - Co będziemy dzisiaj robić? 
- Myślę, że to jest idealny czas ... na hamburgera - odparł Paul - Chodź, pokażę ci sypialnię. 
Audrey.
***************************
___________________________________________

****************************************
**********************
*******
*
KONIEC
******************************

Hi Folks!
Jak Wam się żyje?
One shot KISS miał być sporo wcześniej, ale zatrzymały mnie sprawy osobiste, brak pomysłu na zakończenie oraz kilka wyjazdów na koncerty.

Kto był na KISS Rocks Vegas?! Saxon albo na koncercie Davida Gilmura?
Było grubo!
Zwłaszcza na KISS. Fantastyczny gig.
A teraz zostawiam Was z opowiadaniem oraz tym mało znanym, ale jakże fantastycznym kawałkiem panów z KISS.

Polecam KISS - "Shandi"



12 czerwca 2016

We are Metallica! (Metallica one shot)

 Oto pierwszy z czterech one shotów, które sobie teraz piszę. 
Chciałam napisać jeden i standardowo połączyć 4 zespoły, o których tu piszę, ale nie potrafiłam ich jakość zebrać razem. 
Dlatego też, postanowiłam napisać 4 opowiadania, po jednym dla KISS, Metalliki, Motley Crue i Aerosmith. 
O ile ktoś będzie nimi zainteresowany to postaram się dokończyć pozostałe trzy. 

Teraz, zapraszam na alternatywną wersję historii opowiadającej o powstaniu Metalliki ;)

17 maja 1978 roku, The Bay School, San Francisco


Lato roku 1978 było wyjątkowo upalne, nawet jak na Kalifornię. Ogromne pożary lasów trawiły już zachodnią część stanu od ponad tygodnia. Temperatura codziennie przekraczała 35 stopni na plusie dochodząc momentami do nawet 40 stopni. Pomimo tego większość szkół nie zdecydowała się skrócić roku szkolnego, więc do upragnionych wakacji pozostawały jeszcze dwa tygodnie. 
16-sto letni Kirk Hammett i jego przyjaciel Cliff Burton zanudzali się właśnie na ostatniej lekcji języka angielskiego, na który chodzili wspólnie. Cliff gapił się smętnie w okno i co jakiś czas ocierał pot, który spływał mu z czoła. 
- Opierdole się na łyso przez ten upał - bełkotał sam do siebie.
- Cliff? Czy chcesz coś dodać odnośnie tego wiersza Williama Blake'a, który właśnie omawiamy - spytała nauczycielka, a Cliff nerwowo drgnął w miejscu. 
- Nnn .. nn .. nie proszę pani. 
- Więc nie przeszkadzaj - skarciła go.
- Dobra wiedźmo - szepnął - jeszcze tylko 5 minut - powiedział znowu do siebie spoglądając na zegarek. Rzucił okiem na swojego towarzysza, który zamiast studiować wiesze Blake'a zaczytywał się w czasopismach o filmach grozy. 
- Pożyczysz mi jak skończysz? - Spytał. Spod czarnych włosów, sięgających ramion wyłoniła się dziecięca twarz Kirka. 
- Jasne - szepnął. - Spójrz za okno - dodał - Już na nas czeka - Cliff odwrócił głowę, a jego wzrok spotkał się z .... pośladkami białymi jak ściana. Wywrócił oczami. Postać za oknem naciągnęła spodnie i odwróciła się twarzą do okna. Jego uśmiech był przepełniony dumą. Blondyn, ubrany od góry do dołu na czarno, zdawał się być zachwycony swoim żartem. Natomiast Cliff uniósł tylko środkowy palec ku górze i wymierzył go w kolegę za oknem.
- Czy za tym oknem jest coś ciekawszego niż poezja? Cliff? - Rozległ się ponownie głos nauczycielki.
- Aaa. .. nnn... nie, proszę pani, po prostu wydawało mi się, że widzę kogoś znajomego - tłumaczył się Burton. 
- To może razem popatrzymy, co tak bardzo cię intryguje? - Zapytała retorycznie nauczycielka i wychyliła się zza biurka, aby spojrzeć na boisko przylegające do szkoły.
- Na rany Chrystusa! - Wrzasnęła i aż wstała na równe nogi. - Co za szczeniackie zachowanie! Skandal! - Krzyczała poirytowana. Kirk, Cliff i reszta klasy z zaciekawieniem wyjrzeli przez okno, gdzie świeciła bladością po raz drugi ... wypięta dupa Jamesa Hetfielda. 
**************************
Tego samego dnia, po lekcjach. Gabinet dyrektora The Bay School

- James Hetfield. Znowu. Czy ty chłopaku mógłbyś zrobić mi przysługę i choć przez jeden tydzień zachowuj się tak, abym nie musiał cię tu wzywać - poprosił pan Clay, dyrektor placówki. 
- Więc ... może po prostu niech mnie pan nie wzywa - odparł James. 
- Żądam wydalenia tego ucznia z naszej szkoły - odezwała się pani Kent, nauczycielka od angielskiego - Proszę sobie wyobrazić, że on obnażał się na boisku szkolnym! Wszystkie dzieci to widziały! - Lamentowała.
- Tylko się opalałem - odparł zawadiacko James. A pan Clay westchnął ciężko, chociaż na jego twarzy malował się uśmiech.
- Pan się śmieje?! To jest dla pana zabawne?! - Oburzyła się nauczycielka. 
- Nie. Ale niech pani zrozumie. To tylko głupie żarty. James nie robi nikomu krzywdy - zwrócił się do nauczycielki, a następnie do Hetfielda - Ale James, wiesz że tym razem muszę cię zawiesić w prawach ucznia?
- Co to znaczy? - Spytał chłopak, który właśnie penetrował palcem swoją dziurkę w nosie, po czym wytarł swoje heavy metalowe smarki w fotel, na którym siedział.
- Obrzydliwe! - Uniosła się znowu pani Kent.
- Przecież wytarłem - bąknął James - Mogłem je zjeść - dodał, żeby zirytować kobietę.
- Hej, hej! James! - Zaczął dyrektor - Zachowuj się. Przeproś panią Kent. Jesteś zawieszony na trzy dni, co oznacza, że nie możesz brać udziału w życiu szkoły, chodzić na zajęcia i tak dalej ....
- Czad! - Zachwycił się James.
- Nie przerywaj. Ponad to zabraniam Ci wziąć udział w potańcówce na zakończenie roku. To tyle. 
- I tak bym nie przyszedł - odparł chłopak wzruszając ramionami
*******************************
Tymczasem na korytarzu.

- Czemu my się w ogóle z nim zadajemy? - Zapytał Kirk - Przecież jest od nas młodszy o rok, nawet nie chodzimy razem na żadne zajęcia. 
- Też się czasami zastanawiam - odparł Cliff - Ale fakty są takie, że ten gówniarz wygląda lepiej niż my dwaj razem wzięci, a tylko dzięki niemu mamy szansę wyrwać jakieś panny. Koło niego zawsze się jakieś kręcą. 
- On się nawet nie myje - zaznaczył żałosnym głosem Hammett.
- Być może. Ale poza tym ten szczeniak zawsze wie skąd wytrzasnąć alkohol. 
- Sprowadza na nas same problemy - kontynuował Kirk.
- Nie na nas, tylko na siebie. To on płaszczy się teraz przed Clayem, nie my.
- A jak go wyrzucą? 
- Nie wyrzucą. Clay jest wyrozumiały. Czasami mam wrażenie, że prowadzi tę szkołę właśnie dla takich ciot jak Hetfield. 
- Idzie - zauważył Kirk. James wyszedł z gabinetu dyrektora i zadowolony jak gdyby wygrał na loterii. 
- Co tam? - Zagaił do kolegów.
- Jak poszło z Clayem? - Spytał Cliff.
- Spoko. Mam nie przyłazić do budy przez trzy dni. 
- Ej! Też tak chcę! - Obruszył się Kirk. 
- Jak ci się podobała moja piękna i gładka Biała Dama? - Zapytał Cliffa James, nawiązując oczywiście do swojej dupy w oknie. 
- Myślałem, że to twój ryj - zripostował Cliff. 
- Druga odsłona była przeznaczona dla naszego Murzyna - powiedział żartobliwie James i szturchnął Kirka - ale niestety ta wiedźma Kent się obejrzała. 
- Nie jestem Murzynem - jęknął Hammett - Po prostu mam ciemniejszą karnację - zaznaczył Kirk, który podczas ostatnich upałów spiekł się tak, że rzeczywiście mógłby uchodzić za czarnoskóre dziecko. 
- Jezu, Kirk ale ty wyglądasz jak pierdolony Jimi Hendrix na plantacji bawełny. A on BYŁ Murzynem - powiedział James. 
- Odpierdol się od Jimi'ego! - Warknął Kirk. Hendrix był jego ulubionym gitarzystą.
- Szarpidrut z bożej łaski - rzucił James - grasz na gitarze od roku, a nawet nie wiesz jak ją trzymać - zadrwił. 
- A ty na czym grasz?! Swojej starej na nerwach? - Stawiał się Hammett. Dwójka kolegów już praktycznie skakała sobie do gardeł, kiedy do akcji wkroczył Cliff.
- Dobra, dosyć patafiany - uciął dyskusję Cliff - zabierajmy się stąd - Dodał, po czym cała trójka udała się na parking przed szkołą. 
*****************************************
Parking przed szkołą. 

 - Cliff, podwieziesz mnie do domu? - Spytał Kirk, zajmując miejsce pasażera z przodu starego Dodga, samochodu Burtona. 
- A mnie pod monopolowy - zakomenderował James, sadowiąc się z tyłu. 
- Kiedy wy wreszcie zrobicie prawa jazdy? Nie mogę was wszędzie wozić - zauważył Cliff wkładając kluczyki do stacyjki
-Ja nie mogę mieć prawka - odparł James - mam 15 lat. Chyba, że będziesz mi pożyczał wóz, a ja będę się woził nielegalnie - powiedział. 
- Po moim trupie - skwitował Cliff - W życiu nie pożyczę ci samochodu. 
- A Kirk? Niech on zrobi prawko - rzucił Hetfield. 
- Właśnie Kirk. Czemu jeszcze nie zapisałeś się na kurs? - Zapytał Cliff. 
- Zapisałem się - bąknął - ale mnie nie przyjęli. 
- Jak to? - Spytali jednocześnie James i Cliff. 
- Nie uwierzyli, że mam 16 lat - odparł chłopak i zaczerwienił się na buzi. O ile tylko rumieniec był możliwy na tak opalonej twarzy. Koledzy Kirka wybuchnęli natomiast gromkim śmiechem. 
- No fakt - zaczął Cliff dławiąc się śmiechem - spójrz na niego James, on wygląda jakby skończył dopiero dziewięć i pół roku . 
- Ale z taką twarzyczką to dziwne Kirk, że nie masz dziewczyny, one lecą na takie słodkie oczęta i delikatne rysy - drwił z kolei Hetfield. 
- Miałyby lecieć na niego laski? - Zdziwił się Cliff - Chyba tylko po to, żeby mu zmienić pieluchę - dodał. 
- Ej! Ja tu siedzę! - Krzyknął poirytowany Hammett - Śmiejcie się małe, krzywe kutafony, zobaczycie, jak kiedyś się wyrobię to wszystkie panny będą moje, a wy z tymi parchatymi mordami, będziecie mi zazdrościć. 
- Tak. Poczekajmy, aż Kirk się wyrobi - powiedział z udawaną powagą James.
- Ta. Jak gówno w betoniarce - dodał Cliff i znowu obaj zaczęli się śmiać. 
- "Jak gówno". Dobre, kolor już ma odpowiedni - dociął James.
- Nienawidzę was - odparł Kirk i zignorował pozostałe docinki kolegów. 
_________________________________________
20 maja 1978 roku, dom Jamesa Hetfielda, Grant Avenue, San Francisco

Skoro Jamesa obowiązywał teraz zakaz chodzenia do szkoły - z czego zresztą był wybitnie zadowolony - to chłopak postanowił zorganizować małą imprezę. Okazja była podwójna, ponieważ do końca tygodnia James miał cały dom dla siebie. Jego matka wyjechała bowiem na weekend do ciotki w Oklahomie zabierając ze sobą starszą* siostrę Hetfielda.
- Wolna chata - ucieszył się James sięgając po słuchawkę telefonu i wykręcając numer do Kirka. Chwilę czekał i słuchał jak długi, monotonny sygnał połączenia świdruje mu ucho.
- Plose - usłyszał cienki, sepleniący głosik, należący do młodszej siostry Kirka.
- Eee. Jessica? Daj mi swojego zjebanego brata do aparatu - rzucił chłopak i dopiero po chwili spostrzegł, że przeklął, i chyba nie było to najodpowiedniejsze zachowanie.
- Jus daje - odparła mała i zaczęła krzyczeć na cały dom, tak, że James również słyszał co się dzieje - Kilk! Kilk!! Dźwoni Dźiejms i mówi, że jesteś źjebany! - Na co Hetfield, po drugiej stronie słuchawki wyraźnie prychnął śmiechem. Oby pani Hammett tego nie słyszała, bo będzie przypał - pomyślał.
- Idę idiotko! - Wrzasnął Kirk - Powiem temu małemu chujkowi, że sam jest zjebany - warknął i wyrwał siostrze telefon.
- Czego, siurku? - Zapytał.
- Mam wolną chatę - rzucił James.
- Aha. Masz. Krzywe nogi jak srasz.
- No serio cipo, mam wolną chatę, robię imprezę. Wpadnij do mnie pomóc wszystko przyszykować.
- Zapomnij. Mam jutro klasówkę z filozofii Kasteina na angielski, czy coś. Nie dam rady.
- No dobra - odparł Het - Trudno, ale mam nadzieję, że wpadniesz chociaż na trochę, mimo to?
- Zobaczę co się da zrobić - odparł Kirk - Dzwoń do Cliffa, może on ci pomoże.
- No dobra, to do zobaczenia - pożegnał się blondyn, odłożył słuchawkę i wykręcił na cyferblacie numer do Cliffa. Tym razem odebrała od razu ta osoba, do której kierowany był telefon.
- Tak? - Spytał Burton. - Słucham.
- Siema Cliff. Mam wolną chatę i robię małą domówkę. Przyjdziesz z pomocą?
- No nie wiem. Trochę zajęty jestem, Kirk nie może?
- Nie, ma jakiś test z psychologii kasztana na biologię, czy coś- przekręcił wszystko Het - Zakuwa, obiecał, że wpadnie potem. Pomóż.
- OK. - Westchnął Cliff - Będę o szesnastej - Dodał i się rozłączył.
____________________________
*Deanna jest tak naprawdę młodszą siostrą Jamesa, ale na potrzeby one shota dodałam jej kilka lat. Deanna w opowiadaniu ma 17 lat. 
____________________________ 
*************************
Długie światła furgonetki Cliffa zamigotały na podjeździe Hetfieldów. James siedział na ganku i gdy tylko spostrzegł kolegę, wydarł do niego aby się przywitać. W domu wszystko było już praktycznie przygotowane na imprezę. Jedzenie było gotowe, bo mama Jamesa zostawiła mu pełną lodówkę i kilka gotowych dań, tak aby syn miał co jeść, kiedy jej nie będzie. Brakowało tylko w sumie najważniejszego - alkoholu i ... gości. James liczył zwłaszcza na jakieś dziewczyny. W końcu miał już 15 lat. To chyba odpowiedni moment, żeby znaleźć sobie dziewczynę. Oczywiście nie na stałe. Młody Hetfield miał siebie za playboya i bardzo starał się aby wszyscy inni też tak o nim myśleli. Aby podtrzymywać to złudne wrażenie, uznał, że niebawem trzeba będzie zacząć się chwalić swoimi łóżkowymi przygodami, w przeciwnym razie nikt nie uwierzy, że Hetfield ma jaja na swoim miejscu.
- Fajnie, że jesteś Cliff - rzucił pospiesznie Het i uściskał dłoń kolegi - Robimy tak: ja lecę oczywiście po panny, a ty ogarnij jakieś procenty - zakomenderował, co niespecjalnie przypadło do gustu Burtonowi. Nie lubił kiedy się nim rządziło, i tylko dla przekory odparł:
- Nie. To ja sprowadzę dziewczyny, a ty smarku wróć do domu i obdzwoń kolegów, oraz załatw piwo - odparł Cliff i z powrotem usiadł za kółko. Odjechał, zostawiając Jamesa samego na podjeździe.
Młodemu Hetfieldowi właściwie odpowiadał taki układ. Sam przecież nie miał pojęcia, skąd wziąć dziewczyny. Wszystkie starsze panny jakie znał, były po prostu koleżankami jego siostry Deanny. Ulżyło mu, że to Cliff zaoferował się załatwić ten "problem".
Tymczasem Cliff jadąc przed siebie główną drogą, sam zachodził w głowę skąd ma wziąć jakieś damskie towarzystwo. Był typem faceta, który trzyma się na uboczu, mało gada, zawsze jest niemodny i w dodatku grał na basie. Status basisty wśród dziewcząt ze szkoły średniej raczej nikomu nie imponował. Zwłaszcza jeśli nie miało się zespołu. A Cliff przecież okazjonalnie jammował tylko z Kirkiem i czasami z Jamesem, a ich próby wyglądały z reguły tak, że dwaj gitarzyści wykłócali się o solówki do nieistniejących utworów. Nie mieli nawet perkusisty.
Porażka.
Burton kręcił się po okolicy, starając się opracować jakiś plan, który pomoże mu nie wyjść na frajera przed Jamesem.
- Wkurwia mnie ten gówniarz - mówił pod nosem - Casanova jebany. Co mi do łba strzeliło, żeby brać na siebie tę część tej cholernej domówki. Trudno. Jak nic nie wymyślę to powiem, że dziewczyny miały inne plany. Obejdzie się. Wszyscy się najebiemy i też będzie fajnie - kontynuował swój monolog, kiedy nagle, kilka metrów przed sobą spostrzegł grupę młodych dziewczyn,swoich rówieśniczek. Niektóre nawet kojarzył ze szkoły. Otaczały kogoś wianuszkiem, śmiały się i co chwila zalotnie poprawiały włosy. Cliff zwolnił i podjechał na pierwszym biegu, niespiesznie, jak detektywi w filmach akcji.
- Lesby jakieś, czy jaki chuj... - zastanawiał się Cliff, ponieważ za cholerę nie potrafił dostrzec do kogo owe dziewczyny się wdzięczą. Na jego oko stało tam siedem dziewczyn. W tym jedna jakaś niska, trochę pyzata blondynka, z włosami do ramion. W sumie dość brzydka. Gdyby nie te sarnie oczy to nie byłoby na co patrzeć. Bez cycków, bez tyłka. W męskich ciuchach ....
- Zaraz ... - zaczął się zastanawiać Burton - To jest ... to ... to facet? - Zapytał sam siebie, zdziwiony i trochę obrzydzony tym co właśnie odkrył.
- Na co się gapisz, grim lille pik* - odezwał się pół angielszczyzną, pół nie znanym dla Cliffa języku chłopak. Burton przez moment był tak zmieszany, że nie wiedział co odpowiedzieć, a jego milczenie potęgowało drwiący uśmiech na twarzy chłopaka stojącego na poboczu.
- Emm .... - zaczął Burton.
- To mówi - żachnął się blondyn i tym razem Cliff bardzo wyraźnie usłyszał akcent, zachodni, europejski. Może niemiecki? - Zastanawiał się przez chwilę.
- Wydukaj wreszcie, nie mamy całej nocy tylko dla ciebie - ponaglał ironicznie tamten, a dziewczyny go otaczające rechotały z zadowolenia.
- Zauważyłem was jadąc samochodem po ... dziewczyny z koledżu - wypalił, co było kłamstwem - ale odwołały spotkanie, aaaa .... jest impreza, niedaleko u mojego kumpla i może, pomyślałem, czy może wpadłybyście? - Zakończył pytanie kierując je do dziewcząt, ponieważ za wszelką cenę chciał uniknąć rozmowy z chłopakiem.
- Dans, mine kære damer!** Wykrzyknął blondyn - Chcemy udać się na potańcówkę, dziewczęta? - Zapytał je, ignorując zupełnie obecność Cliffa. Towarzyszki tajemniczego, niskiego blondyna, zaświergotały radośnie i skinęły głowami. 
- Damer første*** - odparł, widząc ich aprobatę, po czym wskazał na samochód Cliffa, zupełnie tak, jakby to była jego limuzyna, a Burton robił za szofera - Wieź na na tę imprezę - ponaglił, kiedy wszyscy usadowili się w środku.
_______________________________
*Grim lille pik - (dun) - szpetny mały chujku.
**Dans, mine kære damer! - (dun) - Potańcówka, moje drogie panie!
***Damer første - (dun) - Panie przodem.
________________________________
******************************************
Ponownie w domu Jamesa

Goście, których zaprosił Cliff wtoczyli się całą grupą do salonu w domu Hetfieldów, gdzie impreza zaczynała się rozkręcać. Kirk, który przybył przed paroma chwilami, wspomógł mini barek, przynosząc od siebie z domu nalewki swojej mamy. Młodym ludziom nie było potrzebne nic więcej do szczęścia. 90% takich domówek kończyła się ledwie po północy, bo młodzi byli już wtedy pijani i upaleni ziołem. W dodatku teraz, James zniósł ze strychu sziszę swojego starszego brata, w której zamierzał prażyć tytoń oraz liście marihuany. 
- Naprawdę chcesz się tym truć? - Zapytał Kirk, patrząc na sziszę - Pewnie nawet nie umiesz tego obsługiwać, zjebiesz coś i jeszcze wszyscy się potrują. 
- Tobie i tak nie dam się sztachnąć - odparł Het - To dla wybranych - dorzucił, szamocząc się z podstawką i wężykami do hookah. 
- Cliff wrócił - zmienił temat Hammett - I przyprowadził dziewczyny - dodał wyraźnie zaskoczony i zadowolony. James porzucił na chwilę swoją nową zabawkę i spojrzał na salon. 
- Ta brzydka jest dla ciebie - zażartował, szturchając Hammetta w bok, podczas kiedy Cliff właśnie pospiesznie się do nich zbliżał. 
- Ta brzydka to facet - wysapał Burton, otwierając sobie piwo. 
- Pojebało cię?! - Obruszył się Het - Czego sprowadzasz mi jakiegoś fagasa do domu, miałeś załatwić laski! Takie co mają brzoskwinkę między nogami, a nie parówę! 
- Spierdalaj - syknął Cliff - Bez tego kolesia nie miałbyś tu żadnej "brzoskwinki". - A widząc zaskoczenie i pytające miny towarzyszy kontynuował - Stały z nim na poboczu, a on je urabiał jak chciał. Ma gadane. Otaczały go jak jakąś pierdoloną gwiazdę rocka. 
- Chyba gwiazdę cocka* - bąknął James, nie dowierzając, jak coś tak małego, szkaradnego z wątpliwą urodą i chłopięcym meszkiem pod nosem, może się komukolwiek podobać. Dopiero teraz dobrze przyjrzał się temu "nieproszonemu gościowi". Chłopak ubrany był w koszulkę z logo Motorhead, ciasne, wąskie spodnie i sportowe buty Adidasa. Wszystko markowe. 
- Bogaty szczyl - zauważył. Uwagę przykuwała też mała reklamówka, którą nieznajomy trzymał w ręku. 
- A w tej torbie pewnie nosi swoje jaja, bo w tych rajtuzach na bank mu się nie mieszczą - zakpił Het. 
- Nosisz takie same - odparł Kirk. James jednak nie zdążył ripostować, ponieważ "gość" właśnie wyciągnął z małej torebki butelkę Jacka Danielsa.
- Zaprosimy pana Jacka na imprezę?! - Krzyknął do ludzi, a w odpowiedzi usłyszał gromkie brawa zwiastujące aprobatę dla pomysłu. 
- Czy on się właśnie zaczyna rządzić w moim domu! - Wrzasnął poirytowany James - Dosyć tego, wypierdolę go zaraz na ryj. - Dodał i ruszył śmiało w stronę rówieśnika. W powietrzu wisiała bójka. Cliff oparł się o kredens obserwując wszystko z bezpiecznej odległości, jednak tak, aby w razie czego móc interweniować. Kirk usiadł na kanapie, obliczając w myślach ile czasu zajmie policji przyjazd tutaj, jeśli któryś z sąsiadów zgłosi nielegalną imprezę, bez opieki dorosłych. James stał już obok swojego przeciwnika i w tym właśnie momencie mocno szarpnął go za ramię, mówiąc:
- Ofiara dziurawego kondoma! 
- Miło mi, jestem Lars - odparł tamten niewzruszony - Starzy cię chyba nie kochają skoro ci dali takie imię. - Dodał Lars bardzo spokojnym, aczkolwiek kpiącym głosem, na co James zaperzył się jeszcze bardziej. 
- Za to twoi starzy za moment będą musieli karmić cię przez rurkę, jebana cipo, bo zamierzam przemeblować ci ryj - zagroził Hetfield. Drwiący uśmiech na twarzy Larsa tylko się poszerzył. Duńczyk, chociaż sporo niższy od swojego przeciwnika, zdawał się być bardzo pewny siebie i nieustraszony. 
- Walka Dawida z Goliatem, runda pierwsza - szepnął Cliff. 
- No? Na co czekasz? - Prowokował Lars - Pokaż co potrafisz - dodał, a James cały czerwony ze złości, zamknął dłoń w pięść i zamachnął się na swoją ofiarę. Kiedy pierwszy cios miał spaść na twarz Ulricha, ten wykonał szybki unik w bok, tak, że James, całym swoim ciężarem, zamiast uderzyć prawym sierpowym, wylądował pięścią w karafce z winem, która rozparła się na miliony kawałków, raniąc go boleśnie w dłoń. Kiedy stracił równowagę i lekko się zachwiał, Lars kopnął go w zadek i James upadł na stolik, rozwalając go na pół. 
W salonie zaległa cisza. Wszystkie oczy patrzyły teraz to na gospodarza domu, to na nowego chłopaka, który dumnie triumfował, stojąc nad Jamesem. 
- Dawid wygrywa przez nokaut techniczny - skwitował Cliff. 
- Nuda. W Biblii był spoiler - prychnął Kirk. James natomiast gramolił się po podłodze, czując gorzki smak porażki i upokorzenia. 
- Czas odprowadzić nasze gwiazdy do narożników - zdecydował Cliff, postanawiając zabrać Hetfielda, aby temu nie przyszło do głowy wszczynać większej burdy. Podszedł do kolegi i pomógł mu wstać. James jeszcze przez chwilę rzucał się i chciał oddać Larsowi, ale Cliff był silniejszy. Bez słowa udało mu się wyprowadzić kolegę do kuchni. Lars powiódł wzrokiem po zebranych gościach i rzekł, jak gdyby nigdy nic:
- Koniec przedstawienia. Zaczynamy imprezę!! 
Do kuchni zaraz za Cliffem i Jamesem poczłapał Kirk. Burton właśnie wyciągał resztki szkła z wierzchniej strony dłoni Hetfielda. 
- Boli? - Kirk zadał idiotyczne pytanie. 
- Nie kurwa, łaskocze - warknął James przez zaciśnięte zęby - Wrócę tam i spuszczę temu małemu gnojkowi takie lanie, że mnie popamięta - dodał i podjął próbę wyrwania się z troskliwych rąk Cliffa.
- Siedź tu! - Wrzasnął Burton - Jeszcze nie skończyłem. I nie martw się. Nasz nowy kolega z pewnością już cię zapamiętał.
- Noo. Nie popisałeś się James - prychnął Kirk - Dałeś się pobić jakiemuś frajerowi z Europy.
- Wydaje mi się, że tę najgłębszą ranę trzeba zszyć - powiedział Cliff oglądając rękę Jamesa.
- Mam to w dupie! Puść mnie, mam tam sprawę do załatwienia - obruszył się Hetfield.
- Nigdzie nie pójdziesz. Co najwyżej na pogotowie - powiedział stanowczo Burton.
- Żadnego pogotowia! Jeśli tam pojedziemy, moja matka natychmiast się dowie od doktora Smitha, że się biłem!
- I tak się dowie geniuszu. Co jej powiesz, jak zobaczy, że masz pociętą całą łapę?!
- I połamane meble w salonie - dodał Kirk.
- Stolik w salonie można wymienić. A co do ręki ... nie wiem. Powiem, że wyjebałem się na deskorolce.
- To samo możesz powiedzieć na pogotowiu - zauważył Cliff.
- I tak nigdzie nie pojedziecie - odparł Kirk - Ty Cliff, piłeś już piwo, a od Jamesa wali wódką i dymem z tej cholernej sziszy.
- A ty nie masz prawka - zakończył Cliff, niechętnie przyznając Hammettowi racje. Nie mieli jak dostać się na oddział ratunkowy, byli uziemieni. Impreza w salonie trwała w najlepsze, ale James nie miał ochoty tam wracać, zwłaszcza, że koledzy zabronili mu wszczynać kolejną kłótnię. Zabrali trochę piwa i resztę nocy spędzili w garażu, wygnani z własnej domówki.
___________________
*Cock (w angielskim slangu) - kutas
________________________
*******************************************
21 maja 1978 roku, dom Jamesa

James zbierał puste puszki i butelki po piwie, które walały się po całym domu. Na szczęście, nie było tego dużo. Wszyscy goście zaraz po północy przenieśli się do innego domu, a inną imprezę, albo po prostu wrócili do siebie. Cliff i Kirk odjechali nad ranem, chcieli wziąć prysznic, przebrać się, bo niestety trzeba było iść jeszcze do szkoły. James też powinien się tam stawić. Minęły już trzy dni kary, kiedy był zawieszony od zajęć. Nie chciało mu się wracać do budy. I tak nie mógłby pisać, bo bolała go ręka, ale jeśli zostanie w domu, a jego matka i siostra wrócą przed południem to zorientują się, że wagarował. 
Nie miał wyjścia. Musiał iść. 
Ogarnął salon i pozostałe pokoje, na tyle na ile potrafił. Połamany stolik i zbitą karafkę wrzucił do kosza. Miał szczęście, że dziś śmieciarka wywoziła nieczystości, bo od razu pozbędzie się dowodów imprezy. 
Dom wyglądał względnie czysto. On sam czuł się podle, był już spóźniony, ale mimo to postanowił, że pójdzie na drugą lekcję. 
______________________________
The Bay School, San Francisco

Lekcja matematyki odbywała się z wychowawczynią klasy, do której chodził James. Kiedy wszedł do sali, od razu zajął miejsce na końcu, przy oknie, położył plecak na ławce i postanowił, że odeśpi ostatnią noc. 
- Witam wszystkich - powiedziała nauczycielka. Odczekała chwilę, aż klasa się uspokoi i kontynuowała - Chciałabym, abyście poznali nowego ucznia naszej szkoły. Nazywa się Lars - James słysząc to imię poderwał się z ławki i zaczął szukać wzrokiem chłopaka - Lars Ulrich - dodała nauczycielka - Lars przeprowadził się ze swoimi rodzicami z Los Angeles, a wcześniej z Danii. Lars, czy chcesz dodać coś od siebie? - Spytała, a mały Duńczyk naturalnie, z wrodzoną sobie umiejętnością wspaniałego mówcy zaczął zagadywać klasę. James siedział jak wryty i świdrował Ulricha wzrokiem. "Kto zmienia szkołę, tydzień przed końcem roku?" - Zapytał siebie w myślach, a zaraz potem wpadł na wspaniały pomysł odegrania się na Ulrichu. Postanowił dorwać go po lekcjach i spuścić mu łomot. Przez całą lekcję gapił się na nowego ucznia, podczas kiedy Lars ani razu nie spojrzał w jego stronę, kompletnie go ignorując. 
Plan Jamesa, aby skuć Larsowi mordę spalił na panewce, zaraz po dzwonku. Powód był prosty. Mały Duńczyk wmieszał się w tłum ludzi i James zwyczajnie zgubił go, kiedy obaj wychodzili z klasy. Nie przejął się jednak zbytnio. Uznał, że skoro teraz obaj chodzą do tej samej szkoły, to dopadnie go innym razem. A jeśli nie zdąży przed końcem roku, to ma przecież całe wakacje. Tymczasem pospieszył do stołówki, odszukać swoich starszych kolegów, aby poinformować ich o tym co się wydarzyło. 
- Ten mały kutas jest w szkole - obwieścił, sadowiąc się pomiędzy Kirkiem a Cliffem oraz jednocześnie przysuwając sobie talerz z drugim śniadaniem Hammetta do siebie. 
- Ja to jadłem! - Jęknął Kirk. 
- Myślałem, że skończyłeś - odparł James, choć talerz Kirka był ledwie ruszony - Dopadniemy go we trzech, po zajęciach na boisku, co wy na to? 
- Wczoraj się chyba w głowę uderzyłeś za mocno - powiedział Cliff - Nikogo nie będziemy bić i ty też nie. Nie potrzebujemy, żeby nas wyrzucono ze szkoły przed końcem roku, co akurat w twoim przypadku jest bardzo możliwe, biorąc pod uwagę pełną liczbę wszystkich twoich wykroczeń. Odpuść. Zapomnij. - James wyraźnie nie mógł uwierzyć w słowa Cliffa, ale niestety jego starszy kolega miał rację. Hetfield zmieniał szkołę przynajmniej dwa, trzy razy do roku dopóki nie trafił do Bay School. Tu poznał swoich jedynych przyjaciół i tylko tydzień dzielił go od tego, aby choć raz prawie bez problemów skończyć klasę. Cliff miał rację. Jak zawsze. 
- Będziesz miał okazję dopaść gnojka w wakacje - dodał na pocieszenie Kirk, próbując odzyskać swój talerz. 
____________________________________________

30 maja 1978 roku, San Francisco

Zamiar zemsty na Larsie zaczął odchodzić w zapomnienie, tym bardziej, że James przed końcem roku musiał poprawić oceny z trzech przedmiotów, napisać zaległe prace oraz zrobić gazetkę na korytarzu. Ostatni tydzień szkoły minął mu więc na korepetycjach z Cliffem oraz ogólnej pomocy ze strony jego znajomych. Udało się. Skończył dziewiątą klasę. Wprawdzie nie odebrał świadectwa z wyróżnieniem, ale i tak był z siebie dumny. 
Teraz można było rozpocząć wakacje. 
Kirk postanowił znaleźć tymczasową pracę i zatrudnił się na pół etatu w Burger Kingu. Cliff pracował tak samo jak w poprzednie wakacje na stacji benzynowej, natomiast James ... robił wszystko,aby nie iść do pracy. Zaczął poważnie myśleć o założeniu własnej kapeli. Zrobił w garażu miejsce na próby i systematycznie rozpoczął wykładanie ścian dłubankami po jajkach, tak aby maksymalnie wyciszyć pomieszczenie. Po kilku dniach nieprofesjonalne studio było już gotowe. Można było zaczynać próby. Wprawdzie "zespół" ciągle składał się tylko z trzech członków i brakowało im perkusisty, ale James miał już na to sposób. 
- Kirk - będziesz grał na garach - obwieścił koledze i wskazał ręką na zestaw perkusyjny, składający się z dwóch kubłów na śmieci, kilku wiaderek, garnka oraz deski do krojenia. 
- Jaja sobie robisz - wysapał Kirk, bo dopiero co przeszedł całe miasto, od Burger Kinga do domu Jamesa. I to na piechotę. 
- Ja gram na gitarze i śpiewam, Cliff gra na basie. Potrzebujemy perkusisty i ty nim będziesz. 
- Nie będę grał na perce, kutafonie, bo nie umiem! - Krzyknął Kirk. 
- Phy. Na gitarze też nie potrafisz, a jakoś grasz - zakpił Het, na co Kirk zrobił wielkie oczy.
- To akurat nieprawda - zauważył Cliff, biorąc Kirka w obronę - Kirk radzi sobie całkiem nieźle, za to ty mógłbyś się bardziej przykładać, a poza tym, co ty chcesz śpiewać, jak nawet tekstów nie mamy? 
- Covery. Na początek - odparł James, lekko urażony uwagami Cliffa. 
- OK. To ustalone. Jak się nazwiemy? - Dopytywał Burton. 
- Deathwish! - Wykrzyknął bez namysłu James, mając w zanadrzu jeszcze kilka chujowych nazw, które wyrzucił z siebie jednym tchem - Albo ... Death Threat, Death Chamber - Im wymieniał dłużej, tym bardziej niedorzeczne nazwy padały: - Nixon, Dumb Fuck, Bigmouth and Friends, Execution, Exterminator, Helldriver, Napalm, Vietnam, Thunderfuck*! - Wykrzyknął ostatnią propozycję. 
- METALLICA - padło z czyichś ust. James spojrzał na Kirka i Cliffa, ale to żaden z nich, obaj zaś patrzyli na kogoś kto chyba już od jakiegoś czasu opierał się o drzwi garażu i przysłuchiwał się ich rozmowie. 
- A ten co tu do licha robi? - Spytał Kirk. James natomiast szybko rozpoznał Larsa.
- Wypierdalaj! - Zawołał do Duńczyka, który zaczął panoszyć się po garażu. Lars spojrzał na prowizoryczną perkusję i szeroko się uśmiechnął. 
- Cicho narwańcu - odparł. - Widzę, że macie ambicje, ale zupełnie nie macie pojęcia o co w tym chodzi.
- Bo ty wiesz! - Rzucił poirytowany James. 
- Owszem, wiem. Daję wam jedyną możliwość, aby założyć profesjonalny zespół. Możecie przyjść do mnie, pokażę wam wzmacniacze, sprzęt do nagrywania no i przede wszystkim prawdziwą perkusję - odparł Lars. Wszyscy pozostali stali jak wryci. 
- Poradzimy sobie bez ciebie - odezwał się w końcu James - a teraz wynoś się, albo pokażę ci profesjonalny wpierdol. 
- Jak chcecie - powiedział Ulrich - daję wam czas do końca tygodnia - dodał i grzecznie zostawił chłopaków w spokoju. 
- Kutas. Ma czelność tu przyłazić - szepnął James. 
________________________________
*Są to autentyczne nazwy, jakie Lars (nie James,) miał na swojej liście, zanim ukradł koledze nazwę Metallica.
____________________________ 
****************************************
02 czerwca 1978 roku, San Francisco 

 Kirk miał już dosyć chodzenia do pracy na piechotę i postanowił zapisać się na kurs prawa jazdy, na który wcześniej go nie przyjęto. Przedtem jednak poprosił Cliffa o udzielenie kilku lekcji. Burton bardzo chętnie na to przystał, bo wreszcie istniał cień szansy, że przestanie on być szoferem dla swoich kumpli. James również towarzyszył Kirkowi w nauce, sam chętnie siadłby za kółko ale musiał najpierw skończyć 16 lat, a poza tym, nie miał samochodu. 
- Czemu ten cholerny samochód mi gaśnie! - Irytował się Hammett, ponieważ kolejna próba odpalenia Dodga Cliffa się nie powiodła. Burton nie miał już siły tłumaczyć, co Kirk robi źle, a James tylko zataczał się ze śmiechu. 
- Spuść ręczny - powiedział w końcu przez śmiech Hetfield. 
- To jest hamulec awaryjny - poprawił go Cliff - na ręcznym radzę się nie spuszczać, bo będziesz miał wszędzie mokro - zażartował. 
- No bardzo śmieszne - odparł Kirk i wreszcie odpalił auto po czym zrobił kilka kółek po podwórku. 
- Nieźle ci idzie - pochwalił Cliff. Wszystkiemu przyglądał się Lars, stojąc po drugiej stronie ulicy. W końcu postanowił podejść do chłopaków. 
- Namyśliliście się? - Zapytał, kiedy już wszyscy go zauważyli. 
- Nie potrzebujemy cię - prychnął James. 
- Naprawdę masz ten profesjonalny sprzęt? - Zapytał Cliff, lekceważąc nastawienie Jamesa.
- Tak. Jak nie wierzycie to pojedźcie do mnie, pokaże wam. 
- I wzmacniacze? - Spytał Kirk.
- Owszem. I gram na perkusji, a zdaje się, brakuje wam pałkera - zauważył. Cliff i Kirk byli gotowi spróbować. Tylko James był jeszcze nieprzekonany. Lars to zauważył, więc zwrócił się do niego:
- Słuchaj. Przepraszam, że wtedy tak wyszło, nie miałem pojęcia, że się wyjebiesz na ten stolik. Naprawdę nie chciałem ci zrobić krzywdy. Zgoda? - Wyciągnął rękę w stronę Jamesa proponując rozejm. 
- Nie będę się ściskał z jakimś europejskim ciołkiem - bąknął ciągle obrażony James. 
- Stawiam piwo - dodał Lars.
- Dobra! - Jęknął James - Jedźmy zobaczyć co takiego tam masz. 
- Mogę prowadzić? - Spytał Lars patrząc na Cliffa.
- Zapomnij, pewnie też nie masz prawka. 
- Nie mam, ale potrafię jeździć. Ojciec pożycza mi Mercedesa - odparł - Poza tym, droga jest skomplikowana, mieszkam kawałek stąd, będzie szybciej jeśli dasz mi poprowadzić i pojedziemy skrótem - Lars brzmiał bardzo przekonująco więc Cliff się zgodził. Wsiadając do auta, James zażartował:
- A dostaniesz do pedałów karzełku? Może ci poduszkę podłożyć? - Lars nie skomentował tej uszczypliwej uwagi po czym perfekcyjnie odpalił auto i płynnie wyjechał z podjazdu na drogę. Około 30 minut później, wszyscy czterej znajdowali się w jednej z bogatszych dzielnic San Francisco, przed dużym, ładnym domem. 
______________________________________
Tego samego dnia, dom Larsa

Rezydencja zrobiła na chłopakach niemałe wrażenie, ale żaden nie skomentował tego na głos. Lars zaprowadził ich do swojego pokoju, gdzie uderzyła ich ilość płyt na półkach z nazwami zespołów, których nawet nie znali. Ściany zdobiły plakaty z europejskich wydań Metal Hammer i Metal Massacre oraz Kerrang! W rogu stała perkusja, z sąsiedniego pokoju Lars przyniósł nieduże wzmacniacze do gitar oraz dwuścieżkowy magnetofon szpulowy. Wszystko wystarczyło aby nagrać taśmę demo. Marzenie Jamesa o własnym zespole, zmaterializowało się w pokoju Larsa Ulricha. 
- I co teraz? - Zapytał.
- Jak to co. Jesteśmy Metallica! - Zawołał Lars - Wchodzicie w to?
- Bezapelacyjnie - odparł Kirk.
-Do samego końca - podsumował Cliff.
******************************
*****************
***
KONIEC