22 lutego 2015

Dream on XXXII

5 luty 1989 roku, Novato Open House, San Francisco 

James zbudził się około dziewiątej rano i przetarł mozolnie oczy, które wcale nie miały zamiaru z nim współpracować i uporczywie marzyły o tym, aby jeszcze choć na chwilę pogrążyć się w ciemności. Po ostatniej nocy był pół przytomny. Wydawało mu się, że miał bardzo dziwny sen. Widział w nim Larsa tłukącego pałeczkami w bęben jego pralki, o trzeciej w nocy. 
Słońce uporczywie łaskotało go po nosie i dalsze naciąganie kołdry po czubek głowy nie miało już sensu. Wstał. Wbił się w swoje obcisłe spodnie i zarzucił koszulkę Misfits. Schodząc po schodach słyszał rozmowy w kuchni i naturalnie uznał, że to Lars i Jason, którzy pewnie robią śniadanie. Stanął w progu pomieszczenia i jeszcze raz przetarł oczy. Tym razem ze zdziwienia.
-Kkk ... Kim Ty do diabła jesteś? - Wypalił, na widok zgrabnej brunetki, która przycupnęła na kolanach Larsa. 
-Hej! - Zaszczebiotała i zerwała się na równe nogi - Chcesz kawę czy sok? Z pomarańczy, sama wyciskałam - pochwaliła się dziewczyna, jakby jej wyznanie było co najmniej warte nagrody Nobla. 
-Lorraine ... - szepnął James i ciężko westchnął przypominając sobie nocne zajście - Czyli jednak z ta pralką to nie sen. 
-Sorry za tę pralkę - rzucił szybko Lars zajadając tosty przygotowane też zapewne przez Lorraine - dziś wpierdoliłem tam pranie i zapieprza bez strachu. Znaczy się, wiruje jak trzeba. 
-Chuju! Co ci do łba strzeliło odwalać jakieś "tuca, tuca" na moim sprzęcie AGD! - Wybuchnął wokalista - Może u was w Danii ludzie przychodząc w gości zachowują się jak troglodyci, ale tu jest Ameryka! Cywilizacja cwelu - Ulrich jednak zignorował ten nagły atak złości ze strony przyjaciela i zaczął ochoczo obmacywać Lorraine. James pokręcił głową i spojrzał na Jasona, którego cała sytuacja najwyraźniej bawiła. Pił swoją kawę i uśmiechał się patrząc na zakochanych. 
-A ty co się cieszysz jak ksiądz na egzorcyzmy? 
-No co? - Zapytał Newsted.
-Jajco. Banda zjebów. Ekhem - odchrząknął znacząco James, aby zwrócić na siebie uwagę - Tak, pani Lori ... Skąd tyś się tu wzięła, co tu robisz i dlaczego z Larsem? Czyżby nasz duński kolega był ostatnim facetem na ziemi? 
-Po pierwsze, Lorraine - poprawił go Lars, a dziewczyna przytaknęła z poważną miną - Kicia nie lubi jak mówi się do niej Lori - zaznaczył. Na dźwięk słowa "Kicia" Het parsknął i prawie opluł kawą Jasona - Po drugie, Kicia i ja jesteśmy teraz razem, a po trzecie ... Kicia jedzie z nami w trasę - powiedział Duńczyk na co Lorraine wydała z siebie głośny pisk mający chyba oznaczać szczęście. James patrzył na to z szeroko otwartymi oczyma. Lorraine zachowywała się jakby miała dziewięć lat i właśnie dostała ulubiona lalkę. Ciągle piszczała i klaskała w dłonie z aprobatą. Jej cienki głosik drażnił Hetfielda, który dalej nie mógł uwierzyć w to co dzieje się w jego kuchni. Po dłuższej chwili przekomarzania się przy stole Lorraine zaciągnęła Larsa na górę by pomóc mu spakować rzeczy do podróży. 
-Kicia pomoże spakować najważniejsze rzeczy swojemu Kotkowi - zaklekotała wychodząc. 
-Mam wrażenie, że Kicię musiał ostro jakiś tir pierdolnąć - odparł w końcu James, gdy tylko wrócił mu głos. 
-O co ci chodzi? - Zapytał Jason - Lars jest szczęśliwy ... a ona? Jest zabawna. 
-Przyjrzałeś jej się?! Wygląda jak jakaś niewyżyta groupie, piszczy jak dziecko w sklepie z cukierkami ... i mówi do Larsa "Kotku"!
-I jedzie z nami w trasę - przypomniał Jason, po czym się uśmiechnął i odszedł od stołu.
_________________________________
6 luty 1989 roku, dom Kirka Hammetta, San Francisco 

-Aua, aua, aua! - Syknął Kirk i szybko wyłączył suszarkę, do której wplątały mu się włosy - Ellen! Ratuj! - Krzyknął z łazienki.
-Co ty tworzysz? - Zapytała dziewczyna, kiedy stanęła w progu - Kirk siedział na brzegu wanny z głową spuszczoną do dołu, loki opadały mu na twarz a w prawej ręce trzymał suszarkę, która w wyniku zbyt bliskiego kontaktu z jego włosami, postanowiła je zassać i zaatakować.
-To jakiś horror - wysapał przez zatkany nos - Od kiedy tylko pomyślę o tym wyjeździe, wszystko się jebie. Najpierw to cholerne przeziębienie a teraz to.
-Czekaj, nie rusz - powiedziała Ellen i zaczęła mozolnie wyciągać pukiel loków z silniczka suszarki - bo cię oskalpuję! - ostrzegła - Gotowe - Zawołała po chwili, oswobodziwszy chłopaka od morderczego przedmiotu.
-Dziękuję - wysapał.
-Powinniśmy mieć w apteczce coś na przeziębienie - westchnęła dziewczyna i przyłożyła Hammettowi rękę do czoła, sprawdzając czy nie ma gorączki.
-W pół godziny i tak mi nie przejdzie. Zaraz będzie James, muszę dokończyć pakowanie - odparł i pocałował dziewczynę w policzek, przechodząc do sypialni, gdzie leżał jego bagaż - szkoda, że nie możesz jechać z nami - powiedział.
-Lars dostałby białej gorączki - zażartowała smętnie. Na podjeździe zatrąbił klakson MetBusa, vana którym członkowie zespołu dowozili się na lotnisko - Zejdę powiedzieć, że jesteś prawie gotowy - dodała i oddaliła się do drzwi wyjściowych. Nie zdążyła przejść nawet połowy drogi, gdy James wpadł znienacka jak do siebie i od progu zapytał:
-Macie piwo? - Ellen stanęła zdezorientowana.
-Ttt... Tak, weź sobie z lodówki. Widzę, że ostro zaczynacie - odparła.
-Daj spokój. Lars przygruchał sobie jakąś lolitkę i oświadczył, że zabiera ją w trasę. A! Wcześniej jeszcze rozpierdolił mi pralkę.
-Aha ... - mruknęła.
-Kirk gotowy?
-Prawie. Zdążysz spokojnie wypić piwo, zanim on dokończy pakowanie.
-A ty?
-Co ja?
-Gdzie twój bagaż - zapytał zupełnie na serio Hetfield, pomiędzy kolejnymi haustami piwa, które popijał.
-Przecież nie jadę. Tak ustaliliśmy z Larsem.
-Jebać Larsa! - Odparł James i zaczął iść po schodach na górę - I tak już złamał zasadę, sprowadzając tego potwora najpierw do mojego domu, a potem na trasę. Musisz jechać - odparł, zatrzymując się na trzecim schodku i spoglądając na Ellen - będziesz jedyną normalną osobą w tym busie. Nawet Jason przeszedł na pierdoloną mroczną stronę mocy i popiera tego zasranego Małego Księcia.
-Ale .. al .... James? Gdzie ty właściwie idziesz? - Wołała Ellen, próbując dogonić Hetfielda, który był już na górze. Nie nadążała za akcją, wszystko działo się dla niej za szybko.
-No jak gdzie? Idę cię spakować - odparł i bezpardonowo władował się do sypialni, gdzie ciągle był Kirk - Siema bro! - Przywitał się z Hammettem poklepując go po ramieniu - Wyglądasz jak gówno.
-I tak się czuję - odparł gitarzysta - to przeziębienie mnie rozłożyło, akurat teraz - Jamesa jednak nie obchodziło przeziębienie kolegi, złapał walizkę i zaczął wrzucać do niej przypadkowe rzeczy. Ellen interweniowała w ostatniej chwili.
-James co ty ... - zaczął Kirk pytającym tonem.
-Pakuję twoją dziewczynę. Chyba jej tu nie zostawisz?
-Ale ...
-Oj, przestańcie wszyscy z tym Larsem! Sracie się przed nim jak przed papieżem. On zresztą jest tak zajęty swoją Lorraine, że nawet nie zauważy Ellen.
-Ellen jedzie z nami? - Zawołał uradowany Kirk i poczuł nagły przypływ braterskiej miłości w stosunku do Jamesa. Po piętnastu minutach wytoczyli się przed dom z walizkami. Gitary i wzmacniacze Kirka zostały zabrane wcześniej z Presidio, tak jak reszta sprzętu zespołu.
Na tyłach MetBusa siedział Lars i Lorraine. Oboje zachowywali się głośno, jakby byli sami w całym vanie.
Jason zajmował miejsce obok kierowcy - Jamesa, Kirk i Ellen usadowili się w środku.
-Ktoś jej sprawdził dowód? - Zapytał Kirk patrząc na Lorraine, która siedziała okrakiem na Ulrichu i wcale nie krępowała się całą sytuacją.
-Bez kitu. Pewnie ma z szesnaście lat - prychnął James i odpalił silnik. Zmagający się z katarem Hammett wyciągnął z kieszeni chusteczki, jednak nie nacieszył się nimi długo. Lorraine pochwyciła je i zaczęła robić z nich małe, papierowe kulki.
-Śnieeeeeg  - wrzeszczała - konfettiiiii - do zabawy z dziewczyną dołączył się Lars. Rzucił kilka kulek na ramię Kirka i oznajmił starając się zachować powagę:
-Stary, ale ci się łupież sypnął - na co Kirk tylko westchnął.
-Dobrze że nie mamy papieru toaletowego - szepnęła Ellen - pewnie zaczęliby robić girlandy.
-Wesoły autobus, kurwa - skomentował James.


______________________________________________
15 luty 1989 roku, hotel Teatro, Denver, Kolorado 

Motley Crue wyruszyli w trasę koncertową, tak jak nakazał im Bob Rock. Razem z towarzyszącymi im muzykami z Guns'n'Roses mieli zakończyć tour na festiwalu w Tampie. 
Nikki balował wraz ze Slashem i Tommym w swoim pokoju hotelowym. Szczególnie zadowolony był Tommy, ponieważ wcześniejsza dziewczyna Sixxa - Vanity - nie pojechała z nimi w trasę. Na tydzień przed ich wylotem do Denver okazało się, że zbyt mocno imprezująca modelka trafiła do szpitala z ostrym bólem w odcinku lędźwiowym. Na stole operacyjnym lekarz stwierdził, że jedna z nerek jest już tak zniszczona, że nie podlega nawet dializie. Należało ją usunąć*. Nikki nie przejął się zbytnio. Vanity, tak jak każda wcześniejsza dziewczyna, nie interesowała go w takim stopniu jak prochy i alkohol. Kiedy więc tylko okazało się, że modelka będzie musiała spędzić kolejne tygodnie w szpitalu, beztroski basista zwyczajnie ją porzucił. "Vanity się popsuła" - stwierdził w rozmowie z Tommym.
Lee przyjął to z mieszanymi uczuciami. Nie lubił Vanity, ale to w jaki sposób potraktował ją Nikki, też nie przypadło mu do gustu. W każdym razie, teraz znów byli razem. Na powrót mogli być "Terror Twins". 
Wesoło upaleni i mocno podpici, siedzieli na kanapie w pokoju hotelowym. Slash palił skręta i dzierżył w rękach swoją ukochaną gitarę, na której smętnie pobrzdękiwał.
-Hej, pojammujmy razem - zaproponował Sixx - pójdę tylko po bas do sypialni - dodał i zniknął za drzwiami w pokoju obok. Saul wychylił butelkę Danielsa. 
-Skończyła się whiskey - zaanonsował. 
-W barku na dole powinni mieć więcej - odparł Tommy i obaj ruszyli do windy, w której natknęli się na jak zwykle naburmuszonego Axla. 
-Nawet nie pytam - odparł Slash, widząc minę wokalisty i nie chcąc prowokować niepotrzebnych kłótni. Rudy posłał mu tylko w odpowiedzi równie obrażone spojrzenie. Winda zatrzymała się na parterze i cała trójka wytoczyła się do hallu. W lobby stał już Vince i zagadywał jakąś biuściastą blondynkę, która zalotnie podkręcała kosmyk włosów na palcach. Slash i Tommy mrugnęli do niego porozumiewawczo i poszli pytać o alkohol. Wyglądało na to, że Vince już "urobił" swoją wybrankę i zaraz zaciągnie ją do swojego pokoju. Poprosił by zaczekała przy kontuarze, aż odbierze od portiera klucze. Blondynka posłusznie zaczekała, odprowadzając muzyka wzrokiem. Wtem, nie wiadomo czy celowo czy też nie, wpadł na nią Axl, kierujący się do wyjścia. 
-Patrz jak łazisz! - Krzyknęła - Wylałeś mi martini na sukienkę - dodała oburzona. 
-To ty tu stoisz jak widły w gównie! - Wrzasnął Rudy, a dziewczyna aż się zaperzyła. 
-Bezczelny - oświadczyła i wymierzyła wokaliście Gunsów siarczysty policzek. Porywczy Axl nie pozostał jej dłużny i strzelił ją w twarz w rewanżu. 
-Pojebało cię! - Zawołał Vince, który naturalnie widział i słyszał całą akcję, stojąc kilka metrów dalej. Podbiegł do Axla i blondynki - Wszystko w porządku Shila? - Zapytał dziewczyny, która tylko spojrzała na niego swoimi błękitnymi, mokrymi od płaczu oczami i pokręciła przecząco głową. Vince złapał Rose'a za koszulę i pchnął go na ścianę.
-Damski bokser - wypalił - Jak chcesz się bić, to znajdź może równych sobie?! Przeproś Shilę - rozkazał.
-Chyba kpisz - parsknął Rose - to ona pierwsza mnie uderzyła. 
-Bo ją obraziłeś pierdolcu! Przeproś, albo będziesz musiał zbierać na przeszczep ryja, ruda pizdo! 
-Pocałuj mnie gdzieś - odparł z lekceważącym uśmiechem Axl i odszedł jak gdyby nigdy nic. 
-Jeszcze pożałujesz Rose! - Warknął za nim Vince, jednak w odpowiedzi otrzymał tylko widok środkowego palca uniesionego do góry, a to jeszcze bardziej go rozwścieczyło. Widowisku przyglądali się oczywiście Tommy wraz z Saulem. 
-Coś czuję, że to będzie ciężka wspólna trasa - zauważył Slash, na co Tommy przytaknął. Rzeczywiście, perspektywa podróżowania z obrażonym Vincem i wściekłym Axlem, którzy pragnął wydłubać sobie oczy, nie była najciekawsza. 
-Wracajmy na górę - zaproponował w końcu Tommy. Zajście w hotelowym lobby trwało łącznie około trzydziestu minut. Kiedy jednak wrócili do pokoju, Tommy zauważył brak Nikki'ego. 
-Poszedł objazdem do tego pokoju - zdziwił się. 
-Może wycina ten bas z papieru - zażartował z kolei Saul i poszedł sprawdzić czemu Sixx tak długo nie wraca. W progu potknął się o jego ... ciało. 
-Jezus Maria!! Tommy!! Kurwa - spanikował - Nikki chyba nie żyje!!! - Lee wpadł do sypialni kolegi i ukląkł przy leżącym na podłodze przyjacielu.
-Nikki! Kurwa! - Zaczął go szarpać - Saul, dzwoń po karetkę!! - Zaalarmował, ale gitarzysta nawet się nie ruszył. Był w zbyt dużym szoku. Wiedział, że Nikki już raz przedawkował*. Tommy zaczął szukać pulsu na jego szyi, kiedy nagle usłyszał głos Sixxa:
-Czego mnie, kurwa, miętolisz patafianie!! 
-Ja jebie! Żyjesz! - Wrzasnęli jednocześnie Lee i Hudson. 
-Pewnie że żyję spierdoksy. Uciąłem sobie drzemkę. Coś mnie ominęło? - Zapytał przecierając oczy.
___________________________________________
*Vanity rzeczywiście straciła nerkę w wyniku intensywnego życia jakie prowadziła. Było to jednak na długo po rozstaniu z Sixxem.
**Nikki rzeczywiście przedawkował po raz drugi, i był przy tym obecny Slash, który jednak spanikował i zamiast zadzwonić po karetkę, zadzwonił najpierw do swojej dziewczyny, która anonimowo wezwała ambulans. Slash zwiał, a owa dziewczyna zapewniła mu alibi, mówiąc, że Saul był cały czas z nią na imprezie.
________________________________________________
20 luty 1989 roku, hotel Jefferson, Richmond, Virginia

-Nudzi mi się - westchnął Gene i szturchnął siedzącego obok Paula nogą. 
-Mogę ci zrobić psychotest. Taki tu proponują w gazecie. 
-Co ty w ogóle czytasz? - Zainteresował się Simmons i spojrzał na okładkę czasopisma, które Stanley trzymał w dłoniach -"Style Guide"?! Jezus, Paul czytasz pisemko o modzie?! 
-Co się czepiasz. Nie ma nic innego. Na zewnątrz jest zimno i nie chce mi się latać po jakieś inne magazyny. To leżało na stole - odparł, machając gazetą. 
-Ale o MODZIE?! - Simmons zaakcentował ostatnie słowo z obrzydzeniem - Czemu siedzimy tutaj?! Boże, chciałbym być teraz gdzie indziej - rozmarzył się. 
-Gdzie na przykład? 
-Nie wiem. Na wschodzie, gdzieś w Europie. Na Ukrainie - bąknął.
-Ta. I co byś tam robił? 
-Girllował i pił ukraiński spirytus. 
-Gene, ale na Ukrainie jest teraz zimniej niż tutaj - uświadomił go Paul. 
-Aaa. No to nie koniecznie musiałbym grillować. 
-Ale ty pierdolisz. Dawaj, zrobię ci lepiej ten test z gazety. Weź sobie kartkę i zaznaczaj odpowiedzi twierdzące ptaszkiem.
-Wolałbym długopisem, a nie ptaszkiem - zażartował Gene, a Paul tylko pokręcił głową z dezaprobatą - A na co to test? 
-Sprawdzający wiedzę z zakresu matematyki. Co tam bazgrzesz na tej kartce, jeszcze nie zaczęliśmy.
-Dla ułatwienia wszelkich obliczeń przyjąłem sobie, że liczba pi równa się pięć - odparł basista śmiejąc się pod nosem.
-A idź w chuj! Nie potrafisz się bawić - odparł Pal i rzucił w przyjaciela czasopismem - To lepiej powiedz jak tam randka? - Zapytał, mając na myśli recepcjonistkę z hotelu, z którą Gene flirtował ostatniego wieczoru.
-Żadna randka - prychnął - wiesz, że ja nie pakuję się w związki - odparł i szybko pożałował, że to powiedział. Nie chciał bowiem w żaden sposób przypominać Paul'owi o jego niepowodzeniach miłosnych. Stanley jednak puścił to mimo uszu, albo przynajmniej udawał, że się nie przejął. 
-Nie wróciłeś wczoraj do apartamentu, chyba coś tam jednak było, nie? - Dopytywał. 
-Wiesz, pobawiliśmy się grzecznie, ale jak zaproponowałem trójkącik to wywaliła mnie z hukiem za drzwi. Nie wiem o co jej chodziło - odparł i wtem zadzwonił telefon. Simmons wstał i podszedł do aparatu. 
-Tak? Przy telefonie. Witaj piękna - rzucił do słuchawki, a potem ledwie słyszalnie, w stronę Paula szepnął "To ta z wczoraj" - Czemu mnie wczoraj wyrzuciłaś? ... No OK. Nie gniewam się, ale dalej chyba nie rozumiem - kontynuował rozmowę. 
-Bo wy, faceci nigdy nas nie zrozumiecie - powiedział głos w słuchawce -Żeby nas zrozumieć, powinniście spróbować w nas wejść ...
-A co ja wczoraj robiłem przez pół nocy? - Zaśmiał się Gene.
-Oj, nie o to mi chodzi. Chodziło mi o to, że powinniście spróbować wejść w naszą skórę... Tak głębiej ...
-Już głębiej nie dałem rady - odparł, znowu się śmiejąc. 
-Gene!
-OK. Nie wiem, co tam chcesz mi powiedzieć, ale wpadnę dziś koło dwudziestej, spróbować cię "zrozumieć" - dodał, po czym się rozłączył. - Chyba znalazłem rozwiązanie na nudę - rzucił do Paula.
________________________________

10 lutego 2015

Dream on XXXI

20 stycznia 1989 roku, Steven i Joe w drodze na lotnisko, Los Angeles

-Szybciej, samolot nam ucieknie - ponaglał Stevena Joe. Przyszedł czas aby opuścić słoneczne Los Angeles i ruszyć w trasę koncertową. Steven ociągał się strasznie, pakując swoje rzeczy do dużej walizki. Wszystko oglądał po miliard razy, składał koszule i pilnował aby nic się nie pomięło.
-Nie pożegnamy się z Nikki'm.
-Trudno. Wiesz, że pracują teraz w studio nad kolejną płytą. Zostawimy mu kartkę na lodówce. Pospiesz się, Tyler!
-Już - mruknął wokalista i zatrzasnął walizkę - Musimy jeszcze podjechać do Rainbow.
-Od kiedy potrzebujesz się napierdolić przed lotem? - Zapytał Joe.
-Zamknij dupę. Jedźmy - powiedział Steven i zataszczył swój bagaż do taksówki. Zgodnie z jego poleceniem, taryfa zawiozła ich pod bar Rainbow. Joe strasznie się niecierpliwił i stale ponaglał Stevena. 
-Proszę zaczekać. To zajmie chwilę - rzucił Tyler w stronę kierowcy i pognał do środka z małą paczuszką. Była dopiero 15 więc w Rainbow dopiero szykowano się do otwarcia.
-Zamknięte jeszcze - padł słodki głos, ale jego właścicielki nie było widać na horyzoncie. Po chwili jednak Hope podniosła się z podłogi, skąd zbierała potłuczone wczorajszego wieczoru szklanki - Mówiłam, że otwieramy za godzinę.
-Cześć - rzucił Steven. Dość mało wylewnie jak na takiego gadułę jak on. Hope poprawiła rozwichrzone włosy i uśmiechnęła się do niego. 
-Nie zmieniłam zdania, nie zawleczesz mnie na zaplecze, chyba że siłą - zażartowała, a Steven się zaczerwienił. 
-Wyjeżdżam - wymamrotał - Chciałem się pożegnać. I dać ci to - dodał, kładąc na stoliku kopertę - I jeszcze tylko chciałem powiedzieć, że jesteś wspaniałą dziewczyną - ostatnie zdanie wymówił prawie szeptem. Spuścił wzrok i pocałował dziewczynę szybko w usta, po czym uciekł spłoszony jak nastolatek. Barmance wydawało się, że usłyszała jeszcze coś jakby "Żegnaj Hope", ale nie była pewna. Nawet nie zdążyła odpowiedzieć ani zareagować. Przez moment stała zmieszana pośród kompletnej ciszy.
Steven wypadł z baru jak poparzony i władował się do taksówki z impetem. 
-Lotnisko! - Rzucił do kierowcy. 
-No nareszcie! - Wrzasnął Joe - Prawie tu omszałem czekając na ciebie. Co żeś tam robił tyle czasu!
-Najrozsądniejszą rzecz w moim życiu. Chyba - dodał trochę niepewnie. Odetchnął z wyraźną ulgą dopiero gdy Rainbow zniknął z jego pola widzenia, za skrzyżowaniem.
-Nie mów, mi że do niej poszedłeś - zaczął Joe i napotykając zmieszaną minę Stevena dodał - Ja pierdolę ... poszedłeś.
-Tak właśnie zrobiłem. 
-Ty jednak jesteś debilem - podsumował Joe. 
Tymczasem Hope obracała z uwagą pękatą kopertę w dłoniach.
-Szo to? - Usłyszała znajomy niemiecki akcent. Wielkie, zielone oczy gapiły się na paczuszkę jak na sztabkę złota.
-Inga - zwróciła się do koleżanki Hope - co mam z tym zrobić? - Zapytała, ale Niemka tylko lekko wzruszyła chudymi ramionami. Pracowała w Rainbow od niedawna. Przybyła nie wiadomo skąd, nie znała dobrze angielskiego, nie miała gdzie mieszkać, z nikim nie rozmawiała. Hope postanowiła ją przygarnąć i załatwić pracę na ćwierć etatu w barze. Szybko się zaprzyjaźniły, choć Ingeborg nigdy nie mówiła dużo o sobie. Hope wiedziała, że mała Niemka musi kryć sporo sekretów.
W końcu zdecydowała się zajrzeć do środka koperty. 
-Main Gott! - Krzyknęła Ingeborg, gdy we wnętrzu paczuszki zauważyła starannie ułożone dolary. 
-Tu jest ... to ... jakieś dziesięć tysięcy dolarów - wyjąkała Hope i z wrażenia aż opadła na krzesło. 
-Ein Brief ... liszt - zauważyła Niemka i wskazała palcem złożony na pół niewielki kawałek papieru. Hope rozłożyła go i przelustrowała wzrokiem literki:

Na operację Twojej mamy.
Powodzenia.
           
                                         S. 

Automatycznie przyłożyła dłoń do ust i pokręciła głową.
-To za dużo ... Ja ... nie mogę ... nie powinn ... - przerwała i pobiegła w stronę drzwi wyjściowych. Jednak taksówka ze Stevenem dawno już odjechała. Nie było po nim śladu.
Joe widząc jak przyjaciel jest skołowany, postanowił lekko zmienić plany.
_______________________________________________
Tego samego dnia, klub ze striptizem, Los Angeles

-To ci poprawi humor. 
-A samolot?
-Polecimy jutro - uspokoił go Joe, sadzając Stevena na krześle przed tańczącą panią, ubraną jedynie w szal boa. 
-Gimnastykuj się dobrze, to dostaniesz duży napiwek - polecił jej Perry i oddalił się w stronę baru, by napełnić swój i Tylera kieliszek. 
Na zegarze wybiła w końcu trzecia nad ranem. Wszyscy dawno opuścili już klub, a ostatnia tancerka właśnie schodziła ze sceny i kierowała się na zaplecze. Steven leżał na kontuarze i mamrotał. W pewnej chwili wgramolił się na scenę i zaczął się kręcić na rurze. Rozpięta koszula zsunęła mu się z ramion, a włosy opadły na oczy. 
-Łiiiiiiiii!! - Wrzeszczał, obracając się nieudolnie. Naśladował tancerkę. Joe uznał, że Steven decydowanie nie powinien więcej pić i wstał by zabrać mu szklankę z dłoni. Z głośników leciała piosenka Tiny Turner. 
-Joe! - Bełkotał Steven, nie przestając wirować - "Im you're private dancer!"*
-Ta. Chyba "cancer"* - odparł gitarzysta i opadł na krzesło. Miał już dość. Obaj mieli już dość. O poranku, o ile wstaną, czekał na nich kac-morderca. 
___________________________________________
*Fragment tekstu z utworu T. Turner - "Private dancer"
*Cancer - (z ang.) - rak, jako choroba.  
___________________________________________
25 stycznia 1989 roku, studio nagrań Elektry, Los Angeles

Motley Crue, pod wodzą surowego producenta Boba Rocka, weszło do studia aby nagrać swój kolejny album, zanim pojadą na festiwal na Florydę. Bob był perfekcjonistą i bardzo nie podobał mu się brak formy, w której zespół niewątpliwie się znalazł. Właśnie ślęczeli nad wokalami Vince'a, kiedy zirytowany Bob po prostu odłączył wokaliście mikrofon.
-Zbyt napierdolony, aby kurwa śpiewać .... - syknął. Przeszedł do wyciszonego pomieszczenia, w którym był Vince - Mogliście sobie nagrywać takie pierdy na pierwszej płycie, ale póki ja tu jestem, macie się ogarnąć i zrealizować wasz najlepszy materiał!
-Aha - mruknął Neil jakby słowa producenta w ogóle do niego nie dotarły - Chcesz piwa?
-Wychodzę. Muszę na powietrze - odparł zrezygnowany Rock. Przechodząc korytarzem, zauważył siedzącego tam samotnie Tommy'ego. Oczywiście z butelką wódki. Nie chciał z nim rozmawiać, ale coś go jednak tknęło.
-Co tak siedzisz?
-Nie wiem Bob. Popatrz na nas - westchnął Tommy - nasz gang się rozpierdala. Spotykamy się tylko w studiu, prawie ze sobą nie gadamy. Nikki nie ma dla mnie czasu.
-Masz żonę. To chyba normalne, że Nikki też musiał znaleźć dla siebie jakieś towarzystwo.
-Kiedyś było inaczej. Wiesz, że raz z Nikkim wskoczyliśmy do pędzącego pociągu, jadącego nie wiadomo gdzie. Mieliśmy pół skręta w kieszeni i pięćdziesiąt centów - Bob popatrzył na perkusistę ze zrozumieniem. Tommy mieszkał od jakiegoś czasu w Heatherlandzie, co było nie tylko synonimem raju na ziemi, ale też pomagało mu utrzymać pewną dyscyplinę. Przy Heather bardziej się starał. Panował nad sobą i prawie przestał się upijać.
-Niedługo pojedziecie w trasę, znowu będziecie mogli się wygłupiać - odparł Bob, jednak nie udało mu się zbytnio pocieszyć muzyka.
-Wytworzył się między nami taki dystans. Vince zabawia się non stop w klubach ze striptizem, Nikki jest z Vanity, a Mick ... jest tak tajemniczy, że mógłby być nawet projektantem mody i byśmy o tym nie wiedzieli.
-To prawda. Zrobiliście się dodatkowo nieznośni. Nie wiem jak mam z wami pracować - powiedział - Wracajmy lepiej do studia i zróbmy trochę muzyki - zaproponował w końcu. Jednak w takich warunkach nie dało się pracować. Nikki, który poszedł za radą Joe, zapoznał się z modelka upatrzoną w telewizji - Vanity i od tego czasu byli nierozłączni, co nie wpływało dobrze na pracę nad nowym albumem. Vanity wkurzała wszystkich dookoła. Dzis postanowiła jeździć rowerem po całym studiu czym rozpraszała całą ekipę. Tak nie dało się pracować. W końcu Bob nie wytrzymał. Rzucił czymś ciężkim o podłogę i wrzasnął:
-Dosyć, kurwa! Przerywamy pracę. Jedźcie sobie w trasę i na festiwal, napierdolcie się, a potem na odwyk. Dopiero kiedy wrócicie trzeźwi i zdolni do pracy, będę z wami współpracował. Inaczej - szukajcie sobie innego producenta.
_______________________________________
30 stycznia 1989 roku, hotel Jefferson, Richmond, Virginia

Gene odpoczywał w swoim apartamencie hotelowym, po kolejnym wspaniałym koncercie KISS. Zatęsknił za trasami, długa przerwa świąteczna nie była dla niego najlepsza. Powrót do intensywnej pracy wyszedł też na dobre Paul'owi, który zachowywał się teraz jakby przez ostatnie dwa miesiące nic się nie stało. 
-Ten hotel jest zajebisty - odparł Gene - Popatrz Paul, mamy nawet aneks kuchenny.
-Nie powiesz mi, że zachciało ci się nagle gotować. 
-Czemu nie?
-Głównie dlatego, że ty nie potrafisz gotować - odparł Paul - Wkurwiłeś ostatnim wywiadem pół Stanów - zauważył, zmieniając trochę temat. 
-Bo brzydko przeklinałem. Ojejku. Przepraszam, teraz będę przeklinał ładnie - zbagatelizował sprawę Simmons - A swoją drogą, ty też mógłbyś od czasu do czasu pokazać się na konferencji prasowej - dogryzł Paulowi. 
-Wiesz, dobra, zmieńmy temat. Ugotujmy coś jednak - odparł Stanley i skierował się do kuchni - Na co masz ochotę?
-Nie wiem. Kurczak? I sałatka?
-Dobra. Kurczak pierdolony, raz. Niech będzie. Choć, nauczę Cię jak to się przyrządza - zasugerował Paul.
-Że co?!
-No. Ty gotujesz. Ja tylko pomagam. Dawaj, będzie fajnie - Gene dźwignął się niechętnie z fotela i poczłapał do kuchni -Najpierw zamówimy składniki. Dzwoń do recepcji - nakazał Paul.
-Po co. W lodówce jest kurczak. 
-Nie taki! Nie bądź chytry, kupimy kurczaka z wolnego wybiegu, a nie jakiegoś takiego co siedzi w klatce osiem miesięcy i wpierdala gówno - Na zamówienie czekali około trzydziestu minut, po czym mogli przystąpić do dalszego działania. Paul polecił nafaszerować kurczaka masłem i tymiankiem, aby ładnie pachniał. 
-Teraz otwórz puszkę piwa - powiedział. 
-Po cholerę?! - Zdziwił się Gene. 
-Otwieraj. Wsadź tę puszkę do dupy kurczaka. Jak piwo odparuje to mięso będzie bardziej soczyste i kruche. 
-Co za marnotrawstwo alkoholu - westchnął Simmons, ale posłusznie wykonał polecenie - A nie przejdzie mi to amelunium? - Zapytał. 
-Aluminium, jak już - nie, nie przejdzie - posmaruj teraz kurczaka sokiem z cytryny, teraz na brytfannę i do pieca. Widzisz jakie proste? Jeszcze tylko ziemniaki i sos - kurczak trafił do piekarnika i po osiągnięciu temperatury 85 stopni, był gotowy. Gene chciał go od razu spróbować. 
-Ej! Poczekaj kurwa! Sałatka jeszcze i sos. Zrobimy śmietanowy - zasugerował Paul i podyktował wszystkie potrzebne składniki.
-Mam to mieszać? - Zapytał Gene, łącząc składniki na patelni.
-Tak. Ale nie na pełnej kurwie ten ogień! Bo ci się przypali! - Po wykonaniu sosu do kurczaka, przyszedł czas na sałatkę. 
-Możesz w zasadzie dodać co chcesz - odparł Paul. 
-A czy to się spierdoli, kiedy dodam fasoli?
-Nie powinno. Najwyżej się posrasz. 
-Voila! - Krzyknął zadowolony Simmons, gdy już skończył -Nawet niezgorsze. Ale męczące to gotowanie. Chyba zostanę przy cateringu - odparł zapychając się przygotowanym przez siebie jedzeniem.
__________________________________________
4 luty 1989 roku, Novato Open House, San Francisco

Przed rozpoczęciem trasy James chciał się choć raz w życiu wyspać. Było już grubo po północy, kiedy usłyszał przedziwne stukanie dochodzące z dołu. 
-Tuca, tuca, tuca.
Wydawało mu się, że to musi być sen, ale uporczywe i monotonne walenie nie zamierzało ucichnąć. Przekręcił się jeszcze na bok i przyłożył głowę poduszką. 
-Tuca, tuca, tuca. 
Irytujące dźwięki przypominały trochę włączoną pralkę.
-No kurwa mać! - Wrzasnął Hetfield i zerwał się na równe nogi. Zarzucił szlafrok i skierował się ku schodom w dół. W łazience było włączone światło i to stamtąd dochodziły dźwięki. 
-Przecież nie nastawiałem prania .... Co to za nakurw, do chuja ... - zastanawiał się - I jeszcze światło się świeci. Kurwa, ale mi dojebią rachunek za prąd. 
-Tuca, tuca, tuca. 
Nocujący u Jamesa Jason też się obudził i wypełzł z pokoju dla gości, przecierając oczy. 
-Co się dzieje? - Zapytał jednocześnie ziewając przeciągle. Obaj zeszli na dół i James nacisnął klamkę drzwi od łazienki. 
-TUCA, TUCA, TUCA.
-Lars?! - Zapytali jednocześnie, nie kryjąc zdziwienia. 
-Cześć spierdoksy! - Zawołał wyraźnie pijany Duńczyk. 
-Co ty odpierdalasz na mojej pralce, Lars! Pedale!! - Wrzasnął James. 
-Napierdalam turbo, giga blasty na bębnie twojej pralki. Nie widać. Jeb, jeb, tuca, tuca, hop bęc - techniczny nakurw! - Odparł perkusista nie mogąc powstrzymać śmiechu i nieustannie nawalając pałeczką w pralkę. 
-Ja kurwię ... Ale jesteś zjebany Lars - odparł Newsted. 
-Gdzieś ty się tak skuł? - Zapytał James. 
-Piłem ze Stevem Harrisem! Jedziemy w trasę z Iron Maiden! 
-I dlatego postanowiłeś rozjebać mi pralkę!? Jason, pomóż mi go spacyfikować - poprosił Hetfield i razem zanieśli Larsa do jego łóżka. Oczywiście nie byli zbyt delikatni i rzucili go z rozmachem na kołdrę, jak worek z cementem. Ulrich wydał z siebie jęknięcie, ziewnął i zasnął. Albo stracił przytomność. W chwili gdy spadał na łóżko, dało się jeszcze usłyszeć stłumione "ała". Chłopcy pomyśleli, że to Lars, ale po chwili spod kołdry wynurzyła się czarna czupryna. 
-Co się dzieje ... - wymamrotała nieznajoma dziewczyna, a Jason i James stanęli jak wryci. 
-Kim ty jesteś? Co do cholery robisz w moim domu!? - Zapytał zmieszany James. Niespodzianek było już za dużo jak na jedną noc. 
-Lorraine - wyszeptała dziewczyna - przyszłam z Larsem - dodała starając się uśmiechnąć - A wy to kto? 
-Napierdolona jak młot - podsumował Jason. 
-Widzę. Pogadamy jutro - powiedział James wskazując na dziewczynę palcem -Ja pierdolę. Co za noc. Idę spać - westchnął Hetfield i wrócił do łóżka.
___________________________________

Ostatni rozdział Wam się nie podobał.
Nie wiem czy tu jest lepiej, ale dodaje to co udało mi się napisać, choć lekko nie było.
Miłego dnia.