30 stycznia 2015

Dream on XXX

 Dla Nadine. 
Bez pozwu, ale z pozdrowieniami. 
Wróciliśmy z Larsem z dupy ... ;) 
Oraz dla Evy, która pogoniła mnie do roboty :)


05 stycznia 1989 roku, dom Kirka Hammetta, wcześnie rano, San Francisco 

Kirk leżał obok Ellen otulony kołdrą, obejmując ją ramieniem i lekko dotykając ustami jej włosów. Czuła jego ciepły oddech na policzku. Ona sama już nie spała od dwóch godzin, od kiedy tylko pierwsze promienie słońca rozświetliły sypialnię. Myślała o tym co stało się ubiegłej nocy i uśmiechnęła się do siebie. Tak na prawdę nie spodziewała się tego. Zaskoczyła samą siebie. Oczywiście - było inaczej niż z Paulem, zdecydowanie. Tym razem ona tego chciała. Oboje chcieli. Przypomniała sobie jak wczoraj, gdy oboje już leżeli wykończeni, spoceni i usatysfakcjonowani na łóżku, Kirk szepnął jej do ucha: Byłaś rewelacyjna. Dziękuję. Westchnęła i spróbowała odwrócić się twarzą w stronę leżącego tuż obok chłopaka. Nie udało się jej jednak, ręka Kirka spoczywała niewzruszona na jej brzuchu. Spróbowała raz jeszcze i wtedy się ocknął. 
-Dokąd się wybierasz? - Szepnął w jej włosy ledwie rozbudzony.
-Kirk?
-Hm?
-On się na mnie gapi - odparła.
-Co? - Spytał, bo nie zrozumiał co Ellen miała na myśli.
-Kwirk. Siedzi tam i się na mnie gapi - powiedziała pokazując małego pieska palcem. Kirk podniósł głowę i przetarł oczy, a następnie je zmrużył, bo słońce świeciło teraz wprost na niego.
-Podziwia jaka jesteś piękna - odparł i posłał jej uśmiech, na co Ellen szturchnęła go w ramię. Kirk znowu zaczął błądzić dłonią po jej ciele. Widocznie zamierzał wykorzystać wspólny czas, który im został jak najbardziej efektywnie. Już zresztą przyssał się do jej obojczyka, który delikatnie całował.
-Kirk. Przestań. Nie mogę jak on się gapi - zasyczała i chłopak na chwilę oderwał się od niej.
-Wstydzisz się ... psa? - Zażartował.
-No patrz na niego! Jakby mi chciał oczy wydrapać - odparła - Chyba jest o ciebie zazdrosny - dodała zaczepnie.
-Przesadzasz. Ale jeśli ci przeszkadza to ... - zaczął i machnął ręką na psa - ... no już! Uciekaj! - Dodał, wyganiając pupila z jego miejsca na podłodze. Jednak Kwirk tylko radośnie zamachał ogonem i został - Ale z ciebie ciężki przypadek - powiedział Kirk i niechętnie, z mozołem podniósł się z łóżka, aby przegonić psa.
-Ładny tyłek - zachichotała Ellen i w chwili gdy Kirk szykował dla niej ripostę, w salonie zadzwonił telefon. Teraz Kirk musiał wsunąć się w spodnie i zejść na dół. Nie wracał na tyle długo, że i Ellen postanowiła dołączyć do niego. Założyła bieliznę i ubrała na siebie przypadkową koszulkę z szafy Kirka, tym razem z zespołem Misfits. Zeszła boso po schodach. Hammett ciągle rozmawiał przez telefon, więc przystanęła na ostatnim schodku i opierając się o poręcz patrzyła na swojego chłopaka. Mój chłopak - westchnęła gdy ta myśl przegalopowała przez jej umysł. W końcu usłyszała dźwięk odwieszanej na widełki słuchawki i ruszyła do kuchni. Kirk wydawał się zdezorientowany porannym telefonem, ale nic nie mówił. Więc nie pytała. Rozchmurzył się w momencie, gdy już mógł objąć swoją ukochaną i przyciągnąć blisko do siebie.
-Czemu nie zaczekałaś?
-Nie możemy cały dzień przecież leżeć w łóżku - odparła.
-Nie? - Zapytał skwaszony - Ja mógłbym tam leżeć z tobą do końca świata - dodał i jak zwykle szeroko się uśmiechnął. Ellen zauważyła, że gdy tak się uśmiechał robiły mu się małe, cudne dołeczki w policzkach. -Chciałem właściwie zrobić ci śniadanie - kontynuował - ale albo ty za wcześnie wstajesz, albo ja za późno.
-Nie szkodzi - wzruszyła ramionami - zrobimy je razem.
-A na co masz ochotę?
-Hmm. Niech pomyślę. Zjadłabym kurczaka nadziewanego awokado, z kremem z wasabi i blinami z łososia - odparła ukrywając uśmiech i starając się wyglądać poważnie.
-Są tylko parówki - powiedział Hammett również starając się nie śmiać.
-Och. Wspaniale. To był mój drugi wybór - dodała z przekąsem.
Śniadanie zjedli przed telewizorem, słuchając wiadomości o tym jak cała Kalifornia podnieca się weselem Tommy'ego Lee i Heather Locklear. Kirk cały czas zaczepiał Ellen dźgając ją widelcem w udo.
-Zawsze zamierzasz być tak ... rozebrana do śniadania? - Zapytał wesoło, bo bardzo podobało mu się, że dziewczyna siedzi z nim na kanapie w samej tylko przydużej koszulce i bieliźnie.
-Zaraz wsadzę ci ten widelec w ten twój śliczny tyłek - odgryzła się i ukłuła chłopaka w bok. Przekomarzali się jeszcze jakiś czas, aż Kirk nagle spoważniał i zadał Ellen pytanie, które trochę ją zdezorientowało i zakłopotało. 
-Lubisz Larsa? - Wypalił.
-Tak ... chyba tak, myślę że jest w porządku - odparła niepewnie, nie znając przyczyn takiego dziwnego zapytania, po czym dodała - ma swoje, jakby to ująć, wady, ale ogólnie myślę, że da się go lubić.
-Pytam, bo muszę ci coś wyjaśnić. Powiedzieć. Dziś rano... to James dzwonił. Wpadnie tu za kilka dni, bo musimy coś obgadać i chcę, żebyś wiedziała o co chodzi. Nie chcę mieć przed tobą tajemnic.
-Ale jeśli to dotyczy zespołu, to wiesz że, nie musisz mi o wszystkim mówić. Nie powinnam się do tego wtrącać - powiedziała, dalej nie bardzo rozumiejąc co Kirk ma na myśli.
-Po prostu ... liczę się z twoim zdaniem - odparł - i chcę je poznać - dodał spoglądając jej w oczy.
-Więc ...?
-James uważa, że Lars staje się nie do zniesienia i chce ... Nie wiem czy chce, ale myśli chyba o tym, żeby wyrzucić Larsa z kapeli. Ja uważam, że Lars zawsze był nie do zniesienia i jakoś dawaliśmy sobie z nim radę, więc ... Zresztą ... Mustaine to był dopiero numer! Z tego co Cliff mi opowiadał, to Dave był jak huragan i stale na prochach i tylko szukał zaczepki. A Lars? Przy Davie jest jak maluch po flaszce mleka.
-OK. Więc ty nie chcesz się go pozbywać. A Jason? Czy on też nie powinien podejmować tej decyzji z wami?
-James pewnie uznał, że Newsted nie ma tu nic do powiedzenia. Sam jestem zdziwiony w ogóle, że Het chce to przedyskutować ze mną. Wiesz ... ja jestem tylko tym trzecim - podsumował ze smutkiem w głosie.
-Nie mów tak - powiedziała pocieszająco i cmoknęła go w policzek.
________________________________________________
5 stycznia 1989 roku, bar Rainbow, nieoficjalna część wesela Tommy'ego i Heather, Los Angeles późnym wieczorem

Rainbow było miejscem gdzie Steven właśnie teraz nie chciał być szczególnie. Joe ciągnął go prawie na siłę. Zwleczony tam, usiadł w rogu na końcu sali i poprosił jednego z biesiadników o dostarczenie mu butelki szkockiej. 
-Za chuja nie podejdę do baru - warknął do siebie i czekał na dostawę alkoholu. Przypomniał sobie o Nikkim i pomyślał, że może warto by zainteresować się gdzie polazł, a w razie czego trochę basistę ogarnąć, żeby nie zrobił jakiejś głupoty. Niestety, nie mógł namierzyć go spośród tłumu gości. Czas strasznie mu się dłużył, tym bardziej że jego zamówiona szkocka ciągle nie dotarła do jego stolika. Zgarbił się i schował głowę w ramionach, próbując jakoś odciąć się od gwaru panującego w Rainbow. Powinien się cieszyć razem z innymi szczęściem Tommy'ego, ale nie był w stanie. Teraz najbardziej chciał wrócić na trasę i rzucić się w wir pracy.
-Twoja whiskey - usłyszał znajomy głos i przeklął po cichu. Podniósł niechętnie głowę i spojrzał na Hope z grymasem na twarzy.
-Ze wszystkich barmanek na świecie to właśnie ty musiałaś przynieść moje zamówienie? - Zapytał z niedowierzaniem, a Hope zdziwiła się na te słowa nie wiedząc jak ma odpowiedzieć.
-Nie stój tak - dodał - postaw tę butelkę i zmykaj. I najlepiej nie zbliżaj się do tego stolika więcej.
-Przepraszam - bąknęła, myśląc że zrobiła coś nie tak. Spuściła wzrok i zaczęła wygładzać ręką biały fartuszek założony specjalnie na ten wieczór - proszę tylko nie skarżyć szefowi, bo pewnie wylecę - dodała cicho.
-Co?! - Wypalił Steven - Głupiutka ... - Przerwał pociągając łyk alkoholu z gwinta - Chodzi mi o to, że jak jeszcze raz twój zgrabny tyłek zakręci się w tym rejonie, albo jak jeszcze raz poślesz mi ten swój błogi uśmiech to skończymy razem na zapleczu jęcząc z rozkoszy. A potem ja zabiorę się w trasę i zostawię cię tu ze złamanym sercem, jak ostatni dupek - wyrecytował i od razu mu ulżyło. Przynajmniej raz postawił sprawę jasno. Nie żeby był z siebie zadowolony, ale przynajmniej ostrzegał. Nie minęły dwie sekundy a perlisty śmiech Hope dotarł tłumiony przez krzyki weselników do jego uszu.
-Co cię tak bawi? - Zapytał zmieszany.
-Skąd w ogóle pomysł że chciałabym iść z tobą na zaplecze? - Odparła uspokojona, że jej praca nie jest zagrożona. Stwierdzenie Stevena szczerze ją rozbawiło.
-Bo jestem Stevenem Tylerem? - Powiedział prostując się na krześle - Która by mnie nie chciała? To chyba oczywiste!
-Przepraszam, że cię rozczarowałam - mówiła próbując powstrzymać śmiech - ale nie jestem zainteresowana, panie Tyler - ostatnie słowa wypowiedziała dobitnie, podkreślając kuriozalność sytuacji.
-Ale ... Jak to ...
-Mam chłopaka, i naprawdę nie mam ochoty iść z tobą gdziekolwiek, tylko dlatego, że jesteś znanym muzykiem - dodała przybierając bardziej poważny ton.
-To ja ... Żyły sobie wypruwam, katuję się ... Obiecując sobie i pani Bóg, że na wszystkie świętości nie popsuję takiej wspaniałej dziewczyny jak ty ... a ... Jaja sobie robisz?! - Zapytał w końcu nie dowierzając, że sytuacja potoczyła się w tym kierunku. Hope wzruszyła ramionami i odeszła od stolika zostawiając Stevena z niewyraźną miną.
-Muszę wracać do pracy - rzuciła na odchodne i znowu posłała mu szeroki, śnieżnobiały uśmiech. Tyler został przy stoliku z butelką szkockiej wypita do połowy.
-Będę potrzebował tego więcej - westchnął i zamrugał szybko powiekami jakby chciał upewnić się, że to co się stało aby na pewno mu się nie przyśniło.

______________________________________________
10 stycznia 1989 roku, Nashville, stadion Titans, backstage przed koncertem KISS, Tennessee

 Tłum dziennikarzy kłębił się wokół Gene'a przepychając się i wzajemnie okładając łokciami. Każdy chciał mieć wyłączność, każdy chciał mieć najlepsze zdjęcie, każdy chciał zadać swoje pytanie. Gene siedział za długim stołem w sali konferencyjnej i co chwila wywracał oczami z dezaprobatą. Czy naprawdę fakt, że wróciliśmy do grania w maskach jest taki ekscytujący? Pytał siebie w myślach. Paul'owi odbiło. Nie przyszedł na konferencję przed występem w Nashville tylko szlajał się gdzieś po garderobie. Wydawało się, że nie myśli już o Ellen, ale Simmons wiedział że nie jest w porządku. Bo jeśli Paul mówi, że ma wszystko w dupie, sprasza sobie tabuny dziwek, olewa dziennikarzy i prawie się nie odzywa to nie może być dobrze. Jego sposób na zapomnienie o dziewczynie był dziwny. I nijak nie pasował do Stanleya, który znienacka zaczął odgrywać rolę kogoś kim nie jest.
Kostium Demona był niewygodny, toteż Gene wiercił się na krześle jakby miał hemoroidy.
-Boli mnie już dupa - rzucił do menadżera.
-Siedź. Jeszcze tylko kilka pytań, pstrykną fotki i możesz iść - odparł tamten, ale Gene był coraz bardziej niecierpliwy i zamierzał zbyć dziennikarzy swoimi głupimi odpowiedziami. Steve Wood wskazał na dziennikarkę Rolling Stone.
-Gene, dlaczego nie ma z tobą Paula? Gdzie jest Starchild?
-W dupie ... - bąknął ledwie słyszalnie Gene i się uśmiechnął, bo metafora wydała mu się bardzo na miejscu. Jeśli Paul miał być gdzieś konkretnie, to w dupie właśnie. Siedział tam sobie i dążył, zdaniem Simmonsa, do autodestrukcji.
-Nie mógł się pojawić na konferencji, względy zdrowotne. Paul nie chce się nadwyrężać, aby dać dobry koncert dla was, w Nashville - powiedział Wood chcąc ratować sytuację - Kolejne pytanie proszę. Pan z Kerrrang.
-Jak zareagowaliście za zmianę daty festiwalu w Tampie?
-Znowu jakaś obsuwa? - Obruszył się Simmons bo do tej pory nie miał pojęcia, że Monsters of Rock zmieniło datę imprezy. Za Gene znowu musiał odpowiedzieć Steve:
-Ustosunkujemy się do zmian w oświadczeniu pisemnym. Mogę jedynie zapewnić, że zespół nie rezygnuje z imprezy na Florydzie - powiedział, wskazując ręką kolejnego dziennikarza.
-Gene, możesz powiedzieć jak spędzacie czas w studiu, kiedy nagrywacie?
-Zazwyczaj urządzamy sobie Dirty Foot Contest* i sprawdzamy kto ma największą grzybicę wśród chłopaków.
-Masz do przekazania jakąś wiadomość dla waszych fanów? - Zapytał inny.
-Tak. Bawcie się dobrze - wstał z krzesła i pomachał ręką do kamery - leci do was "hejka zagłady", wy pizdy - dodał wywalając język. Stał tak chwile po czym ruszył za kotarę, oddzielającą go od tłumu dziennikarzy. Wood pobiegł za nim wyraźnie niezadowolony.
-"Hejka zagłady"?! Czy ciebie do reszty pojebało?! - Strofował Gene'a.
-Dzieciaki się podjarają. Nie wiem o co ci chodzi, to tylko żarty.
-Żarty? Twój drogi przyjaciel Paul robi sobie ostatnio wystarczająco dużo podobnych żartów. Co z wami?! Chcecie rozpieprzyć ten zespół!
-Nie uruchamiaj mnie Steve - Gene zgromił menadżera wzrokiem patrząc na niego z wyraźną przewagą wzrostu. W swoim kostiumie Demona wyglądał jak jakiś pierdolony gigant - w mojej kapeli robię co mi się podoba, czaisz? Mój kosmos - moja rakieta, a jak chuj się znasz na prowadzeniu tej rakiety, to wypierdalaj - odparł i ruszył w swoją stronę zostawiając menadżera w lekkim szoku.
__________________________________________________
*Dirty Foot Contest - Konkurs Brudnych Stóp, to w rzeczywistości "zabawa" panów z Metalliki. Czasami na filmikach ze studia w to "grają", porównując kto ma najbrudniejsze stopy (często chodzą boso po HQ). Nie trzeba zgadywać kto wygrywa konkurs najczęściej ... Tak, Lars.
_________________________________________________
15 stycznia 1989 roku, Motley House, Los Angeles 

Steven siedział w kuchni w Motley House i patrzył w dno szklanki. Z salonu dochodziły go głosy z odbiornika telewizyjnego. Nikki oglądał jakiś program i ogólnie rzecz biorąc był rozjebany. Niby zwolnił z narkotykami ale za to ochoczo pochłaniał hektolitry alkoholu, a skoro jego brat Tommy go zostawił i przeniósł się po ślubie do Heather, to zmusił Joe i Stevena by trochę z nim pomieszkali.
Tyler obrócił pustą szklankę jeszcze raz w dłoni i zaczaił się na depczącą po blacie stołu muchę, którą chciał zamknąć w "szklanym więzieniu". Owad właśnie wycierał sobie sobie nóżki i przycupnął obok jakiegoś okrucha z chleba. Steven uniósł odwróconą denkiem do góry szklankę i kłapnął nią o stół. Mucha była szybsza więc umknęła siadając na drugim końcu mebla. 
-Dobrze się czujesz? - Zapytał Joe, mieszając cukier w herbacie - Siedzisz tak chyba ze dwa dni. Sprawdź czy aby dupa ci korzeni nie zapuściła. 
-Ona mnie olała, wiesz Joe?
-Zdarza się. Czemu cię to tak obeszło.
-Chyba nie czaisz ... Żadna laska do tej pory mi nie odmówiła - wyszeptał Steven przez zaciśnięte zęby - a ona z uśmiechem na twarzy powiedziała, że jej nie obchodzę, bo ma chłopaka. 
-Ojej - wzruszył ramionami Joe - to takie straszne. Masz tu rękaw, wypłacz się - zakpił. 
-Spierdalaj. Ty się nabijasz, a dla mnie to tragedia - odparł Tyler, a Joe prawie spluł się herbatą.
-Mój Boże. Wielki Steven Tyler ma doła bo nie zmoczył z jakąś barmanką. Wołajcie prasę, niech zrobią wywiad. Może Spielberg zechce nakręcić film - tę uwagę wokalista Aerosmith puścił mimo uszu i zapytał jakby sam siebie z dramatycznym tonem w głosie:
-Co ze mną nie tak?
-Też się czasem zastanawiam - skomentował Joe, a do kuchni wpadł Nikki rozentuzjazmowany jak nigdy.
-Joe, obczaj tę panienkę w TV! - Wołał.
-Serio? Tylko dupy wam w głowie ...
-No chodź! Patrz! - Wołał ciągnąc biednego Perry'ego do salonu. 
-Podnieciłeś się jak ośmiolatek. Zaraz ci stanie - rzucił sarkastycznie Joe. W telewizji transmitowano pokaz mody z udziałem piosenkarki i modelki Vanity. 
-Zajebista - odparł Sixx.
-To się z nią umów - powiedział Joe, który miał już dość prowadzenia wszystkich za rękę - Serio, chyba nie muszę ci mówić jak zagadać do dziewczyny? Czy potrzebujesz przewodnika? - Dodał jeszcze wracając do kuchni aby odebrać dzwoniący telefon.
-Halo - rzucił do słuchawki - Aha .... Okej ... Mi bez różnicy. To pa.
-Kto to? - Zapytał Sixx.
-Przesunięto trochę festiwal w Tampie bo chcą tam upchnąć jeszcze jeden zespół. 
-Kogo?
-Jakieś Guns'N'Roses.
-Zajebiście ... Schlam się ze Slashem - odparł nakręcony Nikki.
-Znasz ich? - Zapytał Joe.
-Pewnie - powiedział Sixx wybiegając z domu i wsiadając do swojego auta. Odjechał po chwili gdzieś, w nieznanym kierunku, wyraźnie podekscytowany. Nie wiadomo czy zauroczyła go tak jego nowa piękność - Vanity - na którą teraz polował, czy perspektywa wspólnych libacji z zaprzyjaźnionym bandem.
_________________________________________
17  stycznia 1989 roku, HQ Metalliki, San Francisco

Z nieznanych dla Kirka powodów James nie przyszedł do niego, aby porozmawiać o Larsie. Zadzwonił jednak ponownie, po prawie dwóch tygodniach i zwołał wszystkich na próbę do ich studia.
Lars się spóźniał. W ogóle nie było wiadomo czy przyjdzie. Jason miał dojechać za chwilę, a Kirk zziajany właśnie wpadł pomieszczenia, gdzie James pogwizdując coś pod nosem stroił swoją gitarę. 
-Spokojnie, Kirky nie pali się - powiedział Hetfield.
-Ehm. James. My chyba mieliśmy o czymś ... kimś ... pogadać, nie? - Przypomniał mu Kirk. 
-Ach. Tak. Siadaj - powiedział podsuwając mu krzesło, na którym Hammett mógł chwilę odsapnąć -Gadałem ze Scottem.
-Z kim? - Zapytał Kirk, bo nie bardzo wiedział o którego Scotta mu chodzi.
-Ze Scottem Ianem. Anthrax. Kojarzysz? No. Więc gadałem z nim o Larsie - mówił Het, a Kirk poczuł się totalnie niepotrzebny. Właśnie okazało się, że wszystkie sprawy których James nie może załatwić z Larsem, nie przechodzą przez niego, ale za to wie o nich każdy inny. W tym wypadku gitarzysta Anthraxu okazał się być bliższym kumplem dla Jamesa niż on - Kirk. Zajebiście - pomyślał, a James mówił dalej - i on coś mi uświadomił. 
-Co takiego? Chcesz go wylać czy nie?
-Wiadomo, że nie! Niedługo gramy w Tampie! Zwariowałeś? Gdzie ja ci znajdę ot tak perkusistę na zmianę?!
-To jaki jest w końcu plan? - Zapytał zdezorientowany Kirk.
-Plan jest taki, żeby nas nie osrały ptaki - żachnął się James - a tak serio, wiesz co powiedział mi Scott? "Nazwa waszego bandu należy do Larsa, więc powodzenia z wyrzucaniem go z zespołu"*. Czaisz? Lars jest niewymienialny. Zresztą to i tak bez znaczenia, bo chyba wrócił mu dawny humor. Jara się jakaś kapelą i przestał być taki zgryźliwy. Po temacie - odparł i wrócił do strojenia gitary. 
-Czyli po staremu?
-No. Na to wygląda - odparł Hetfield jakby problem nigdy nie istniał. Do studia wpadł Lars, cały w skowronkach.
-Wiecie co? Guns'N'Roses też będą na Monsters of Rock! - Obwieścił z radością dziecka, które właśnie dostało cukierka.
-Zajebiście, festiwal niedojebów się szykuje - powiedział cicho James, a Kirk tylko pomyślał, czy Rebbeca dalej włóczy się z Duffem i czy będzie ją musiał oglądać. Znowu.
-Słyszeliście ich płytę? "Appetite for Destruction"** to zajebisty album! - Krzyczał Lars.
-Aha ... Tylko się nie posraj - odparł średnio zachwycony James i zaczął grać "Fade to black".
____________________________________
*Krążą plotki, jakoby Metallica kiedyś rzeczywiście chciała pozbyć się Larsa. Miało to mieć jednak miejsce wcześniej w okolicach albumu "Master of Puppets" i James planował to z Cliffem. Jednak śmierć basisty spowodowała, że James porzucił ten zamiar. Nie chciał dopuścić do rozłamu w zespole, który i tak dopiero co stracił jednego członka. 
Co do nazwy, Lars "ukradł" ją swojemu koledze, który chciał tak pierwotnie nazwać magazyn muzyczny. Gdy przyjaciel zrezygnował z tej nazwy Lars ją "przejął". W tamtym okresie, nie sądzę jednak aby Lars posiadał jakiekolwiek prawa do nazwy >Metallica< - z pewnością jej wtedy jeszcze nie zarejestrował.

**"Appetite for Destruction" ukazał się w rzeczywistości w roku '87, przed zrobieniem przez Metę "...And Justice...". Prawdą jest natomiast, że Lars strasznie jarał się tym albumem, natomiast James zupełnie tego entuzjazmu nie podzielał. Wielokrotnie nabijał się np. z Axla. 
________________________________________
Teraz tak jak obiecałam, będę się kajać i tłumaczyć ....
Bardzo Was przepraszam za to, że dodaję ten rozdział tak późno. W dodatku zupełnie on mi się nie podoba. Z początku, zwyczajnie nie miałam czasu ze względu na sesję. Potem gdy znalazłam chwilę, okazało się że jestem w dupie ... Zabrakło mi pomysłu na rozwiązanie kilku wątków z opowiadania i połączenia pewnych rzeczy. I dlatego ten rozdział do najlepszych nie należy. Przepraszam. 
 Macie za to ładną mordkę Kirka na dobranoc.

3 stycznia 2015

Dream on XXIX

Z dedykacją dla Joanne Isbell.
Za te wszystkie, wspaniałe słowa ...
A z resztą, Ty już tam wiesz, za co ;)


3 stycznia 1989 roku, Sunapee, New Hempshire

Styczeń roku 1989 w Sunapee był bardzo mroźny i Steven czekał z wytęsknieniem na festiwal w Tampie. Chciał już jechać na Florydę i ogrzać trochę swój przemrożony do szpiku kości tyłek. W prawdzie miał jechać do L.A na ślub Tommy'ego i Heather, ale nie był pewien czy będzie tam mile widziany, po tym jak ostatnio się zachował. Vince zapewniał, go że Nikki nie chowa urazy i chętnie się z nim spotka, żeby podziękować, za "śmiertelnie poważne telefony", ale Tylerowi nie chodziło tylko o Sixxa. Wiedział, że część imprezy weselnej ma odbyć się w Rainbow i szczególnie z tego powodu nie chciałby tam wpaść na uroczą barmankę - Hope. Kiedy powiedział wcześniej do Joe, że "mógłby ją przelecieć na do widzenia" ... tak tylko się droczył. W rezultacie do niczego nie doszło. Nawet się z nią nie pożegnał. A teraz nie chciał wracać do Rainbow, bo bał się sam siebie. Jako, że postanowił wrócić do swojego dawnego stylu życia, wolał żeby ścieżki jego i Hope się nie skrzyżowały. "Tamten" Steven Tyler zaczynał być bardziej uczuciowy co w rezultacie doprowadziło do kilku katastrof. "Nowy-stary" Steven Tyler był tym samym zimnym, aroganckim sukinsynem, który na dźwięk słowa "pochwa" dostaje żółtej gorączki. Odnajdując w sobie resztę przyzwoitości i poszanowania dla młodej dziewczyny z L.A, życzył jedynie sobie i jej, aby nigdy na siebie nie wpadli. Dla twojego dobra - jak powtarzał sobie w myślach.
Aby zabić czas, który pozostał do wylotu do Los Angeles, zaprosił do siebie Joe i rozpoczęli wspólne próby do festiwalu na Florydzie. Niestety, nie szło im tak jakby chcieli. Joe był zmęczony po świętach a Steven tak na prawdę nie miał ochoty na robienie czegoś konstruktywnego. Siedzieli więc przed telewizorem i oglądali "Dynastię". Jednak w końcu kiedyś, trzeba było wyjść z domu.
-Ale zzzzimno - zazgrzytał zębami Joe, przesuwając się powoli do samochodu.
-Daj spokój ... Kręgosłup mi dygocze, a jaja stukają z tego mrozu - odparł Steven. Niby powinien przywyknąć do zim w Sunapee, ale jako że był w połowie Włochem, wolał zdecydowanie cieplejsze klimaty. Szusował w butach z szerokim obcasem zaraz za Joe. Nie dotarł jednak do auta, gdyż gwizdnął jak długi zaraz przed jego drzwiczkami. Joe zarechotał i ze śmiechu sam stracił równowagę. Leżąc na śniegu obaj śmiali się do rozpuku.
-Totalny, kurwa dramat - odparł Joe próbując się uspokoić.
-Pierdole, nigdzie nie idę. Sam jedź to tego jebanego marketu - odparł ubawiony Steven - ja wracam - i zaczął powoli gramolić się z lodu.
-Daj spokój! Dobrze jest jak się człowiek czasami wyjebie - zawołał Perry, robiąc "orła" na śniegu - przynajmniej taki wie, że żyje!
-Tak? Tylko, że w moim wykonaniu to ta rozjebka, już przypomina autorodeo, kurwa! - Wołał Steven, bo cały czas nie mógł złapać równowagi i stale lądował dupą na śniegu.
-Ale z nas ułomne pojeby - odparł Joe i zaczął podpełzać do przyjaciela, aby razem wrócili do domu.
__________________________________________
4 stycznia 1989 roku, hangar przy Presidio, San Farancisco 

Śnieg padający w Północnej Kaliforni powoli zaczynał przechodzić w deszcz. Szła odwilż. Kirk jechał samochodem z Ellen, na próbę do HQ Metalliki przy Presidio. Chciał spędzić z dziewczyną jak najwięcej czasu, zanim znowu przyjdzie im jechać w długą trasę. Zaparkował kilka metrów od wejścia do hangaru, wyskoczył z auta i pognał do Ellen, aby użyczyć jej parasola. Szli obok siebie, pod ręce. Ellen niosła w torbie Kwirka, bo opieka nad psiakiem była teraz jej głównym zajęciem. Wyglądali jak para, chociaż żadne z nich nie poczyniło jeszcze oficjalnych kroków ku temu. To jednak miało się zmienić, bo Kirk planował już coś na wieczór. Weszli do środka, gdzie czekali już James, Lars i Jason rozkładający sprzęt. Kirk pomógł zdjąć Ellen płaszcz, na co James zareagował dowcipnie - imitując odruch wymiotny. Udawał, że pakuje sobie dwa palce do gardła i będzie rzygał. W istocie, wcale nie przeszkadzała muz relacja tej dwójki. Polubił Ellen i zaakceptował jej obecność.Cieszył się szczęściem Kirka. Hammett odłożył swoje i Ellen okrycia na stolik, obok położył też parasol. Lars był dziś w wyjątkowym nastroju do złośliwości i postanowił wyżyć się tradycyjnie, na Newstedzie. Chwycił czarną parasolkę Kirka i zawołał do Jasona.
-Patrz Jason, mam dla ciebie prezent! 
-Parasol? A na co mi? 
-Będziesz sobie mógł w dupie otworzyć - zaszydził Ulrich. Widać bardzo doskwierał mu brak bycia w centrum zainteresowania. Musiał cały czas skupiać uwagę na sobie, bo tylko w ten sposób skutecznie leczył kompleksy nastolatka, którego zawsze popychano i ignorowano w szkole. Zasiadł z impetem za perkusją i zaczął wystukiwać takty "Welcome home". James musiał więc szybko złapać za gitarę i nadrobić intro bo utwór zaczynał się od smętnego brzdękania na rytmicznej. Po chwili grali już jeden z kawałków z popularnego "Mastera".
-Nowy - zawołał Lars do Jasona - skup się i zagraj mostek jak należy - bąknął niezadowolony, choć Jason przecież ani razu się nie pomylił. Zagrali refren i przejście jeszcze raz, i Ulrich znowu wybuchnął.
-Powiedz mi, kurwa, której części zdania: "Zagraj mostek jak należy" nie rozumiesz!! - Krzyknął i skarcił bogu ducha winnego Jasona wzrokiem. Nawet James był zaskoczony, bo przecież na grę Jasona nie można było narzekać, był nawet lepszy od Larsa, któremu od czasu do czasu zdarzały się wpadki. Nikt jednak nie stanął w obronie basisty. Hetfield czując napięcie powstałe między wszystkimi członkami zespołu, zarządził krótką przerwę. Lars wyszedł bez słowa na zewnątrz, trzaskając głośno drzwiami, a wychodząc uprzednio rzucił do Newsteda:
-Weź się za siebie nowy. 
-Kiedy w końcu przestanę być tym "nowym" - zapytał przybity, nie oczekując, że ktokolwiek mu odpowie.
-Kiedy znajdzie się nowy "nowy" - zażartował James, myśląc że to pocieszy kolegę. 
-Tak? A jaką ksywę ja wtedy dostanę? 
-Mroczny apostoł bassu - odparł znowu James i Jason popatrzył na niego z uśmiechem.
-Hej, Kirk - zawołał Hetfield - idę się odlać, choć mi potrzymać małego - rzucił machając ręką w stronę toalet. Kirk wywrócił oczami i niechętnie oddalił się wraz z wokalistą. 
-Jesteś subtelny jak rewolucja bolszewicka - naskoczył od razu na Jamesa. 
-Musimy pogadać. O Larsie. Z nim jest coś nie tak.
-Dopiero teraz zauważyłeś? 
-Chodzi mi o to, że wylewa swoje frustracje na wszystkich dookoła. 
-Chciałeś powiedzieć, na Jasona. 
-No tak, głównie na niego. Ale czy wyobrażasz sobie dalszą współpracę z nim, kiedy zachowuje się tak jak dziś? 
-Chcesz wyrzucić Larsa? - Zapytał zaskoczony Kirk - Z jego własnej kapeli?
-Nie. Nie wiem ... może - odparł James ściszonym tonem i powiódł wzrokiem po hangarze, jakby na prawdę rozważał pozbycie się Duńczyka.

_________________________________________
Tego samego dnia, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

Gene obijał się na kanapie, ciągle zajmując miejscówkę w domu Paula. Zima w Nowym Yorku była pieruńsko ciężka. Gorsza niż w innych stanach. Zamarzał nawet wrzątek w powietrzu i paliwo w samochodach. Zachowanie Paula nie zmieniło się od wigilii, choć może tylko przestał głośno wzdychać i wspominać Ellen. Dalej jednak uporczywie milczał i snuł się po schodach z góry na dół. W końcu zaszczycił Gene'a odrobiną swojej uwagi i zbliżył się majestatycznie, gdy ten oglądał stary film o piratach, który głośno komentował. 
-Co to za nazwa dla bandery - "Bura"  ... Jakby jej, kurwa, doprać nie mogli - powiedział Simmons i zakąsił popcornem. 
-Musimy pogadać - zaczął Paul.
-Aha, teraz ci się zebrało, tak? A może najpierw jakieś dzień dobry, witaj, pocałuj mnie w rzyć, cokolwiek?
-Witaj - powiedział Stanley wybitnie wymuszonym tonem, tak że Gene od razu wiedział, że rozmowa będzie poważna. 
-O czym chcesz gadać?
-Odchodzę ... z zespołu - oświadczył Paul.
-Co?! Na mózg ci padło?! - Oburzył się Gene. Podniósł się gwałtownie z kanapy, rozsypując cały popcorn.
-Taką podjąłem decyzję. Odchodzę. 
-I co? Myślisz, że bez ciebie ten zespół nie da sobie rady?! Że mnie zastraszysz? Wiesz co Paul - mówił podniesionym głosem Gene - może to ty jesteś tym "kolorowym ptakiem" w tej kapeli, ale wiedz, że ja skurwysynu, jestem pierdoloną tęczą! Rób co chcesz! Damy sobie radę bez ciebie! Zachowujesz się idiotycznie! Ogarnij lepiej dupę i nie gadaj takich farmazonów! - Gdy Gene skończył krzyczeć Paul prezentował się jak skarcone za nie zjedzenie obiadu dziecko.
-Przepraszam ... nie wiem co mi odbiło - bąknął.
-Zachowujesz się tak irracjonalnie... Mażesz się jak jakaś baba. Dlaczego ze mną nie porozmawiasz, tylko odwalasz takie numery?
-Po prostu jakoś ... przestało mnie to kręcić.
-Co? Muzyka? Koncerty? Płyty? Daj spokój ... 
-Jak mam wyjść na scenę i hasać w tych kolorowych łaszkach kiedy czuje się taki przygnębiony?
-Jeśli chcesz się ukrywać, to możemy wrócić co najwyżej do naszych scenicznych makijaży, ale nie odpierdalaj mi więcej takich akcji, OK?
-OK.
-Zresztą, to świetny moment aby wrócić do starego stylu. W tym glam-look'u słabo się prezentowaliśmy. 
-Tak, poza tym spandex jest strasznie niewygodny - przyznał rację Paul.
-No ... a pamiętasz jak ci się raz rajta na scenie podwinęła? - Wspomniał Gene uśmiechając się szeroko.
-Nie przypominaj mi tego - odparł Paul i szturchnął przyjaciela łokciem w bok, a po kilku minutach milczenia zapytał:
-Myślisz, że Ellen mi kiedyś wybaczy, mimo tego co powiedziała? - Gene westchnął, bo kolejny raz musiał przekazać przyjacielowi niekompletną prawdę.
-Myślę, że nawet ci już wybaczyła - odparł mając w pamięci liścik, który spalił -ale Paul, nie rób sobie nadziei ... Być może już nigdy się nie spotkacie. Zapomnij o niej.

__________________________________________
Tego samego wieczoru, dom Kirka Hammetta, San Francisco

-Zawsze się tak odnosicie do Jasona? - Zapytała Ellen siedząc na łóżku w dawnej sypialni  Kirka i Rebecci. Kirk chciał zaprotestować, i powiedzieć, że zazwyczaj to Lars się na nim wyżywa, ale tak na prawdę wszyscy w zespole dali się Jason'owi we znaki. Nie było co zaklinać rzeczywistości. Byli okropni w stosunku do niego.
-Właściwie nie wiem czemu on tak zawsze obrywa. Chyba dołączył do nas zbyt wcześnie po śmierci Cliffa i stał się kimś w rodzaju kozła ofiarnego. Odreagowujemy nasze niepowodzenia i zły nastrój na nim - odparł szczerze. Wcześniej nikt nie poruszał tego tematu w zespole. Jason był po prostu "chłopcem do bicia" i to nie podlegało dyskusji. Ellen chyba przyjęła to do wiadomości bo tylko lekko przytaknęła i zmieniła nieco temat.
-Rozmawiałeś z Jamesem o Larsie, prawda? - Zapytała, obserwując reakcję Kirka.
-Tak - odpowiedział, nie chcąc jej niepotrzebnie okłamywać, ale zastanawiał się, czy może jej przekazać całą treść rozmowy z Hetfieldem - Lars ma ... jakieś problemy i musimy to rozwiązać, zanim znowu pojedziemy w trasę - odparł Kirk, jednak nie chciał ciągnąć tego przykrego tematu. Nie dziś. Miał inne plany więc, zamiast brnąć w dyskusję o Larsie, usadowił się na łóżku obok dziewczyny. Ellen była już praktycznie gotowa do snu. Miała na sobie za długą, męską koszulkę z nadrukiem z horroru "Necromantik", gdzie do piersi półnagiej kobiety przytulał się kościotrup. Oboje z Kirkiem oglądali ten film w kinie, a towarzyszący im na "przyczepkę" James uznał wtedy, że są popieprzeni, gdyż nie rozumiał jak można śmiać się podczas obrzydliwych scen nekromancji.
Kirk przysunął się do Ellen i spojrzał jej w oczy.
-Boże, czuję się jak na pierwszej randce.
-Aż tak źle - zażartowała - uwierz, mi moja pierwsza randka to dopiero był koszmar - odparła odganiając od siebie to natrętne wspomnienie. Kirk położył jej rękę na kolanie i lekko pochylił się w przód przesuwając dłoń w stronę uda, cal po calu. Ellen wstrzymała oddech i zagryzła dolną wargę. Poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele.
-Zaczekaj - westchnęła, głosem bardziej niestabilnym niż się tego spodziewała.
 -Co się stało? Nie ... nie chcesz? - Zapytał cicho.
-Chcę. Chcę. Bardzo chcę, ale .. widzisz ... ja się boję.
-Boisz się? Czego? Nie ma się czego bać - odparł uspokajająco, ale nie przekonał dziewczyny.
-Więc czemu ręce ci drżą? -Spytała i Kirk cofnął dłoń z jej uda -Nie - zawołała, łapiąc go za nadgarstek - Porozmawiajmy. 
-O czym?
-O tym. O nas. O tym ... wszystkim.
Nie rozumiem - odparł zasępiony - chcesz mi powiedzieć, że nie chcesz być ze mną?
-Nie! Nie, Kirk, chce być z tobą, ale to jest dla mnie… No ja nigdy ... I się boję. Bo tego… Wiesz, tego nie da się nauczyć z książek ani filmów, a już na pewno nie o tych traktujących o nekrofilii - Zachichotała nerwowo.
-Spokojnie - szepnął i uśmiechnął się do niej ciepło, po czym musnął ustami jej policzek. Dziewczyna przełknęła ślinę i zażartowała:
-Będziemy najgorszymi kochankami w historii.
-Ej, daj nam najpierw szansę - odparł i pocałował jej płatek ucha - Ellen poczuła jak całe jej ciało przeszywa dreszcz. Zapomniała o strachu, zapomniała o całym świecie. Rzuciła się na Kirka, jedną dłonią przyciągając go za kark, drugą zanurzając w jego czuprynie. Hammett wpił się w jej usta tak mocno, że przez moment zapomniał jak się oddycha, po chwili gwałtownie ją przyciągnął, sadzając sobie na kolanach. Ellen jęknęła, gdy nagłe szarpnięcie poderwało ją z miejsca, ani na chwilę jednak nie przerywając pocałunku. Jej dłonie były wszędzie, w jego włosach, na szyi, karku, ramionach, plecach, wszędzie gdzie tylko mogła dostać, nie odrywając się od jego ust. W końcu odkleili się od siebie by zaczerpnąć powietrza, ale bardziej chyba po to by pozbyć się krępujących ich ciało ubrań. Ellen zaczęła nieudolnie mocować się z paskiem spodni Kirka, tak że ten zdecydował się nieco jej pomóc. Zrzucił też z siebie koszulkę i zaczął ściągać t-shirt z Ellen, który po jakimś czasie wylądował z szelestem na podłodze. Została już w samym komplecie czarnej bielizny. Kirk patrzył na jej ciało i wodził po nim wzrokiem. Zdjął ją ze swoich kolan i położył przed sobą na łóżku. Patrzył jak porusza się jej krtań, gdy nerwowo przełykała ślinę, na rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową, gdy szybko oddychała, na piersi i na niewielką przerwę pomiędzy nimi, prowadzącą go w dół ku jej brzuchowi o smukłych liniach, który unosił się w zgodnym rytmie z jej piersiami, na smukłą linię jej bioder i nóg. Czuł jak krew w jego ciele pulsuje coraz mocniej, a z każdym uderzeniem serca, przeszywającym jego ciało, czuł dzwonienie w uszach. Złapał ją za nadgarstki i podciągnął na łóżku. Powędrował dłońmi za paskami stanika i odpiął go z tyłu. Delikatnie przesunął palcem po jej piersi i usłyszał ciche westchnienie dziewczyny. Pochylił się nad nią. Jego twarz znalazła się przy jej twarzy, jego włosy skryły ich za opadającą na poduszkę kurtyną loków i zobaczył płonący w jej oczach ogień i mocniej ją do siebie przyciągnął. Ponownie go całowała. Czuł jej piersi na swoim torsie, wodził dłońmi po jej  plecach i biodrach. Delikatnie przesuwał dłońmi po jej udach, od kolan, coraz wyżej i wyżej aż poczuł pod palcami jej jędrne pośladki, a potem jego dłonie wsunęły się pod jej bieliznę. Objęła go udami.
Ta noc miała należeć do nich.
 __________________________________
 5 stycznia 1989 roku, Santa Barbara, Los Angeles

Nadszedł długo wyczekiwany dzień ślubu Tommy'ego i Heather. Pogoda była dla nich wyjątkowo łaskawa, bo na najcieplejszą część dnia meteorolodzy zapowiadali nawet 17 stopni na plusie. Wszystko było już gotowe. Zaproszono ponad pięćset gości, a sam akt przysięgi małżeńskiej miał zostać złożony w specjalnie ustawionej kaplicy-altance, w ogrodzie za ogromną posiadłością Heather - Heatherdlandzie, do której zresztą miał potem wprowadzić się Tommy. Pan młody zaprezentował się w białym, skórzanym smokingu, a panna młoda w długiej, śnieżnobiałej sukni. Wyglądała jak królowa śniegu, z tym wyjątkiem, że w L.A śniegu nie było. Na uroczystość zaproszono znanych aktorów i muzyków, reżyserów i producentów filmowych oraz połowę Sunset Strip. Specjalnym gościem, byli Aerosmith, którzy zgodzili się zaśpiewać dla młodych, jedną ze swoich ballad. Heather wybrała "Dream on" jako utwór na pierwszy taniec. 
Oprawa ślubu i wesela była imponująca. Zamówieni zostali spadochroniarze, którzy spadali z nieba dostarczając butelki szampana, kelnerzy ubrani na biało i ponad tysiąc czerwonych róż do przyozdobienia stolików weselnych. 
Nadeszła chwila złożenia przysięgi i pastor odczytał słowa sakramentu.
-Podajcie sobie dłonie - zwrócił się do młodych - i powtarzajcie za mną. Tommy, ty pierwszy: Ja Thomas Lee Bass, biorę sobie ciebie Heather za żonę, i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość. Oraz, że nie opuszczę cię, aż do śmierci - Tommy powtarzał te słowa, patrząc na swoją wybrankę ogromnie podekscytowany. Następnie panna młoda przysięgła przed nim to samo. Wymienili się obrączkami, a pastor ich pobłogosławił. Rozległo się głośne klaskanie i wiwaty, a z pudełka za altaną wypuszczono dwa białe gołębie. Wszystko wyglądało jak w bajce. Jedynie Nikki, który nie dał rady zachować trzeźwości sprawiał problemy. Podczas toastu wygłupił się przy wszystkich.
-Za Tommy'ego - mojego brata i Heather - moją siostrę! - Bełkotał trzymając kieliszek z szampanem i rozlewając jego zawartość dookoła - Niech wszystkie wasze wzloty i upadki, kończą się w łóżku! - Zakończył, po czym rozbił sobie kieliszek na głowie. Tommy otworzył szerzej oczy ze zdziwienia i spojrzał na stolik, przy którym siedzieli rodzice Heather - wszyscy wyglądali jakby mieli wątpliwości w stosunku do tego małżeństwa, ale dziś ani to ani półprzytomny Nikki nie mogli mu zepsuć tej ważnej chwili. Z ustawionego na podeście fortepianu, popłynęły pierwsze nuty "Dream on" i młodzi zawirowali na parkiecie. Joe swoim starym zwyczajem, w momencie solówki, wszedł na fortepian dając wraz ze Stevenem pokaz swoich umiejętności. Gdy skończyli ponownie rozległy się brawa i okrzyki na cześć młodej pary. Steven obserwował Nikki'ego i był przerażony jego wyglądem. 
-Jak mógł przyjść tak rozjebany na wesele przyjaciela? - Nie dowierzał. Sixx był osłabiony, cały czas bełkotał, pocił się i miał żółtą skórę. Co chwila wychodził do łazienki, najpewniej żeby wziąć prochy lub leki na receptę. Kilka razy nawet zasnął w połowie ceremonii. Był bezużyteczny i Tommy miał mu to za złe. Musiał przez to poprosić Vince'a, aby to on był jego świadkiem, bo Nikki się do tego nie nadawał. 
Steven też pałętał się bez celu. Nie był w nastroju na imprezy i chciał jak najszybciej zawijać się do domu. Niestety Joe zbyt dobrze się bawił, więc i on musiał zostać, a w dodatku wszyscy ciągnęli go na mniej oficjalną część zabawy, do Rainbow. A tego chciał przecież uniknąć najbardziej. Jednak wszystko wskazywało, że wraz z nadejściem wieczoru cała kompania ruszy do baru na Sunset Strip. A on z nimi ... 
______________________________________

1 stycznia 2015

Dream on XXVIII

 Dedykowany David'owi Bowie.
   Wiem, dedykacja "z dupy", ale mam wrażenie,
że ten facet powinien zostać patronem mojej "literatury prymitywnej" :-)
Davidzie, inspirują mnie Twoje teksty. Dziękuję.


27 grudnia 1988 roku, Novato Open House, San Francisco

James, Kirk i Ellen siedzieli w salonie i oglądali wiadomości podawane w kanale 24-tym. Prezenterka właśnie powtarzała wiadomość, która ostatnio zelektryzowała fanów glam metalu i Motley Crue, na całym świecie. 
-Vince Neil wokalista popularnego zespołu Motley Crue, zdementował wiadomość o rzekomej śmierci basisty zespołu - Nikki'ego Sixx'a. Jak udało się ustalić, Nikki Sixx miał prawdopodobnie przedawkować heroinę, w swojej posiadłości w Hidden Hills. Przybyli na miejsce ratownicy, początkowo stwierdzili zgon, ale jeden z nich zdecydował się podjąć akcję ratowniczą w karetce, podając muzykowi dwie dawki adrenaliny, prosto w serce. 
Mówi się, że Nikki Sixx przebywał przez około dwie minuty w stanie śmierci klinicznej. Po wybudzeniu się, dobrowolnie opuścił szpital i udał się w nieznanym kierunku. Trwają poszukiwania muzyka.
Motley Crue mają wystąpić .... - tu jednak głos spikerki się urwał gdyż przybyły znienacka Lars postanowił wyłączyć telewizor.
-Ej! My tu oglądamy! - Wrzasnął James, kiedy dojrzał zmaltretowanego po swojej imprezie urodzinowej, Ulricha. Lars stał owinięty szlafrokiem z pilotem w ręku. Miał nietęgą minę i wyraźnego kaca.
-Nie mogłem spać. Za głośno grało - burknął i powlókł się do kuchni aby poszukać kefiru.
-Mówiłam, nie popijaj ogórków konserwowych colą i ginem - powiedziała Ellen, doszukując się w tym właśnie złego stanu zdrowia swojego nowego kolegi, ale Lars ją zignorował. 
-To nie to - odparł cicho James.
-Yhy. Wkurzył się, że słuchamy wiadomości o Sixx'ie - dodał Kirk, ale Ellen i tak nie załapała o co chodzi, więc posłała chłopakom dyskretne spojrzenie, mówiące "Jaśniej, proszę". James podjął temat, gdy tylko Lars poszedł z powrotem na górę, ciskając w nich złowrogimi spojrzeniami. 
-Jakby to ująć - zaczął szukając w głowie odpowiednich słów - nienawidzimy tych pierdolonych ciot w rajtuzach. Mieliśmy małe tarcia, które potem przerodziły się w otwartą wojnę.
-A jakieś konkrety? - Dopytywała Ellen.
-W '81-szym, kiedy podejmowaliśmy z Larsem pierwsze próby założenia kapeli, te pizdy już były na szczycie. I to kurwa znikąd. A nam nie szło za dobrze w L.A. W Mieście Aniołów chodziło tylko o natapirowane włosy i pozowanie. Nie pasowaliśmy tam... - westchnął i po chwili mówił dalej - Było raz tak, że siedzieliśmy z Larsem na chodniku przed Whiskey a Go Go, pijani i wkurzeni że nam nie wychodzi, i nagle wyszły te cioty w koturnach i łaszkach od babci, obwieszeni pierdoloną biżuterią cioci Jane - Motley Crue. I Lars powiedział do nich: "Wasz zespół jest do dupy!" a Sixx tylko zmierzył nas wzrokiem, dopalił papierosa i rzucił w nas niedopałkiem. Zignorowali nas i odeszli nabijając się*. Wtedy wiedzieliśmy, że nie mamy tam czego szukać i przenieśliśmy się do San Francisco. I od tamtego momentu Lars szczerze nienawidzi glamersów, a w szczególności zespołu Sixx'a, bo nas upokorzył - zakończył James i otworzył sobie kolejne piwo.
________________________________
*Historia prawdziwa. Istnieje też nieco inna wersja opisująca spotkanie MC z Jamesem i Larsem, wg. której podobno Nikki Sixx, po tym jak Lars ich obraził, miał rzucić małym Duńczykiem o ścianę.
Aktualnie, o ile mi wiadomo, oba zespoły tolerują się jako tako. Lars nawet udzielił kiedyś wywiadu dla audycji Sixx Sense, której prowadzącym jest Nikki.
_______________________________________

28 grudnia 1988 roku, Hidden Hills, Los Angeles

Kiedy wszyscy w miarę otrząsnęli się z szoku po "śmierci-nie-śmierci" Nikki'ego, zaczął się drugi etap związany z historią życia basisty. Mianowicie - należało go znaleźć, gdyż nie do końca wiadomo było gdzie jest. Trwały poszukiwania, w które włączyli się wszyscy z zespołu. Sixx nie odbierał telefonu, ale wiadomo było, że musiał pójść do swojej posiadłości w Hidden Hills, bo przecież zmienił nagranie na sekretarce, na to idiotyczne powitanie, które ani trochę nikogo nie bawiło. 
Chociaż nie. Był jeden wyjątek od reguły. 
Steven Tyler. 
Nie odważył się przyjechać z powrotem do Los Angeles, bo było mu głupio, po tym jak zostawił przyjaciela, ale zdecydował się zadzwonić.
-Cześć, tu Nikki Sixx. Niestety, nie mogę odebrać, gdyż jestem martwy - powiedział głos w słuchawce, a Tyler odetchnął z ulgą i zaśmiał się pod nosem. Ulżyło mu, że przyjaciel jednak żyje i w dodatku jest w całkiem niezłym nastroju. 
-Ty idioto - zaczął - pamiętasz jak ci mówiłem, że umrzesz? No więc teraz sam widzisz, że miałem rację. Skoro nie odbierasz, to wiedz, że będę tu wydzwaniał kilka razy dziennie i mówił ci, że umrzesz dopóki nie wyleziesz z tej pieprzonej nory i nie przestaniesz brać tego gówna - powiedział Steven i odłożył słuchawkę. Nikki siedział zwinięty w kłębek w łazience, gdzie właśnie ładował sobie kolejną działkę.
Przez moment było mu miło, jak tak wszyscy się o niego troszczyli, widział jak fani po nim płakali, jak lekarze walczyli aby przywrócić go do żywych, ale teraz miał to w dupie. 
Był martwy przez dwie minuty i w sumie ... był z tego dumny.
-Przeżyłem śmierć kliniczną - powiedział do siebie - Zajebiście. Teraz jestem jak Jezus. Święć się imię moje - dodał, a w salonie zadzwonił telefon. Kilka sygnałów, powitanie na automatycznej sekretarce i głos z nagrania:
-To znowu ja. Steven. Dzwonię, żeby ci przypomnieć, że umrzesz. To pa.
-Spierdalaj - powiedział Sixx ignorując nagranie - cała ta wsza pierdolona troska nie jest tak satysfakcjonująca jak jeden, złoty strzał heroiny - odparł i zaciągnął gumkę powyżej łokcia. Na ręce nie było już miejsca, żeby się bezpiecznie wkłuć. Zrezygnował z okaleczania żył na tej części ciała i podwinął nogawkę spodni. Łydki miał za chude, ale na udach znalazł jedną żyłkę. 
-Chodź tu moja mała, nietknięta, dziewicza, żyłko - szepnął i wbił igłę. Nacisnął tłoczek strzykawki i poczekał aż mieszanka się rozejdzie. Znowu ulga. I znowu telefon. Kolejna nieodebrana wiadomość.
-Tu Steven. Wiadomość z ostatniej chwili - umrzesz. 
Nikki zarejestrował jeszcze te słowa i odpłynął. Stracił przytomność na kilka godzin, a gdy się ocknął czerwone światełko na aparacie telefonu mrugało uporczywie, sygnalizując kolejne nieodebrane połączenia.
Rozejrzał się po łazience. Ze zdziwieniem dojrzał, że na ścianie jest świeży ślad po krwi - musiała wytrysnąć z uda. Podciągnął się na rękach do telefonu i odsłuchał wszystkie wiadomości z sekretarki. 
-Hej. Tu Tyler. Jeśli jeszcze nie umarłeś - umrzesz.
-Witam, tu wróżbita Steven Tallarico - z ułożenia kart tarota wynika, że ... umrzesz.
-Umrzesz.
-Ain't it easy living like a* ... UMRZESZ - ta wiadomość była śpiewana.
-Memento mori. Umrzesz.
-Spójrz prawdzie w oczy - umrzesz. 
-Cześć, mówi Steven. W prognozie pogody jest, że UMRZESZ. 
Nikki wysłuchał wszystkich "gróźb" Tylera i ciężko przełknął ślinę. Trochę go to przerażało, ale jeszcze nie dawał tego po sobie poznać. Usiadł na kanapie. Pomyślał przez moment czy by nie odwiedzić chłopaków. Zaczął sobie wyobrażać jakby zareagowali na jego nagły powrót. Co by tu im powiedzieć na początek? Kolejny telefon.
Nie odebrał, więc musiał wysłuchać powitania, które nagrał i które jakoś przestało być zabawne. Potem sygnał i znowu Tyler.
-Otworzyłem lodówkę i zgadnij co? Umrzesz.
Nikki rzucił poduszką w telefon, ale tylko strącił nieznacznie słuchawkę z widełek. Spojrzał na kalendarz. Już  prawie trzy dni się tu bunkruje. Kiedy miało być to wesele Tommy'ego i Heather? - zastanowił się. Miał być świadkiem i pasowałoby przyjść. Ale przed tym może warto się pokazać, że żyje i jest OK. Żeby nie wpakować się tam jak jakaś pierdolona zjawa. Ale czy aby na pewno było OK? Zaczynał mieć wątpliwości, szczególnie po ciągłych telefonach Stevena. Zaczynał wpadać w stan fobii. To nie było dobre. Nie lubił tego. Bał się. 
Dźwięk dzwonka telefonu go sparaliżował. O ile wcześniejsze wiadomości mogły uchodzić za zabawne o tyle ta przyprawiła Nikki'ego o ciarki.
-Nikki. Nie łudź się. Nie masz nad tym kontroli. Umrzesz.
-Nie chcę umierać - wyszeptał. Nagle poczuł, że jest mu bardzo zimno, ale mimo to zaczął się pocić. Spanikował. Zwlókł się z kanapy i poczłapał do wyjścia. Świeże powietrze wcale go nie otrzeźwiło. Dalej czuł się podle. Dusiło go w klatce piersiowej i ręce zaczynały się trząść. Chciał zejść po schodach, ale nie mógł. Do środka też nie był w stanie wrócić, bo zaczęło mu się kręcić w głowie. To głód heroinowy dawał o sobie znać. Był tak uzależniony, że aby funkcjonować musiał wstrzykiwać sobie tę truciznę kilka razy częściej niż wcześniej. Usiadł na schodkach i zaczął łapczywie wciągać powietrze. Wydawało mu się, że siedzi tam kilka godzin, podczas gdy minęło zaledwie kilka minut. Czas dłużył się niesamowicie. Wszystko zaczęło wirować. Chyba stracił przytomność na jakiś czas, ale nie był pewny, bo przed oczami migały mu kolorowe plamy. Zacisnął mocno powieki. Wydawało mu się, że z oddali słyszy kolejny telefon i kolejny raz głos Stevena mówi mu, że umrze.
-Nie chcę umierać - powtórzył słabym głosem.
-Nie umrzesz - odpowiedział ktoś i wziął Nikki'ego pod ręce, podnosząc go z pozycji siedzącej -Chodź, zabiorę cię do Motley House - dodał. Nikki rozpoznał głos Tommy'ego, który wlókł go teraz po trawniku do swojego auta, zaparkowanego po drugiej stronie. Nie pamiętał, kiedy odjechali z miejsca. Zasnął. Obudził się dopiero, gdy stali w korku na Sunset Strip. Właśnie mijali wiadukt. Nikki spoglądał przez okno na mur okalający jakąś starą posesję. Wśród wielu namalowanych na nim graffiti, był napis: "Nikki Sixx na prezydenta!" Basista uśmiechnął się mimowolnie i powiódł wzrokiem dalej, by przeczytać kolejny mural, napisany jakąś zapewne młodą ręką, przez kogoś ze zdecydowanymi problemami z ortografią.
"Montley Cró miłościom!" Teraz Nikki roześmiał się na tyle głośno, na ile pozwalał mu ucisk w klatce piersiowej, więc Tommy zauważył, że przyjaciel już nie śpi.
-Jesteśmy prawie na miejscu.
-Nie jesteś na mnie zły? - Zapytał cicho Sixx, słysząc spokojny głos Lee.
-Jestem wkurwiony jak cholera - zażartował - ale mnie się nie obawiaj. Zobaczysz co zrobi ci Heather jak już dotrzemy na miejsce. Stary! Ona ci resztę włosów powyrywa za to, że przez ciebie drugi raz przesuwamy ślub!
-Przepraszam - bąknął.
-Mnie nie przepraszaj. Bez ciebie się nie hajtnę, musisz tam być! Zresztą, to teraz nie ważne. Mamy inny problem.
-Jaki problem? - Zapytał Sixx, tak jakby jego ucieczka ze szpitala i wcześniejsza śmierć kliniczna była niczym specjalnym.
-Nazywa się Bob Rock i właśnie został naszym menadżerem. Stary! On jest kurwa, przerażający! - Skwitował Tommy po czym ruszył samochodem dalej, bo korek właśnie zaczął się rozluźniać.
 _______________________________
*Fragment utworu "Mama kin" Aearosmith.
________________________________________

29 grudnia 1988 roku, Novato Open House, San Francisco

-No ale mówię serio. Nie ma żadnej historii - odparł z uśmiechem Kirk patrząc w niebo. 
-Ale jak? Musi być! Zawsze jakaś jest.
-Po prostu. Wziąłem gitarę i zacząłem grać.
-Tylko tyle?
-No.
-Nie wierzę ci - powiedziała po chwili milczenia Ellen i ulepiła kulkę ze śniegu, którą cisnęła w gitarzystę.
-Zaraz ci oddam - skwitował i zaczął zbierać biały puch na śnieżkę. Po chwili toczyli już otwartą wojnę na śnieżki, aż ręce im zmarzły i przestali.
-Dawaj łapki - zawołał Kirk i chwycił dłonie Ellen w swoje. 
-A co z dzwonami w "For whom ..."? Też nie ma żadnej historii? - Zapytała nie odrywając wzroku od Hammetta, który z troską chuchał na jej zziębnięte ręce.
-To kowadło. 
-Co?!
-Kowadło. Tam nie ma żadnych dzwonów, bo nie mieliśmy nic takiego w studio. Lars przypierdolił młotkiem w kowadło i stąd ten dźwięk - odparł.
-Łał. Teraz mi zaimponowaliście. Ale z "Ride the lightning" to tak serio, serio? - Drążyła dalej.
-No tak. Riff wziął się ot -strzelił palcami- tak zwyczajnie. Lars też mówi, że to bez sensu, że nie ma związanej z tym żadnej niesamowitej historii i zawsze jak dziennikarze o to pytają to każe mi wymyślać coś z burzą, uderzeniami pioruna i takie tam - zaśmiał się. 
-Bo to jest bez sensu - odparła roześmiana i pociągnęła Kirka w stronę domu. Na oblodzonych schodkach poślizgnęła się i już miała polecieć do tyłu, gdy Kirk złapał ją w pasie i przyciągnął do siebie. Przez moment ich twarze były bardzo blisko i chłopak chciał pocałować Ellen, ale ktoś im przerwał.
-Nie mizdrzyć się na chłodzie!! Moja babcia mówiła, że od całowania na zimnie parchy się na ryju robią - zawołał James taszczący pudło z butelkami.
-Co tam masz? - Zapytała Ellen i ciekawsko zajrzała mu przez ramię.
-James zbiera materiał na nową choinkę - odparł Kirk niezadowolony z tego, że Hetfiled przerwał mu taki romantyczny moment z dziewczyną.
-A żebyś wiedział. Idę z tym do szopy, mógłbyś pomóc. Po świętach i urodzinach Larsa zostało tego od chuja.
-Czekaj - zawołała Ellen i wzięła jedną flaszkę do ręki, po czym uważnie przelustrowała etykietę - są wymienne - odparła.
-I co z tego? - Zapytał Hetfield - Wymienię je sobie na co? Na chusteczki do nosa?
-Nie, deklu. Popatrz co tu masz - mówiła wskazując jednocześnie palcem na małe literki na dole nalepki - "Butelka wymienna. Kaucja: 50 centów". To znaczy, że za cztery puste flaszki dostaniesz w monopolowym jedną pełną - wyjaśniła.
-Taa ... Pisiont centów - rozmarzył się James i pognał z pudłem "szkła" do samochodu.
-A ty dokąd? - Zawołał za nim Kirk.
-Jak dokąd? Wymienić kapitał! - Odpowiedział zostawiając Kirka i Ellen na schodach. Kiedy weszli do domu Lars biegał po salonie wykrzykując coś o Lemmym i Motorhead.
-Czym on się tak podnieca? - Zapytała dziewczyna odwieszając swoją kurtkę na wieszak.
-Lars był kiedyś przewodniczącym fanzinu Motörhead i nawet jako nastolatek spotkał się z Kilmisterem - odparł Kirk - ale może lepiej jak sam ci opowie tę historię. Hej Lars! Pochwal się Ellen jak poznałeś Lemmy'ego! - Zawołał do perkusisty. Ten oczywiście spuchł z dumy. Zawsze się puszył kiedy mógł opowiadać ludziom o swoich przygodach, kiedy był nastolatkiem. Usiedli w salonie.
-Miałem 16 lat a Lemmy i spółka przyjechali do Londynu na koncert. Byłem szefem oficjalnego Amerykańskiego Fan Clubu więc poszedłem pod hotel z nadzieją, że zrobię wywiad czy coś. Strasznie się denerwowałem i wypiłem w hallu parę shotów wódki. Czekałem przed pokojem Lemmy'ego, aż w końcu wszedłem do środka, a kilka godzin później obudziłem się tam leżąc w swoich wymiocinach i w dodatku zostałem sfotografowany! Zdjęcie pojawiło się na następnym albumie Motörhead – „Orgasmatron”* - wspominał.
-To ty byłeś tym dzieciakiem na zdjęciu we wkładce do płyty?! - Zawołała Ellen.
-To ja - odparł z dumą Lars - Co się tak zainteresowaliście nagle?
-Kirk opowiadał mi ciekawostki z waszych nagrań, a poza tym jak weszliśmy to gadałeś coś o Lemmym.
-A tak! Wysłał mi kartkę z życzeniami na urodziny! Uwierzysz? Trochę spóźniona, ale nie istotne! - Poderwał się radośnie z miejsca, aby pokazać Ellen list.
-Imponujące - odparła, ale Lars i tak już jej nie słuchał. Siedział przy zestawie perkusyjnym, montując nowy werbel, który dostał od chłopaków w prezencie.
-Może mu nie przeszkadzajmy? - Powiedział Kirk, sugerując tym samym, żeby poszli na górę. Skoro Lars był zajęty, a James radował się możliwością picia za puste butelki po europejskim piwie to oznaczało, że nikt nie powinien im przeszkadzać. Jasona też nie było, pojechał do rodziców na parę dni, tak jak wspominał wcześniej. Poszli schodami na górę. W pokoju Kirk włączył gramofon.

 I still don't know what I was waiting for
And my time was running wild
A million dead-end streets
Every time I thought I'd got it made
It seemed the taste was not so sweet
So I turned myself to face me
**

-David Bowie - "Changes", jedna z moich ulubionych - odparła dziewczyna siadając na łóżku. W rogu stała oparta nowa gitara, Gibson Les Paul, którą dostała od Hammetta na święta. Kirk zauważył, że Ellen patrzy w stronę instrumentu, i powiedział:
-Nie powiedziałaś, czy ci się podoba.
-Jest genialna! Czym sobie zasłużyłam?
-Masz talent, więc powinnaś go rozwijać, ale na pewno nie na tym tam - wskazał starego Stratocastera - gracie. No i muszę ci wybić z głowy chęć grania na perkusji - dodał siadając obok niej.
-Za późno - westchnęła przedrzeźniając Kirka.
-Jak to?
-Lars zgodził się nauczyć mnie paru zagrań.
-On?! - Prychnął Kirk - On sam ledwie sobie radzi - zażartował.
-Zazdrosny? - Spytała zaczepnie.
-Żebyś wiedziała, że tak - odpowiedział bez żartu i wlepił w nią swoje czarne oczy.
-Kirk. Możesz mi powiedzieć, co to miało być, tam na schodach? - Zapytała aby przerwać ciszę.
-Ach tak. Coś nam przerwało.
-To "coś" to był wokalista z kapeli, w której grasz.
-To za szybko? Znaczy wiesz ... po tej sytuacji ze Stanleyem? - Zapytał Kirk, bo już dawno chciał wyjaśnić parę spraw, które go trapiły.
-Nie, to nie ma nic o rzeczy. Myślę, że ... wybaczyłam mu to co się stało.
-Nie ważne. I tak powyrywam mu nogi z dupy przy najbliższej okazji - prychnął.
___________________________________
*Fakt. Lars był przewodniczącym AFC Motörhead i spotkał się z Lemmym. Prawdą jest, że się uchlał i narzygał na siebie w pokoju. Potem Lemmy się z niego nabijał, a zdjęcie skacowanego Ulricha trafiło do wkładki płyty. Jest się czym chwalić, nie?

**"Wciąż nie wiem, na co czekałem
A mój czas szybko przemijał
Trafiałem na miliony ślepych uliczek
Za każdym razem, kiedy myślałem, że coś mi się udało
Prawda była gorzka
Więc postanowiłem się z nią zmierzyć".


Zdecydowałam się na wstawienie tego fragmentu utworu Bowiego, gdyż uznałam, że świetnie ilustruje on życie Ellen, która nie potrafi się przed nikim otworzyć i ciągle poszukuje ...
_______________________________________
1 stycznia 1989 roku, Novato Open House, San Francisco

 (Fragment zawiera wspomnienia Larsa z Sylwestra, nie oznaczone jako retrospekcje)

Lars siedział na ganku domu należącego do Jamesa Hetfielda i rzucał przed siebie śnieżkami. Znowu miał kaca-mordercę. Tym razem po zabawie sylwestrowej, na której wypił za dużo i urwał mu się film. Pamiętał tylko, że skompromitował się w rozmowie z jakąś dziewczyną zaproszoną na zabawę. Podbijał do niej, myśląc, że ugra coś dla siebie. W pewnym momencie zapytał ją: 
-Hej mała. Jesteś wolna? - A ta odpowiedziała z przekąsem:
-Nie, zapierdalam jak dyliżans - i wszyscy zgromadzeni zaczęli się z niego śmiać. I szydzili z małego Duńczyka do końca wieczoru. Lars był niepocieszony. Nie, to mało powiedziane. Był zły i smutny, ale jak zwykle chował urazę i się nie skarżył. Ellen i Kirk wyjechali z samego rana, na jakiś czas do domu Hammetta, kilka kilometrów od posiadłości Jamesa, więc zostali w Novato sami z Hetfieldem. 
-Sopel ci w dupie urośnie, jak tak będziesz siedział na zimnym - powiedział James, wyłaniając się z domu i niosąc dwa kubki gorącej czekolady. Przysiadł się do Larsa i zapytał:
-Co masz taką minę jakby cię gacie cisnęły?
-James. Czemu ja nie mam dziewczyny? - Zapytał nagle Lars ni stąd ni zowąd, ale zanim Hetfield odpowiedział, dodał - Kirk ma Ellen, koło ciebie zawsze jest stado fanek, Jason też nie narzeka ... a ja? - James chciał zażartować i powiedzieć coś o gipsowej Doris, ale widział że Lars nie był w nastroju do śmiechu, więc odpowiedział tylko:
-Nie przejmuj się. Na pewno niedługo kogoś znajdziesz.

_____________________________________
2 stycznia 1989 roku, dom Kirka Hammetta w San Francisco 


-Co to? - Zapytała Ellen, gdy Kirk wręczył jej pęk dzwoniących kluczy.
-Klucze do mojego domu. Zmieniłem zamki więc Rebecca nie powinna cię nachodzić.
-Do ... tego domu? - Zapytała zaskoczona, spoglądając jeszcze raz na okazałą rezydencję. 
-No tak. Wolałbym, żebyś jechała z nami do Tampy i w ogóle w trasę, ale Lars pewnie skiśnie ze złości. Więc chcę, żebyś przez ten czas mieszkała tutaj. 
-Będę musiała znaleźć pracę - odparła po chwili milczenia.
-Jeśli martwisz się o koszty utrzymania to zapomnij o tym. Będę przesyłał ci pieniądze z trasy. 
-Nie, chodzi o to, po prostu umrę z nudów siedząc tylko w domu. Muszę sobie znaleźć zajęcie - odparła, a Kirk przytaknął niechętnie. 
_______________________________________________________
Dziś taki krótki rozdział, niewiele wnoszący do akcji opowiadania.
Ale mam nadzieję, że po sylwestrowych imprezach będzie w sam raz :)
WSZYSTKIEGO DOBREGO NA NOWY ROK!
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _