2 października 2015

Shit Happens (One shot)

Jako, że mnie naszło na napisanie tego ... czegoś, oraz Karina i Asia mnie do tego namawiały, to jest. One shot (nie pełnometrażowe opowiadanie! xD). 
Akcja dzieje się w zupełnym oderwaniu od "Dream On", tak jakby wydarzenia z tamtego opowiadania nigdy nie miały miejsca. Zresztą, jako czas akcji wybrałam rok 1985, czyli do "Dream On" jeszcze daleko. 
Głównymi bohaterami są Lars i Gene, co oznacza, że Metallica i KISS w pełnym składzie się pojawią - jako bohaterowie drugoplanowi. W składzie Metalliki występuje oczywiście Cliff. 
Jako, że w one shot'cie nie będę przywiązywała szczególnej uwagi do np. zgodności dat i ich wydarzeń z rzeczywistością, to nie zwracajcie uwagi na to, czy np. jest rok 1985 a Meta wypuszcza "Mastera ..." choć w rzeczywistości wydali go rok później. 
Zastrzegam sobie takie rewelacje, bo kiedyś jakiś kutasiarz na Asku zarzucił mi kiedyś to, że daty mi się nie zgadzają - zapominając chyba, że fan fiction rządzi się swoimi prawami, toteż nic z rzeczywistością zgadzać się nie musi. Jak coś ... to zrobię przypis - jak zawsze xD

Zapraszam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Nowy Jork, zima roku 1985. W studiu nagraniowym Atlantic Records, trwa sesja nagraniowa do płyty "Master of Puppets"*. 
Na przedmieściach Nowego Yorku, w dzielnicy Yorktown Heights, Paul Stanley odpoczywa w swojej willi po ostatniej trasie koncertowej.

02 listopada 1985 roku, Yorktown Heights, Nowy York 

Paul leżał wyciągnięty na obijanej białą, luksusową skórą kanapie. Zupełnie nie rozumiał dlaczego w czasie wolnym od koncertowania, zamiast opalać dupę na Seszelach, odmraża ją sobie w rodzinnym Nowym Yorku. Oprócz łamania sobie głowy tą myślą bardziej zastanawiało go dlaczego jego wieloletni kompan, przyjaciel, brat, basista i w końcu współzałożyciel KISS żeruje na nim jak szarańcza. 
-Gene? - Zagaił, popijając łyk koniaku z eleganckiej szklaneczki.
-Eee? - Padła nic nie mówiąca monosylaba, znacząca tylko tyle, że Simmons jest, słyszy i odbiera kontakt. Tyle szczęścia. 
-Gene - zaczął jeszcze raz Paul - czy ty jesteś bezdomny? - Basista zatrzymał się na środku salonu i taksował kolegę wzrokiem. W końcu odparł:
-Nie kurwa, przecież mieszkam u ciebie. 
-No właśnie - powiedział Paul, podnosząc się z kanapy - dzielimy się pieniędzmi po połowie, dostajesz tyle samo co ja, nie stać cię na własny dom? 
-Wyrzucasz mnie - stwierdził Gene i teatralnym gestem rozpaczy przyłożył dłoń do czoła. Był na tyle dobry w odstawianiu tego rodzaju scen, że można by pomyśleć, że zaraz się rozpłacze. 
-Och! Nie odstawiaj  Królowej Dramatu! Nie wyrzucam cię idioto. Po prostu zastanawia mnie co ty robisz z każdym dolarem, który zarabiamy na płytach, koncertach i gadżetach. Czy wiesz, że przez tyle lat, od samego początku KISS, ani razu nie byłem u ciebie w mieszkaniu? Czy ty masz swój kąt? 
-Co robię z kasą? To proste - żachnął się - wydaje na koks, dziwki i alkohol - powiedział i z uśmiechem podreptał do kuchni. Nie dający za wygraną Stanley nie dał się zbyć i drążył temat.
-Zysk z ostatniej trasy przekroczył 11 milionów dolarów! 11 milionów, pierdolonych, zielonych baksów! Gene! Nie powiesz mi, że połowę z tego wciągnąłeś nosem, popiłeś burbonem i okazjonalnie wydymałeś?! 
-Częściej dymam niż wciągam! - Odkrzyknął z kuchni. 
-Ale masz jakieś oszczędności?! Wystarcza ci chociaż na prezerwatywy? - Pytał dalej Paul, a Gene w końcu nie wytrzymał i wykręcił białkami oczu, jednak postanowił dalej droczyć się z kumplem. 
-A co to prezerwatywy?
-Dowiesz się jak ci przyjdzie alimenty płacić - powiedział bardziej do siebie Paul. Simmons wyszedł z kuchni, przespacerował ostentacyjnie przez salon i poszedł do sypialni. Po chwili wrócił, niosąc pod ręką plik papierów. 
-Masz - powiedział, rzucając stertę na stolik obok. 
-Co to?
-Obligacje na okaziciela, kurwa. Czego nie przeczytasz, tylko pytasz "Co to? Co to?" ... Yamamoto kurwa. Czytaj - Stanley wziął dokumenty do ręki i w ciszy przestudiował. Akt własności domu ... bla, bla, bla ... Potwierdzenie nabycia działki w Kalifornii o powierzchni ... bla, bla, bla ... Wyciąg rachunku bankowego na nazwisko ... bla. 
-Zadowolony? - Spytał Gene. 
-Dobre zabezpieczenia na przyszłość - odparł zgaszony - nie spodziewałem się, że masz oszczędności. 
-Super tato. Jak jesteś już ukontentowany to pozwól, że przyszykuję się do wyjścia. Obawiam się, że nie wrócę przed 22-gą. Nie czekaj z kolacją - odparł i ucałował Paula w czółko - Mieszkam tu bo po prostu ... lubię mieć cię na oku bracie - dodał - nigdy nie wiadomo, kiedy coś odpierdolisz i będę musiał wyciągać cię z gówna - zakończył Gene. Wstał i skierował się z powrotem do pokoju gościnnego, który zajmował. W tym czasie ktoś postanowił molestować dzwonek drzwi frontowych, jednak na tyle krótko, że właściciel domu nawet nie zdążył zapytać "Kto tam?". 
Po kilku sygnałach dzwonka, do salonu wparował Lars.
-Cześć Panie Mam-Gwiazdkę-Na-Ryju, gdzie Gene?
-Nie mam gwiazdki**, po pierwsze, po drugie Gene jest na górze, a po trzecie czy ciebie nikt kultury nie nauczył? Zawsze włazisz do innych jak do obory? 
-Aha. Mam więc stać na mrozie, czekać aż mi kutas do slipów przymarznie, bo jaśnie pan Paul Stanley wlecze się do drzwi. Otwarte było to wlazłem. Zresztą, kurwa, zadzwoniłem, tak? 
-Zadzwoniłeś. Raczej dałeś sygnał, że się wtaczasz - prychnął Paul. Lars nie czekając na dalsze pozwolenia usadowił się w fotelu i nalał sobie koniaku - Ooo pewnie, częstuj się. U siebie przecież jesteś. Duński, niewychowany karzeł. 
-Żydowski, malowany kutas - ripostował Lars. 
-Ej, dziewczyny - zawołał Gene schodząc z góry - kłócicie się jak nastolatki w koledżu o to która pierwsza ma mnie ruchać
-Od kiedy ty wychodzisz razem z Larsem?! - Zapytał zdziwiony Paul, kiedy już połączył wątki i cel wizyty Ulricha.
 -Od zawsze. A przynajmniej od kiedy ty stałeś się taki marudny. 
-Nie jestem marudny.
-Jesteś - potwierdził Lars. 
-Ty się zamknij szujo! Nie z tobą gadam.
-On jest cholernie marudny - powiedział Lars do Gene'a.
-Wiem, właśnie mu powiedziałem.
-No, jeszcze mi powiedz, że Lars jest zabawniejszy! - Krzyknął Paul. 
-Bo jestem - zauważył Duńczyk. 
-Jest - potwierdził Gene - sorry Paul, ostatnio każdy jest zabawniejszy od ciebie. Długie trasy koncertowe cię wykańczają. Pobalowałbym z tobą, ale jesteś taką męczybułą, że niezdatne. Na imprezach sypiesz sucharami i idziesz spać po dobranocce - skwitował. Założył puchową kurtkę i pociągnął za sobą Larsa - Chodź, idziemy Mały Książę.
-Dobrali się kurwa ... Żwirek i Muchomorek - podsumował Paul, kiedy tamci zatrzasnęli za sobą drzwi - Że niby ja nudny? Wolne żarty ... -nachylił się aby zajrzeć pod kanapę, w celu odnalezienia swoich zimowych, puchowych skarpet z angory, ale nigdzie ich nie było. 
W domu ostatnio notorycznie ginęły skarpety, a nawet bielizna. 
Z rozmyślań o zaginionych częściach garderoby wyrwał Paula swąd dochodzący z kibla, z jednej z łazienek dla gości. 
-Kurwa, ale smród. Czego ten sracz cały czas się zapycha?
__________________________________________________
*"Master ..." nagrany był oczywiście w studiu w Danii, a nie w NY, i wydała go Elektra a nie Atlantic.
**Rok 1985 - era bez masek, stąd "Nie mam gwiazdki" Stanleya. 
 ________________________________________________
Wieczór tego samego dnia, studio Atlantic, Nowy York

Trudno było powiedzieć, że praca nad nową płytą "wrzała". Jeśli cokolwiek wrzało w obozie Metalliki to tylko relacje miedzy członkami zespołu, ewentualnie woda na kawę dla Flemminga "Razz'a" Rasmussena - producenta albumu. Zgromadzeni w studiu James, Kirk i Cliff ciągle sobie dogryzali i nie mogli dojść do porozumienia, plus James był obrażony, że musi pracować podczas kiedy Larsa ciągle nie ma. 
-Dlaczego on zapija mordę na mieście a ja się tu produkuje!? - Tupnął nogą jak naburmuszone dziecko i popatrzył na Razz'a z wyrzutem. 
-Lars powiedział, że nagra swoje partie jak wy skończycie nagrywać swoje - odparł producent.
-Jak mam komponować kiedy on mi zawsze w tym pomaga? - Dociekał Het - A w ogóle to jak on chla to ja też chcę!
-Dzieci - szepnął Cliff i przekręcił stronę w czasopiśmie, które czytał. Z bliżej nie znanych powodów, chęć i ochotę do pisania materiału na nową płytę miał tylko Kirk.
-Czujecie to! - Zawołał gitarzysta, cisnąc na gryfie jakiś ostry riff - Czujecie? No! Czujecie!?
-Jeśli właśnie się zesrałeś, to tak. Poczuliśmy - odparł spokojnie Cliff.
-Wiecie co. Dzięki. Na prawdę, właśnie straciłem cały zapał - powiedział rozczarowany Kirk - Jeśli ten riff wam się nie podoba, proszę bardzo, napiszcie lepszy - dodał i z hukiem odwiesił gitarę na wieszak. 
-A w ogóle to gdzie jest Lars kiedy nie ma go tutaj? -Zapytał rzeczowo Cliff.
-Baluje z Gene'm. Od miesiąca - zakomunikował Razz i jak na producenta, odpowiedzialnego za cały album, jego własne słowa w ogóle nie zrobiły na nim wrażenia. 
-Spoko. Gonią cię terminy, kończy się kasa a ty jak gdyby nigdy nic obwieszczasz nam, że nasz perkusista od miesiąca nie pojawia się w studiu, bo ważniejsze jest dla niego zerowanie jaboli pod sklepem? - Podsumował złośliwie James. 
-Może gdybyś mu nie wyrzucał jak bardzo jest kiepskim garowym to by się nie obraził i nie poszedł w tango? - Ripostował Razz.
-Bronisz go? Nie wierzę, że go bronisz! - Wrzasnął Het - Lars potrzebuje lekcji gry, bo gra monotematycznie, bez pomysłu, w kółko to samo!
-W porządku! Tak! Ale nie musiałeś mu tego mówić w ten sposób! Myślisz, że zakomunikowanie tego Larsowi słowami: "Rzucasz się jak świnia na westernie" było OK?
-A co mu miałem powiedzieć? Rozjaśnienie mu tego, niezbędne dla naszej kariery!
-Razz ma rację. Niepotrzebnie się wściekłeś - zauważył Cliff - do Larsa trzeba podchodzić spokojnie. Nie musiałeś mu tego wyrzucać. To było potrzebne jak kurwie majtki, a teraz jego nie ma i nie wiemy kiedy wróci. 
-A więc teraz to moja wina ... - westchnął James. 
-Może jednak pograjmy zamiast się na sobie wyżywać? -Zaproponował Kirk.
-Może sobie pograsz na swoim flecie w portkach - odciął Hetfield i wkurwiony wyszedł ze studia.  
________________________________________________
 Północ. Ulice Nowego Yorku, gdzieś w okolicach skrzyżowania 6 alei i Downtown

 -Szaryyyy murrr - wybełkotał pijany w sztorc Gene, przytulając się do ściany. Lars siedział na zaśnieżonym chodniku, w świetle latarni i kiwał się smętnie w przód i w tył. W ręku trzymał butelkę whiskey, której nawet nie pił, i tylko zaglądał od czasu do czasu w jej wnętrze, oczekując, że wypita zawartość się zwróci. 
Gene'owi się zwróciła, ale nie koniecznie tak jakby sobie tego życzył. 
-Szarry muuuuur. Aaa ty wieszz Lahrsiku, Larsiczku kochany, kochanienieńki, że tu nie zawsze był muuur? Tu były dechy. Płot był. Drew... drew ... dhrewnianyyy. I szłem sobie kiedyś ...
-Szedłem - mruknął Lars.
-No kuhrwa! Lepiej wiem czy szłem czy szedłem! Szłem ... i na tym płocie, ktoś farbą wymalował napis ... "du... du .. dupa". No sobie myślę "pomacam tę dupę na płocie". I pomacałem. I mi się drza ... drzazga wbiła. 
Zapamiętaj mój przyjacielu! Mój mały, duński przy .. jacielu. Nigdy nie macaj dupy na płocie. Nigdy. Jadowite sztachety czekają tylko, żeby zatopić się w twojej ręce. 
-Ta jest! - Odparł Lars. 
-Chodźmy stąd, zimno jest.
-Chyba przymarzłem - odparł Lars.
-Ale ... że ... jak?
-Dupą do chodnika. Normalnie. 
-Czaj ... pociągnę cię - zdecydował Gene i złapał Larsa za ręce - Hooop!! Proszszs ... stoi Duńczyk. 
-Mokro mam w gaciach - zauważył Lars.
-Tiiaaa, ja też bym chciał zmoczyć. 
-Nieee, mokro, bo na śniegu usiadłem - powiedział smętnie Ulrich, a Gene skłonił się aby obejrzeć spodnie kolegi. Plama. Na dżinsach Larsa widniała teraz wielka, mokra plama jakby się zeszczał.
-No thrudno ... idżemy - panowie objęli się nawzajem w pasie, co wyglądało dość komicznie, gdyż wysoki, na prawie metr dziewięćdziesiąt Gene mógł co najwyżej objąć Larsa za głowę, natomiast mały Lars, z wzrostem ledwie powyżej metra sześćdziesiąt, wisiał Simmonsowi na biodrach. Zataczając się od krawężnika do muru szli przez pewien czas w ciszy, aż Gene'owi włączyła się opcja "pijackiego bełkotu" połączona z fazą na "znam wszystkie języki obce, jak sobie popiję". 
-Baahabhabhaaa auu ... sza-ry mmmmuur, bla. A czi ti wijesz Larsie ... Jak nie wijesz to ci-po ...ci-po... ci powieeem. A jakh wijesz to .. też czi powiem. I tak ci-po wiem. A CZI TY WIJESZ, że tu zielone roślinki rosną? Tu - machnął ręką na mur -posadzili, żeby ten pask..pask...paskudny szary mur porosło? -Lars powiódł mętnym wzrokiem po nieszczęsnym murze, który do połowy opleciony był plątaninką gałązek, w okresie zimowym, oczywiście bezlistnych. Jako, że z zimna i przepicia dopadła go czkawka, to zamiast odpowiedzieć, głośno czknął, a potem dodał:
-Jjjak bym był takim smutnym, szarym murem -YK- to teszz bym chciał, żeby mnie coś porosło -YK. Gene, Gene, Gene ... a czi ty wiesz, że James mnie nie ko-cha? On mie nie kocha jusz. On móóówii, że ja nje potrafię grać na perkusjii. 
-Jjja tesz nie potrafjję grać na perkusji - stwierdził Gene.
-Ale ty jesztesz basistą - zauważył Lars.
-No ji co?
-Gówno - wymamrotał Duńczyk i osunął się na ziemię wzdłuż nogi Gene'a - Będę spał - oświadczył.
-Dopsz ... To jja poczekam - zakomunikował Simmons stojąc na środku chodnika, w środku nocy, w środku Nowego Yorku, w środku cholernej nowojorskiej zimy. Lars nawet nie przybrał wyszukanej pozycji, zasnął tak jak się osunął, przytulając się jedynie do łydki kolegi i uniemożliwiając mu tym samym odejście. 
______________________________________________
Pierwsza w nocy, hotel Waldorf Astoria, Park Ave, Nowy York

James siedział w pokoju, do którego niedawno weszli też Kirk i Cliff. Atmosfera była ciągle napięta, toteż nikt się nie odzywał. W końcu Hetfield nie wytrzymał.
-Musiałem mu powiedzieć, że partaczy grę, musiałem. Nie robię tego złośliwie, chce dobrze dla niego i dla całego zespołu - bronił się, choć nikt przecież nie zadał pytania.
-Zgadzam się, że Lars powinien wziąć kilka lekcji - odezwał się Cliff jak zwykle ważąc słowa. 
-No właśnie! Widziałeś jak on gra! Jak można się tak garbić? On ma ramiona wyżej niż głowę .... w ogóle ... zaraz się złoży jak scyzoryk przy tych garach! Jeszcze chwila i tak się zegnie, że będzie sobie mógł sam zrobić loda! - Wypalił James, a Kirk i Cliff nieoczekiwanie zaczęli się śmiać. Po chwili zdezorientowania również James do nich dołączył i przez kilka minut wyli ze śmiechu. Atmosfera się rozładowała. Pierwszy odezwał się znowu Het.
-Dobra, przesadziłem, przyznaję. Jutro przeproszę tego karła i zaczniemy od nowa.
-Dobry pomysł - skwitował Cliff - a potem we trzech zasugerujemy mu, żeby popracował nad swoją techniką. 
________________________________________________
W tym samym momencie, Yorktown Heights, Nowy York 

-Jezu, Paul, ty na prawdę zdziadziałeś! - powiedział do słuchawki Eric Carr - jest pierwsza w nocy, dymam sobie panienkę, a ty dzwonisz bo ci się na plotki zebrało?!
-Muszę się komuś wygadać! No weź, nie bądź wiśnia!
-Nie bądź wiśnia?! Boże, nawet zacząłeś gadać jak jakiś starzec.
-Gene'a nie ma, a ten pokurcz z zespołu z Kalifornii ze strzałą w nazwie, wparowuje mi do chałupy jak do swojej duńskiej obory! 
-Byłem u ciebie ostatnio Paul, pamiętasz? I wiesz co ... tobie na prawdę wali po całej chałupie jak z obory, to się nie dziw, że każdy włazi. A teraz, kurwa, daj mi spokój! Jest środek nocy, weź poruchaj, zwal se konia, opróżnij barek, rozwiąż krzyżówkę, pooglądaj "Dynastię", albo pierdolnij na se na ścianie mozaikę w stylu późno helleńskim, tylko mi już nie zawracaj dupy! Dobranoc! - Krzyknął Eric i rzucił słuchawką. Paul trzymał aparat przez chwilę w rękach i wielce zdziwiony tym, że nikt nie chce go wysłuchać wzruszył ramionami. Pociągnął nosem.
-Kurwa, tu na prawdę śmierdzi gównem. 
________________________________________
03 listopada 1985, trzecia nad ranem, ten sam chodnik, na którym śpi Lars

-Lars! Lars! - Budził go Gene, próbując jednocześnie oswobodzić swoją nogę. Stał już bez ruchu dwie godziny, podczas gdy Ulrich ślinił mu nogawkę. Mroźne powietrze prawie go otrzeźwiło, jednak totalnie skostniał z zimna - Muszę szczać! Puść mnie! Muszę się odlać! 
-Jeszcze pięć minutek - wyszeptał perkusista, a z ust buchnął mu dymek z parą, taki który zawsze powstaje na mrozie.
-Jak mnie zaraz nie puścisz to naszczę ci na ryj! Słyszysz? - Zagroził i zaczął grzebać przy rozporku. Groźba podziałała i Lars błyskawicznie, jak poparzony odskoczył od lewej nogi basisty. Oswobodzony Gene poczłapał pod mur i po chwili odetchnął z wielką ulgą, a strumień moczu popłynął po ścianie. 
-W kurwę zimno - powiedział Lars, rozcierając ręce. Wypity alkohol odparował i panowie zaczęli zauważać przykre tego skutki.
-Chodźmy do jakiegoś baru - zasugerował Gene, zapinając spodnie.
______________________________________________
Chwilę później, Monkey Bar, 6 aleja, Nowy York

Na szczęście znalezienie całodobowej knajpy w Nowym Yorku było dość proste. Panowie nie przeszli nawet stu metrów i znaleźli spokojną przystań w Monkey Bar. Bardzo późna godzina nocna, lub też jak kto woli bardzo wczesna godzina poranna sprawiła, że lokal był pusty, nie licząc jednej barmanki, która jednocześnie pełniła obowiązki kelnerki oraz pewnej młodej damy, która siedziała blisko witryny i ciągle patrzyła w okno, nie przestając mieszać kawy. Gene i Lars usadowili się na drugim końcu sali, z widokiem na ową tajemniczą brunetkę. 
-Nie poruchasz - zaczął Lars, obserwując z jakim skupieniem Gene taksuje dziewczynę.
-Wiesz co, plujesz mi w twarz takim tekstem - odparł jeszcze nie urażony, ale lekko podrażniony Gene.
-Nie pluję. Nie jestem w stanie charać tak wysoko - odbił piłeczkę Ulrich.
-Kutas cię boli, bo dziewczyna jest jedna a nas dwóch i wiesz, że to ja mam większe szanse ją zdobyć? - Zapytał złośliwie, ale Lars nie ripostował natychmiast, jakby przez moment zastanawiał się czy się przyznać do czegoś przed Gene'm.
-Tak właściwie to mnie boli - odparł szeptem.
-Co? Kutas cię boli? Złamałeś sobie - parskną Simmons.
-A to można złamać? - Zapytał niepewnie, mocno speszony Lars. 
-Co, kurwa! Człowieku! Złamałeś sobie chuja! Gdzieś ty go wkładał!
-Ciiszeeej! No. Zaraz cały Manhattan obudzisz! 
-Co ciszej, co. Tu nikogo nie ma przecież.
-One są - zauważył Lars, wskazując na dziewczynę przy oknie i barmankę za ladą - To co, myślisz że można sobie złamać? - Zapytał cicho.
-Nie wiem, kurwa - zaczął Gene jednocześnie lustrując małego Duńczyka wzrokiem. On przecież nie może być lepszy w te klocki ode mnie? Co on musiał robić tym kutasem? Wzmacniacze przepychał?! - myślał. Nagle poczuł się zagrożony obecnością Larsa-Casanovy. To przecież on - Gene Simmons jest największym jebaką na świecie. 
-A ty sobie ... no wiesz. Nigdy nie uszkodziłeś? - Padło kolejne ciche pytanie.
-Ja? Nigdy - odparł, prostując się na krześle - Widzisz to? - Poklepał się w okolicach krocza - Tam jest ukryty pancerkutas. On się nie łamie - obwieścił triumfalnie Gene, a Lars stał się jeszcze bardziej przygnębiony. 
-A nie swędzi cię czasami?
-Chryste, jak mnie swędzi to się drapie po jajkach - odparł Simmons, jakby to było oczywiste. 
-Ale tak w środku - dociekał Ulrich.
-Swędzi cię w środku? Kutas? Noo kolego, obawiam się - zaczął Gene, a na jego twarzy stopniowo pojawiał się ogromny uśmiech - obawiam się, że złowiłeś rzeżączkę - dokończył już niemal krztusząc się śmiechem. Poklepał Larsa po ramieniu i przyznał, że tak na prawdę bardzo mu współczuje - Ale wiesz, teraz, skoro tylko ja mam sprawny miecz, to pójdę powojować o tę panią - zaanonsował i skierował się do stolika przy którym siedziała brunetka. Usiadł naprzeciwko niej i już miał zagaić, kiedy nagle z jej ust padło:
-Spierdalaj - uśmiech Gene'a błyskawicznie przeistoczył się w podkówkę.
-Ale jak ...
-Wypierdalaj, nie mam czasu - odparła kobieta, nie przestając patrzeć na drugą stronę ulicy przez oblodzone okno. 
-Nawet na mnie nie spojrzałaś! - Obruszył się. Brunetka szybko rzuciła wzrokiem na swojego natrętnego towarzysza, wzruszyła ramionami i wróciła do poprzedniej pozycji.
-Popatrzyłam, i co?
-Jestem Gene Simmons - powiedział podniośle, przekonany, że to już załatwia całą sprawę.
-A ja Kleopatra, wypierdalaj - rzuciła i nagle zerwała się ze stołka, popchnęła Gene'a, tak, że zachwiał się na stołku i wybiegła z baru. Za chwilę na ulicy padły strzały, barmanka wrzasnęła, Lars podskoczył na siedzeniu, a Gene nie ogarniał sytuacji. Wszystko działo się błyskawicznie. Basista nawet nie zdążył powiedzieć słowa, kiedy tajemnicza brunetka wróciła z powrotem do baru. Sięgnęła do kieszeni, wyjęła małą karteczkę na której coś napisała i rzuciła ją Gene'owi na stół.
-Mandat, za próbę utrudniania działań policjantce na służbie i za podawanie fałszywych danych osobowych. Gene Simmons - żachnęła się - ktoś się na to nabiera? -Powiedziała, po czym zwróciła się do przerażonej barmanki -Oficer Dakota Roberts, proszę się nie bać, już po wszystkim. Przed chwilą, po drugiej stronie ulicy dokonaliśmy przejęcia znacznej ilości narkotyków oraz zatrzymania dwóch przedstawicieli meksykańskiego kartelu narkotykowego. Działałam incognito, dziękuję za "użyczenie" lokalu jako punktu obserwacyjnego - zasalutowała, zakręciła się na pięcie i wyszła. Pierwszy głos odzyskał Lars. 
-No to żeś nawojował tym mieczem nie mało - skomentował uradowany. Niepowodzenie Gene'a poprawiło mu humor.
-Mnie to się zdaje, że ty masz większy problem - przypomniał mu Gene. 
____________________________________________
03 listopada 1985 roku, poranek w hotelu Waldorf Astoria, Park Ave, Nowy York

Lars stał z nosem opuszczonym na kwintę, a reszta chłopaków zalewała się łzami. Przyznanie się do choroby wenerycznej przed wszystkimi chyba nie było najlepszym pomysłem. Pierwszy jednak ogarnął się Kirk, którego rozbawienie ustąpiło miejsca przerażeniu.
-Ej! Ale nam tego syfu nie sprzedałeś?!
-Idioto - odezwał się Cliff - musiałby cię najpierw przelecieć żebyś też to złapał. 
-A to luz. 
-Dobra Larsik. Nie smutaj - odparł James - myślę, że twoja mała niedyspozycja rekompensuje mi wszystkie złośliwości z twojej strony, więc jakoś, nie potrafię się teraz na ciebie dłużej wkurwiać. Ale jak nareperujesz sprzęt, to przysiądziesz do garów, tak?
-Ta.
-Do tej pory grałeś nie tą pałeczką - parsknął James, nie mogąc się powstrzymać od komentarza.
-Oj weź już skończ! - Fuknął Lars - Zobaczymy jak ci będzie do śmiechu jak ty coś złapiesz - dodał, a cała reszta nie przestawała się podśmiewać.
______________________________________________
Przedpołudnie w domu Paula Stanleya, Yorktown Heights, Nowy York 

-Ooo czyżbyś się umył Paul? - Zapytał Gene wchodząc do salonu.
-A co? Czemu?
-Bo przestało jebać gównem.
-Ha, ha. Bardzo śmieszne. Owszem jebało gównem, ale to akurat przez ciebie.
-Co ty powiesz?
-Czy wiesz może, gdzie do tej pory ginęły wszystkie skarpetki? 
-Pewnie krasnoludki ci je wynosiły - zażartował Gene.
-Nie. Jako, że ty nie masz własnych to wszystkie MOJE skarpetki podpierdalałeś mi z szuflady.
-Aha. No i jaki ma to związek z gównem? 
-Zasadniczy. Był tu rano spec od kanalizacji.
-Przepchał ci rury? - Droczył się Gene, nie bardzo wiedząc do czego zmierza ze swoim wywodem Paul.
-Zamknij ryj. Był tu spec od kanalizacji i zgadnij co znalazł w ścieku?
-Gówno?
-Właśnie nie. Moje skarpetki! Gene! Jak trzeba być kurwa pijanym, żeby brudne skarpetki wrzucać do sracza a nie do pralki*! - Wrzasnął Stanley. Gene łączył wątki, toteż się nie odezwał, natomiast Paul kontynuował -Skoro skarpetki wrzucałeś do kibla to ja się boję pomyśleć, czy w takim razie srałeś do pralki.
-Może nie drążmy tego tematu? - Zaproponował Gene.
-Może masz racje - odparł Paul.
*********************************
KONIEC
*************************
*Stare, amerykańskie pralki były pakowane od góry, toteż istnieje cień szansy aby pomylić klapę pralki od klapy kibla xD