2 października 2015

Shit Happens (One shot)

Jako, że mnie naszło na napisanie tego ... czegoś, oraz Karina i Asia mnie do tego namawiały, to jest. One shot (nie pełnometrażowe opowiadanie! xD). 
Akcja dzieje się w zupełnym oderwaniu od "Dream On", tak jakby wydarzenia z tamtego opowiadania nigdy nie miały miejsca. Zresztą, jako czas akcji wybrałam rok 1985, czyli do "Dream On" jeszcze daleko. 
Głównymi bohaterami są Lars i Gene, co oznacza, że Metallica i KISS w pełnym składzie się pojawią - jako bohaterowie drugoplanowi. W składzie Metalliki występuje oczywiście Cliff. 
Jako, że w one shot'cie nie będę przywiązywała szczególnej uwagi do np. zgodności dat i ich wydarzeń z rzeczywistością, to nie zwracajcie uwagi na to, czy np. jest rok 1985 a Meta wypuszcza "Mastera ..." choć w rzeczywistości wydali go rok później. 
Zastrzegam sobie takie rewelacje, bo kiedyś jakiś kutasiarz na Asku zarzucił mi kiedyś to, że daty mi się nie zgadzają - zapominając chyba, że fan fiction rządzi się swoimi prawami, toteż nic z rzeczywistością zgadzać się nie musi. Jak coś ... to zrobię przypis - jak zawsze xD

Zapraszam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Nowy Jork, zima roku 1985. W studiu nagraniowym Atlantic Records, trwa sesja nagraniowa do płyty "Master of Puppets"*. 
Na przedmieściach Nowego Yorku, w dzielnicy Yorktown Heights, Paul Stanley odpoczywa w swojej willi po ostatniej trasie koncertowej.

02 listopada 1985 roku, Yorktown Heights, Nowy York 

Paul leżał wyciągnięty na obijanej białą, luksusową skórą kanapie. Zupełnie nie rozumiał dlaczego w czasie wolnym od koncertowania, zamiast opalać dupę na Seszelach, odmraża ją sobie w rodzinnym Nowym Yorku. Oprócz łamania sobie głowy tą myślą bardziej zastanawiało go dlaczego jego wieloletni kompan, przyjaciel, brat, basista i w końcu współzałożyciel KISS żeruje na nim jak szarańcza. 
-Gene? - Zagaił, popijając łyk koniaku z eleganckiej szklaneczki.
-Eee? - Padła nic nie mówiąca monosylaba, znacząca tylko tyle, że Simmons jest, słyszy i odbiera kontakt. Tyle szczęścia. 
-Gene - zaczął jeszcze raz Paul - czy ty jesteś bezdomny? - Basista zatrzymał się na środku salonu i taksował kolegę wzrokiem. W końcu odparł:
-Nie kurwa, przecież mieszkam u ciebie. 
-No właśnie - powiedział Paul, podnosząc się z kanapy - dzielimy się pieniędzmi po połowie, dostajesz tyle samo co ja, nie stać cię na własny dom? 
-Wyrzucasz mnie - stwierdził Gene i teatralnym gestem rozpaczy przyłożył dłoń do czoła. Był na tyle dobry w odstawianiu tego rodzaju scen, że można by pomyśleć, że zaraz się rozpłacze. 
-Och! Nie odstawiaj  Królowej Dramatu! Nie wyrzucam cię idioto. Po prostu zastanawia mnie co ty robisz z każdym dolarem, który zarabiamy na płytach, koncertach i gadżetach. Czy wiesz, że przez tyle lat, od samego początku KISS, ani razu nie byłem u ciebie w mieszkaniu? Czy ty masz swój kąt? 
-Co robię z kasą? To proste - żachnął się - wydaje na koks, dziwki i alkohol - powiedział i z uśmiechem podreptał do kuchni. Nie dający za wygraną Stanley nie dał się zbyć i drążył temat.
-Zysk z ostatniej trasy przekroczył 11 milionów dolarów! 11 milionów, pierdolonych, zielonych baksów! Gene! Nie powiesz mi, że połowę z tego wciągnąłeś nosem, popiłeś burbonem i okazjonalnie wydymałeś?! 
-Częściej dymam niż wciągam! - Odkrzyknął z kuchni. 
-Ale masz jakieś oszczędności?! Wystarcza ci chociaż na prezerwatywy? - Pytał dalej Paul, a Gene w końcu nie wytrzymał i wykręcił białkami oczu, jednak postanowił dalej droczyć się z kumplem. 
-A co to prezerwatywy?
-Dowiesz się jak ci przyjdzie alimenty płacić - powiedział bardziej do siebie Paul. Simmons wyszedł z kuchni, przespacerował ostentacyjnie przez salon i poszedł do sypialni. Po chwili wrócił, niosąc pod ręką plik papierów. 
-Masz - powiedział, rzucając stertę na stolik obok. 
-Co to?
-Obligacje na okaziciela, kurwa. Czego nie przeczytasz, tylko pytasz "Co to? Co to?" ... Yamamoto kurwa. Czytaj - Stanley wziął dokumenty do ręki i w ciszy przestudiował. Akt własności domu ... bla, bla, bla ... Potwierdzenie nabycia działki w Kalifornii o powierzchni ... bla, bla, bla ... Wyciąg rachunku bankowego na nazwisko ... bla. 
-Zadowolony? - Spytał Gene. 
-Dobre zabezpieczenia na przyszłość - odparł zgaszony - nie spodziewałem się, że masz oszczędności. 
-Super tato. Jak jesteś już ukontentowany to pozwól, że przyszykuję się do wyjścia. Obawiam się, że nie wrócę przed 22-gą. Nie czekaj z kolacją - odparł i ucałował Paula w czółko - Mieszkam tu bo po prostu ... lubię mieć cię na oku bracie - dodał - nigdy nie wiadomo, kiedy coś odpierdolisz i będę musiał wyciągać cię z gówna - zakończył Gene. Wstał i skierował się z powrotem do pokoju gościnnego, który zajmował. W tym czasie ktoś postanowił molestować dzwonek drzwi frontowych, jednak na tyle krótko, że właściciel domu nawet nie zdążył zapytać "Kto tam?". 
Po kilku sygnałach dzwonka, do salonu wparował Lars.
-Cześć Panie Mam-Gwiazdkę-Na-Ryju, gdzie Gene?
-Nie mam gwiazdki**, po pierwsze, po drugie Gene jest na górze, a po trzecie czy ciebie nikt kultury nie nauczył? Zawsze włazisz do innych jak do obory? 
-Aha. Mam więc stać na mrozie, czekać aż mi kutas do slipów przymarznie, bo jaśnie pan Paul Stanley wlecze się do drzwi. Otwarte było to wlazłem. Zresztą, kurwa, zadzwoniłem, tak? 
-Zadzwoniłeś. Raczej dałeś sygnał, że się wtaczasz - prychnął Paul. Lars nie czekając na dalsze pozwolenia usadowił się w fotelu i nalał sobie koniaku - Ooo pewnie, częstuj się. U siebie przecież jesteś. Duński, niewychowany karzeł. 
-Żydowski, malowany kutas - ripostował Lars. 
-Ej, dziewczyny - zawołał Gene schodząc z góry - kłócicie się jak nastolatki w koledżu o to która pierwsza ma mnie ruchać
-Od kiedy ty wychodzisz razem z Larsem?! - Zapytał zdziwiony Paul, kiedy już połączył wątki i cel wizyty Ulricha.
 -Od zawsze. A przynajmniej od kiedy ty stałeś się taki marudny. 
-Nie jestem marudny.
-Jesteś - potwierdził Lars. 
-Ty się zamknij szujo! Nie z tobą gadam.
-On jest cholernie marudny - powiedział Lars do Gene'a.
-Wiem, właśnie mu powiedziałem.
-No, jeszcze mi powiedz, że Lars jest zabawniejszy! - Krzyknął Paul. 
-Bo jestem - zauważył Duńczyk. 
-Jest - potwierdził Gene - sorry Paul, ostatnio każdy jest zabawniejszy od ciebie. Długie trasy koncertowe cię wykańczają. Pobalowałbym z tobą, ale jesteś taką męczybułą, że niezdatne. Na imprezach sypiesz sucharami i idziesz spać po dobranocce - skwitował. Założył puchową kurtkę i pociągnął za sobą Larsa - Chodź, idziemy Mały Książę.
-Dobrali się kurwa ... Żwirek i Muchomorek - podsumował Paul, kiedy tamci zatrzasnęli za sobą drzwi - Że niby ja nudny? Wolne żarty ... -nachylił się aby zajrzeć pod kanapę, w celu odnalezienia swoich zimowych, puchowych skarpet z angory, ale nigdzie ich nie było. 
W domu ostatnio notorycznie ginęły skarpety, a nawet bielizna. 
Z rozmyślań o zaginionych częściach garderoby wyrwał Paula swąd dochodzący z kibla, z jednej z łazienek dla gości. 
-Kurwa, ale smród. Czego ten sracz cały czas się zapycha?
__________________________________________________
*"Master ..." nagrany był oczywiście w studiu w Danii, a nie w NY, i wydała go Elektra a nie Atlantic.
**Rok 1985 - era bez masek, stąd "Nie mam gwiazdki" Stanleya. 
 ________________________________________________
Wieczór tego samego dnia, studio Atlantic, Nowy York

Trudno było powiedzieć, że praca nad nową płytą "wrzała". Jeśli cokolwiek wrzało w obozie Metalliki to tylko relacje miedzy członkami zespołu, ewentualnie woda na kawę dla Flemminga "Razz'a" Rasmussena - producenta albumu. Zgromadzeni w studiu James, Kirk i Cliff ciągle sobie dogryzali i nie mogli dojść do porozumienia, plus James był obrażony, że musi pracować podczas kiedy Larsa ciągle nie ma. 
-Dlaczego on zapija mordę na mieście a ja się tu produkuje!? - Tupnął nogą jak naburmuszone dziecko i popatrzył na Razz'a z wyrzutem. 
-Lars powiedział, że nagra swoje partie jak wy skończycie nagrywać swoje - odparł producent.
-Jak mam komponować kiedy on mi zawsze w tym pomaga? - Dociekał Het - A w ogóle to jak on chla to ja też chcę!
-Dzieci - szepnął Cliff i przekręcił stronę w czasopiśmie, które czytał. Z bliżej nie znanych powodów, chęć i ochotę do pisania materiału na nową płytę miał tylko Kirk.
-Czujecie to! - Zawołał gitarzysta, cisnąc na gryfie jakiś ostry riff - Czujecie? No! Czujecie!?
-Jeśli właśnie się zesrałeś, to tak. Poczuliśmy - odparł spokojnie Cliff.
-Wiecie co. Dzięki. Na prawdę, właśnie straciłem cały zapał - powiedział rozczarowany Kirk - Jeśli ten riff wam się nie podoba, proszę bardzo, napiszcie lepszy - dodał i z hukiem odwiesił gitarę na wieszak. 
-A w ogóle to gdzie jest Lars kiedy nie ma go tutaj? -Zapytał rzeczowo Cliff.
-Baluje z Gene'm. Od miesiąca - zakomunikował Razz i jak na producenta, odpowiedzialnego za cały album, jego własne słowa w ogóle nie zrobiły na nim wrażenia. 
-Spoko. Gonią cię terminy, kończy się kasa a ty jak gdyby nigdy nic obwieszczasz nam, że nasz perkusista od miesiąca nie pojawia się w studiu, bo ważniejsze jest dla niego zerowanie jaboli pod sklepem? - Podsumował złośliwie James. 
-Może gdybyś mu nie wyrzucał jak bardzo jest kiepskim garowym to by się nie obraził i nie poszedł w tango? - Ripostował Razz.
-Bronisz go? Nie wierzę, że go bronisz! - Wrzasnął Het - Lars potrzebuje lekcji gry, bo gra monotematycznie, bez pomysłu, w kółko to samo!
-W porządku! Tak! Ale nie musiałeś mu tego mówić w ten sposób! Myślisz, że zakomunikowanie tego Larsowi słowami: "Rzucasz się jak świnia na westernie" było OK?
-A co mu miałem powiedzieć? Rozjaśnienie mu tego, niezbędne dla naszej kariery!
-Razz ma rację. Niepotrzebnie się wściekłeś - zauważył Cliff - do Larsa trzeba podchodzić spokojnie. Nie musiałeś mu tego wyrzucać. To było potrzebne jak kurwie majtki, a teraz jego nie ma i nie wiemy kiedy wróci. 
-A więc teraz to moja wina ... - westchnął James. 
-Może jednak pograjmy zamiast się na sobie wyżywać? -Zaproponował Kirk.
-Może sobie pograsz na swoim flecie w portkach - odciął Hetfield i wkurwiony wyszedł ze studia.  
________________________________________________
 Północ. Ulice Nowego Yorku, gdzieś w okolicach skrzyżowania 6 alei i Downtown

 -Szaryyyy murrr - wybełkotał pijany w sztorc Gene, przytulając się do ściany. Lars siedział na zaśnieżonym chodniku, w świetle latarni i kiwał się smętnie w przód i w tył. W ręku trzymał butelkę whiskey, której nawet nie pił, i tylko zaglądał od czasu do czasu w jej wnętrze, oczekując, że wypita zawartość się zwróci. 
Gene'owi się zwróciła, ale nie koniecznie tak jakby sobie tego życzył. 
-Szarry muuuuur. Aaa ty wieszz Lahrsiku, Larsiczku kochany, kochanienieńki, że tu nie zawsze był muuur? Tu były dechy. Płot był. Drew... drew ... dhrewnianyyy. I szłem sobie kiedyś ...
-Szedłem - mruknął Lars.
-No kuhrwa! Lepiej wiem czy szłem czy szedłem! Szłem ... i na tym płocie, ktoś farbą wymalował napis ... "du... du .. dupa". No sobie myślę "pomacam tę dupę na płocie". I pomacałem. I mi się drza ... drzazga wbiła. 
Zapamiętaj mój przyjacielu! Mój mały, duński przy .. jacielu. Nigdy nie macaj dupy na płocie. Nigdy. Jadowite sztachety czekają tylko, żeby zatopić się w twojej ręce. 
-Ta jest! - Odparł Lars. 
-Chodźmy stąd, zimno jest.
-Chyba przymarzłem - odparł Lars.
-Ale ... że ... jak?
-Dupą do chodnika. Normalnie. 
-Czaj ... pociągnę cię - zdecydował Gene i złapał Larsa za ręce - Hooop!! Proszszs ... stoi Duńczyk. 
-Mokro mam w gaciach - zauważył Lars.
-Tiiaaa, ja też bym chciał zmoczyć. 
-Nieee, mokro, bo na śniegu usiadłem - powiedział smętnie Ulrich, a Gene skłonił się aby obejrzeć spodnie kolegi. Plama. Na dżinsach Larsa widniała teraz wielka, mokra plama jakby się zeszczał.
-No thrudno ... idżemy - panowie objęli się nawzajem w pasie, co wyglądało dość komicznie, gdyż wysoki, na prawie metr dziewięćdziesiąt Gene mógł co najwyżej objąć Larsa za głowę, natomiast mały Lars, z wzrostem ledwie powyżej metra sześćdziesiąt, wisiał Simmonsowi na biodrach. Zataczając się od krawężnika do muru szli przez pewien czas w ciszy, aż Gene'owi włączyła się opcja "pijackiego bełkotu" połączona z fazą na "znam wszystkie języki obce, jak sobie popiję". 
-Baahabhabhaaa auu ... sza-ry mmmmuur, bla. A czi ti wijesz Larsie ... Jak nie wijesz to ci-po ...ci-po... ci powieeem. A jakh wijesz to .. też czi powiem. I tak ci-po wiem. A CZI TY WIJESZ, że tu zielone roślinki rosną? Tu - machnął ręką na mur -posadzili, żeby ten pask..pask...paskudny szary mur porosło? -Lars powiódł mętnym wzrokiem po nieszczęsnym murze, który do połowy opleciony był plątaninką gałązek, w okresie zimowym, oczywiście bezlistnych. Jako, że z zimna i przepicia dopadła go czkawka, to zamiast odpowiedzieć, głośno czknął, a potem dodał:
-Jjjak bym był takim smutnym, szarym murem -YK- to teszz bym chciał, żeby mnie coś porosło -YK. Gene, Gene, Gene ... a czi ty wiesz, że James mnie nie ko-cha? On mie nie kocha jusz. On móóówii, że ja nje potrafię grać na perkusjii. 
-Jjja tesz nie potrafjję grać na perkusji - stwierdził Gene.
-Ale ty jesztesz basistą - zauważył Lars.
-No ji co?
-Gówno - wymamrotał Duńczyk i osunął się na ziemię wzdłuż nogi Gene'a - Będę spał - oświadczył.
-Dopsz ... To jja poczekam - zakomunikował Simmons stojąc na środku chodnika, w środku nocy, w środku Nowego Yorku, w środku cholernej nowojorskiej zimy. Lars nawet nie przybrał wyszukanej pozycji, zasnął tak jak się osunął, przytulając się jedynie do łydki kolegi i uniemożliwiając mu tym samym odejście. 
______________________________________________
Pierwsza w nocy, hotel Waldorf Astoria, Park Ave, Nowy York

James siedział w pokoju, do którego niedawno weszli też Kirk i Cliff. Atmosfera była ciągle napięta, toteż nikt się nie odzywał. W końcu Hetfield nie wytrzymał.
-Musiałem mu powiedzieć, że partaczy grę, musiałem. Nie robię tego złośliwie, chce dobrze dla niego i dla całego zespołu - bronił się, choć nikt przecież nie zadał pytania.
-Zgadzam się, że Lars powinien wziąć kilka lekcji - odezwał się Cliff jak zwykle ważąc słowa. 
-No właśnie! Widziałeś jak on gra! Jak można się tak garbić? On ma ramiona wyżej niż głowę .... w ogóle ... zaraz się złoży jak scyzoryk przy tych garach! Jeszcze chwila i tak się zegnie, że będzie sobie mógł sam zrobić loda! - Wypalił James, a Kirk i Cliff nieoczekiwanie zaczęli się śmiać. Po chwili zdezorientowania również James do nich dołączył i przez kilka minut wyli ze śmiechu. Atmosfera się rozładowała. Pierwszy odezwał się znowu Het.
-Dobra, przesadziłem, przyznaję. Jutro przeproszę tego karła i zaczniemy od nowa.
-Dobry pomysł - skwitował Cliff - a potem we trzech zasugerujemy mu, żeby popracował nad swoją techniką. 
________________________________________________
W tym samym momencie, Yorktown Heights, Nowy York 

-Jezu, Paul, ty na prawdę zdziadziałeś! - powiedział do słuchawki Eric Carr - jest pierwsza w nocy, dymam sobie panienkę, a ty dzwonisz bo ci się na plotki zebrało?!
-Muszę się komuś wygadać! No weź, nie bądź wiśnia!
-Nie bądź wiśnia?! Boże, nawet zacząłeś gadać jak jakiś starzec.
-Gene'a nie ma, a ten pokurcz z zespołu z Kalifornii ze strzałą w nazwie, wparowuje mi do chałupy jak do swojej duńskiej obory! 
-Byłem u ciebie ostatnio Paul, pamiętasz? I wiesz co ... tobie na prawdę wali po całej chałupie jak z obory, to się nie dziw, że każdy włazi. A teraz, kurwa, daj mi spokój! Jest środek nocy, weź poruchaj, zwal se konia, opróżnij barek, rozwiąż krzyżówkę, pooglądaj "Dynastię", albo pierdolnij na se na ścianie mozaikę w stylu późno helleńskim, tylko mi już nie zawracaj dupy! Dobranoc! - Krzyknął Eric i rzucił słuchawką. Paul trzymał aparat przez chwilę w rękach i wielce zdziwiony tym, że nikt nie chce go wysłuchać wzruszył ramionami. Pociągnął nosem.
-Kurwa, tu na prawdę śmierdzi gównem. 
________________________________________
03 listopada 1985, trzecia nad ranem, ten sam chodnik, na którym śpi Lars

-Lars! Lars! - Budził go Gene, próbując jednocześnie oswobodzić swoją nogę. Stał już bez ruchu dwie godziny, podczas gdy Ulrich ślinił mu nogawkę. Mroźne powietrze prawie go otrzeźwiło, jednak totalnie skostniał z zimna - Muszę szczać! Puść mnie! Muszę się odlać! 
-Jeszcze pięć minutek - wyszeptał perkusista, a z ust buchnął mu dymek z parą, taki który zawsze powstaje na mrozie.
-Jak mnie zaraz nie puścisz to naszczę ci na ryj! Słyszysz? - Zagroził i zaczął grzebać przy rozporku. Groźba podziałała i Lars błyskawicznie, jak poparzony odskoczył od lewej nogi basisty. Oswobodzony Gene poczłapał pod mur i po chwili odetchnął z wielką ulgą, a strumień moczu popłynął po ścianie. 
-W kurwę zimno - powiedział Lars, rozcierając ręce. Wypity alkohol odparował i panowie zaczęli zauważać przykre tego skutki.
-Chodźmy do jakiegoś baru - zasugerował Gene, zapinając spodnie.
______________________________________________
Chwilę później, Monkey Bar, 6 aleja, Nowy York

Na szczęście znalezienie całodobowej knajpy w Nowym Yorku było dość proste. Panowie nie przeszli nawet stu metrów i znaleźli spokojną przystań w Monkey Bar. Bardzo późna godzina nocna, lub też jak kto woli bardzo wczesna godzina poranna sprawiła, że lokal był pusty, nie licząc jednej barmanki, która jednocześnie pełniła obowiązki kelnerki oraz pewnej młodej damy, która siedziała blisko witryny i ciągle patrzyła w okno, nie przestając mieszać kawy. Gene i Lars usadowili się na drugim końcu sali, z widokiem na ową tajemniczą brunetkę. 
-Nie poruchasz - zaczął Lars, obserwując z jakim skupieniem Gene taksuje dziewczynę.
-Wiesz co, plujesz mi w twarz takim tekstem - odparł jeszcze nie urażony, ale lekko podrażniony Gene.
-Nie pluję. Nie jestem w stanie charać tak wysoko - odbił piłeczkę Ulrich.
-Kutas cię boli, bo dziewczyna jest jedna a nas dwóch i wiesz, że to ja mam większe szanse ją zdobyć? - Zapytał złośliwie, ale Lars nie ripostował natychmiast, jakby przez moment zastanawiał się czy się przyznać do czegoś przed Gene'm.
-Tak właściwie to mnie boli - odparł szeptem.
-Co? Kutas cię boli? Złamałeś sobie - parskną Simmons.
-A to można złamać? - Zapytał niepewnie, mocno speszony Lars. 
-Co, kurwa! Człowieku! Złamałeś sobie chuja! Gdzieś ty go wkładał!
-Ciiszeeej! No. Zaraz cały Manhattan obudzisz! 
-Co ciszej, co. Tu nikogo nie ma przecież.
-One są - zauważył Lars, wskazując na dziewczynę przy oknie i barmankę za ladą - To co, myślisz że można sobie złamać? - Zapytał cicho.
-Nie wiem, kurwa - zaczął Gene jednocześnie lustrując małego Duńczyka wzrokiem. On przecież nie może być lepszy w te klocki ode mnie? Co on musiał robić tym kutasem? Wzmacniacze przepychał?! - myślał. Nagle poczuł się zagrożony obecnością Larsa-Casanovy. To przecież on - Gene Simmons jest największym jebaką na świecie. 
-A ty sobie ... no wiesz. Nigdy nie uszkodziłeś? - Padło kolejne ciche pytanie.
-Ja? Nigdy - odparł, prostując się na krześle - Widzisz to? - Poklepał się w okolicach krocza - Tam jest ukryty pancerkutas. On się nie łamie - obwieścił triumfalnie Gene, a Lars stał się jeszcze bardziej przygnębiony. 
-A nie swędzi cię czasami?
-Chryste, jak mnie swędzi to się drapie po jajkach - odparł Simmons, jakby to było oczywiste. 
-Ale tak w środku - dociekał Ulrich.
-Swędzi cię w środku? Kutas? Noo kolego, obawiam się - zaczął Gene, a na jego twarzy stopniowo pojawiał się ogromny uśmiech - obawiam się, że złowiłeś rzeżączkę - dokończył już niemal krztusząc się śmiechem. Poklepał Larsa po ramieniu i przyznał, że tak na prawdę bardzo mu współczuje - Ale wiesz, teraz, skoro tylko ja mam sprawny miecz, to pójdę powojować o tę panią - zaanonsował i skierował się do stolika przy którym siedziała brunetka. Usiadł naprzeciwko niej i już miał zagaić, kiedy nagle z jej ust padło:
-Spierdalaj - uśmiech Gene'a błyskawicznie przeistoczył się w podkówkę.
-Ale jak ...
-Wypierdalaj, nie mam czasu - odparła kobieta, nie przestając patrzeć na drugą stronę ulicy przez oblodzone okno. 
-Nawet na mnie nie spojrzałaś! - Obruszył się. Brunetka szybko rzuciła wzrokiem na swojego natrętnego towarzysza, wzruszyła ramionami i wróciła do poprzedniej pozycji.
-Popatrzyłam, i co?
-Jestem Gene Simmons - powiedział podniośle, przekonany, że to już załatwia całą sprawę.
-A ja Kleopatra, wypierdalaj - rzuciła i nagle zerwała się ze stołka, popchnęła Gene'a, tak, że zachwiał się na stołku i wybiegła z baru. Za chwilę na ulicy padły strzały, barmanka wrzasnęła, Lars podskoczył na siedzeniu, a Gene nie ogarniał sytuacji. Wszystko działo się błyskawicznie. Basista nawet nie zdążył powiedzieć słowa, kiedy tajemnicza brunetka wróciła z powrotem do baru. Sięgnęła do kieszeni, wyjęła małą karteczkę na której coś napisała i rzuciła ją Gene'owi na stół.
-Mandat, za próbę utrudniania działań policjantce na służbie i za podawanie fałszywych danych osobowych. Gene Simmons - żachnęła się - ktoś się na to nabiera? -Powiedziała, po czym zwróciła się do przerażonej barmanki -Oficer Dakota Roberts, proszę się nie bać, już po wszystkim. Przed chwilą, po drugiej stronie ulicy dokonaliśmy przejęcia znacznej ilości narkotyków oraz zatrzymania dwóch przedstawicieli meksykańskiego kartelu narkotykowego. Działałam incognito, dziękuję za "użyczenie" lokalu jako punktu obserwacyjnego - zasalutowała, zakręciła się na pięcie i wyszła. Pierwszy głos odzyskał Lars. 
-No to żeś nawojował tym mieczem nie mało - skomentował uradowany. Niepowodzenie Gene'a poprawiło mu humor.
-Mnie to się zdaje, że ty masz większy problem - przypomniał mu Gene. 
____________________________________________
03 listopada 1985 roku, poranek w hotelu Waldorf Astoria, Park Ave, Nowy York

Lars stał z nosem opuszczonym na kwintę, a reszta chłopaków zalewała się łzami. Przyznanie się do choroby wenerycznej przed wszystkimi chyba nie było najlepszym pomysłem. Pierwszy jednak ogarnął się Kirk, którego rozbawienie ustąpiło miejsca przerażeniu.
-Ej! Ale nam tego syfu nie sprzedałeś?!
-Idioto - odezwał się Cliff - musiałby cię najpierw przelecieć żebyś też to złapał. 
-A to luz. 
-Dobra Larsik. Nie smutaj - odparł James - myślę, że twoja mała niedyspozycja rekompensuje mi wszystkie złośliwości z twojej strony, więc jakoś, nie potrafię się teraz na ciebie dłużej wkurwiać. Ale jak nareperujesz sprzęt, to przysiądziesz do garów, tak?
-Ta.
-Do tej pory grałeś nie tą pałeczką - parsknął James, nie mogąc się powstrzymać od komentarza.
-Oj weź już skończ! - Fuknął Lars - Zobaczymy jak ci będzie do śmiechu jak ty coś złapiesz - dodał, a cała reszta nie przestawała się podśmiewać.
______________________________________________
Przedpołudnie w domu Paula Stanleya, Yorktown Heights, Nowy York 

-Ooo czyżbyś się umył Paul? - Zapytał Gene wchodząc do salonu.
-A co? Czemu?
-Bo przestało jebać gównem.
-Ha, ha. Bardzo śmieszne. Owszem jebało gównem, ale to akurat przez ciebie.
-Co ty powiesz?
-Czy wiesz może, gdzie do tej pory ginęły wszystkie skarpetki? 
-Pewnie krasnoludki ci je wynosiły - zażartował Gene.
-Nie. Jako, że ty nie masz własnych to wszystkie MOJE skarpetki podpierdalałeś mi z szuflady.
-Aha. No i jaki ma to związek z gównem? 
-Zasadniczy. Był tu rano spec od kanalizacji.
-Przepchał ci rury? - Droczył się Gene, nie bardzo wiedząc do czego zmierza ze swoim wywodem Paul.
-Zamknij ryj. Był tu spec od kanalizacji i zgadnij co znalazł w ścieku?
-Gówno?
-Właśnie nie. Moje skarpetki! Gene! Jak trzeba być kurwa pijanym, żeby brudne skarpetki wrzucać do sracza a nie do pralki*! - Wrzasnął Stanley. Gene łączył wątki, toteż się nie odezwał, natomiast Paul kontynuował -Skoro skarpetki wrzucałeś do kibla to ja się boję pomyśleć, czy w takim razie srałeś do pralki.
-Może nie drążmy tego tematu? - Zaproponował Gene.
-Może masz racje - odparł Paul.
*********************************
KONIEC
*************************
*Stare, amerykańskie pralki były pakowane od góry, toteż istnieje cień szansy aby pomylić klapę pralki od klapy kibla xD

  

16 lipca 2015

Dream on XXXV - OSTATNI ROZDZIAŁ

Poniżej znajdują się TRZY, tak, trzy ostatnie rozdziały "Dream On". Zdecydowałam się dodać je na raz, głównie ze względu na te osoby, które czekały na zakończenie. Uznałam, że należy im się ono bez niepotrzebnego przedłużania. Tym samym kończę moją przygodę z pisaniem. Dziękuję każdemu, kto tu był, czytał i komentował.



17 marca 1989 roku, stadion Tampa, Floryda


MONSTERS OF ROCK - Dzień pierwszy
_________________________________

Trzydniowy festiwal rozpoczynały trzy koncerty - Guns' N'Roses na otwarcie, Metalliki jako supportu i Ozzy'ego w roli headlinera. Chłopaki z Metalliki weszli na scenę podekscytowani faktem, że zaraz po chich będzie grał ich guru - Ozzy. Spotkali go kilka razy w korytarzu przed koncertem, ale nie mieli odwagi zagadać. Każdy z nich słuchał Black Sabbath i była to dla nich wielka rzecz zobaczyć byłego wokalistę kultowego zespołu na żywo. 
Set zaczął się mocno i zadowalająco. Zabrzmiały trzy kawałki uwielbiane przez tłum: "Creeping Death", "For whom ..." i "Fade to black". Wszystko szło świetnie i zaraz mieli przechodzić do perkusyjnego solo Larsa, które wiązało przejście do coveru Misfits - "Last Caress". Gdy zbliżali się do punktu kulminacyjnego, nad stadion wpłynął helikopter z Jonem Bon Jovi na pokładzie. Uwaga tłumu skupiła się na lądowaniu maszyny, która miała przygotowane lądowisko na backstage'u. Całość trwała jakieś 10 minut, ale dla Jamesa to była wieczność. Huk maszyny zagłuszał skutecznie cały występ.
-Pierdolony dupek - warknął James - Robi to celowo, próbuje zniszczyć nam set! - Pieklił się. Zszedł ze sceny za kulisy, złapał marker i na swojej białej gitarze nazgryzmolił napis "Zabić Bon Jovi"*. A gdy wrócił po chwili przed mikrofon zucił jeszcze w stronę tłumu coś o "spandexie, makijażu i piosenkach w stylu >oh baby<".
___________________________
*Chciałam znaleźć fotkę tej gitary, ale przepadła gdzieś w otchłaniach mojego laptopa.
_____________________________
18 marca 1989 roku, Tampa, Floryda 

MONSTERS OF ROCK - Dzień drugi
________________________________

 Dziś grali Bon Jovi i Aerosmith. 
Jon od samego rana był zaczepiany przez dziennikarzy i pytany o sytuację z wczorajszego dnia. Z oczami jak 25 centów, udający zaskoczonego i jak zawsze miły dla wszystkich tłumaczył się, że wcale nie chciał popsuć nikomu występu i nie wie o co chodzi. Jednak uwagi o "spandexie" go zabolały. Oba zespoły na zawsze miały pozostać we wrogim nastawieniu. 
Steven spacerował po backstage'u i nucił "Mama kin". Każda kobieta pracująca przy obsłudze stadionu posyłała mu uśmiech błagający o to, by zwrócił na nią uwagę. Jednak wzrok Tylera przykuł mały, biały piesek rasy York, który .... właśnie podniósł nogę i osikał mu nogawkę spodni. 
-Mój Boże! - Krzyknęła Ellen - Tak bardzo mi wstyd! Przepraszam Panie Tyler - wybełkotała do swojego jak by nie było, byłego pracodawcy. 
-Ellen Verner! Nasza mała garderobiana! - Zawołał Steven. Ellen stała jak wryta. Myślała, że jej nie pamięta. 
-Tak strasznie mi głupio - powtórzyła patrząc na zadowolonego Kwirka i równie radosnego Stevena.
-Daj spokój wyschnie - odparł.
-Pan mnie pamięta?- Zapytała, kiedy rozum jej wrócił.
-No pewnie. Robiłaś nam takie fikuśne ciuchy, że nie sposób zapomnieć. Joe ciągle się zastanawia co dodawałaś do prania, że jego koszule tak zajebiście pachniały. 
-Gdyby Pan chciał .. znaczy, jak by Pan zdjął te spodnie, to ja mogłabym ... - zaczęła, w nawiązaniu do plamy na nogawce. 
-Hah - żachnął się Steven - niczym się nie przejmuj. Gdybyś kiedyś szukała pracy, to mamy etat - odparł puszczając jej oczko.
-Dziękuję - powiedziała zmieszana i wzięła Kwirka na ręce, po czym każde z nich poszło w swoim kierunku. 
____________________________________
Tego samego dnia, The Barrymore Hotel, Tampa, Floryda

-Ale żeś się rozjebał na tej kanapie. Jak Cygan na dworcu - rzucił Gene starając się wyciągnąć spod Paul'a swoją kurtkę, na której ten leżał - Złaź z mojej kurtki, już!
-Zaraz, zaraz ... - jęczał Stanley i łaskawie przesunął się w prawo.
-Dziękuję, że ulżyłeś tę swoją panią - odparł Gene - I nie pizgaj wszędzie tych jebanych etykiet od piwa! Wiesz, że skubanie naklejek na piwie to objaw syndromu sfrustrowanego seksualnie prawiczka!
-A jaśniej? - Zapytał Paul i zamrugał powiekami.
-Jaśniej, to znaczy, że jesteś niedoruchany - skwitował Simmons - Wychodzę. Zobaczę jak wygląda ten stadion na którym jutro gramy, sprawdzę akustykę i takie tam. Nara - rzucił i zamknął drzwi. 
________________________________________
Ponownie na stadionie w Tampie

Ellen właśnie miała wracać do hotelu i opowiedzieć Kirkowi o spotkaniu z Tylerem. Metallica została w mieście do końca festiwalu, ze względu na Lorraine, która uparła się, że musi zobaczyć występy wszystkich zespołów. Ellen wybłagała natomiast u Kirka, żeby nie szedł na koncert KISS i nie szukał zemsty na Paul'u. Nie chciała żeby doszło do konfrontacji. 
Opuszczała już stadion, kiedy nagle ktoś mocno chwycił ją od tyłu i zaczął jej ściskać żebra tak, że nie mogła złapać oddechu. Mimowolnie zaczęła wierzgać nogami i sapać, kiedy do jej uszu doszedł znajomy głos.
-Tak się cieszę, że cię widzę! Ty mój kandyzowany cukiereczku!
-Ge... ge.. . Gene -sapała - Udu .... sisz ... mnie - prawie dwu metrowy mężczyzna w końcu puścił dziewczynę i swobodnym ruchem obrócił twarzą do siebie. Na twarzy Ellen ciągle malowało się pierwotne zaskoczenie i łapała z trudem powietrze. Gene stał nad nią natomiast zadowolony i rozpromieniony. W jednej chwili radość na jego twarzy ustąpiła ponuremu obliczu. 
-Co ty tu robisz! - Prawie wrzasnął - Czy ten kudłaty filipiński burak z kraju Trzeciego Świata, o inteligencji czerstwego arbuza zapomniał, że nie powinno Cię tu być?! A nawet jeśli, to powinnaś wyjechać wczoraj! 
-Dziewczyna Larsa chciała zostać tu do końca - odpowiedziała prawie już miarowym głosem blondynka- I Filipiny to jeszcze nie jest Trzeci Świat - dodała -Spokojnie, ani ja, ani Kirk nie pokażemy się jutro w okolicach stadionu. 
-Mam nadzieję - burknął i ponownie jego twarz w ciągu zaledwie sekundy zmieniła wyraz na pogodną - Tak cholernie za tobą tęskniłem, mała - powiedział ponownie przyciągając ją do siebie i tuląc w ramionach.
-Lepiej mi powiedz, co u was - odparła, odrywając się od niego. 
-Względnie w porządku. Paul chyba odpuścił. Dał sobie spokój. Wspomniałaś, o jakiejś dziewczynie Larsa? 
-Tak. Jest straszna. Wszyscy staramy się jej unikać. 
-A myślałem, że Duńczyk już nigdy nie zmoczy - zażartował Gene.
-Jesteś okrutny. Lars to fajny facet, ale z jakiegoś bliżej nie znanego powodu podobają mu się kretynki.
-Aż taka zła ta nowa miłość Ulricha?
-Na tyle wkurwiająca, że chłopaki nawet przestali znęcać się nad Jasonem i każdy tylko kombinuje jak uniknąć starcia z nią.
-Jason. To też był pojebany pomysł brać fana do zespołu - westchnął Simmons - i w ogóle kto z własnej woli chciałby być basistą?! - Zapytał jakby sam siebie.
-Gene. Ale Ty sam grasz na basie - zauważyła.
-Oj tam. Ale ja do tego śpiewam - odparł. 
-Szkoda, że to wszystko się tak potoczyło - powiedziała Ellen, zaczynając nowy wątek. 
-Ja się trochę Paul'owi nie dziwię. Sam bym cię chętnie przeleciał - zażartował Gene i w odpowiedzi dostał łokciem pod żebro - Wiem, przepraszam - dodał - Muszę iść, mała. Żebym cię tu jutro nie spotkał, bo pióra wyrwę temu twojemu lowelasowi. 
-Tak jest, tato! - Zawołała. Gene ostatni raz uściskał przyjaciółkę i pocałował w czoło, po czym oddalił się w stronę stadionu.
_____________________________________________
19 marca 1989 roku, Tampa, Floryda

MONSTERS OF ROCK - Dzień trzeci, ostatni
 _____________________________________
Ellen obudziła się późnym popołudniem, prawie wieczorem. Przez całą noc oglądali z Kirkiem stare horrory i dziś była pół przytomna. Nie zdawała sobie sprawy, że potrafi przespać cały dzień. Wygramoliła się z łóżka, ubrała i już w korytarzu hotelu wpadła na Larsa i Lorraine. Pięknie. Ze wszystkich nieszczęść na ziemi, ja muszę wpaść akurat na nich. Szlag. - zaklęła w myślach. 
-Wyglądasz okropnie - powiedziała Lorraine i przygładziła będące w nieładzie włosy Ellen. 
-Dzięki za komplement - odburknęła blondynka - Ty zawsze tak z mostu? - Zapytała, bo bezpośredniość brunetki ją irytowała. -Gdzie Kirk?
-Pojechał na stadion. Dziś koncert KISS, wszyscy tam przecież jedziemy - odparł Lars, żując w ustach wykałaczkę. Oczy Ellen momentalnie się powiększyły. Nie potrzebowała nawet kawy, już była przytomna jakby wypiła ich dziesięć.
-Obiecał mi, że tam nie pójdzie - wyszeptała i wpadła biegiem do pokoju, żeby sprawdzić godzinę. 18:45. Koncert jest o 19.30. Jeśli jakimś cudem przebije się przez korki na mieście i przepcha przez kilka tysięcy ludzi zmierzających na stadion to będzie cud. 
***
Motley Crue kończyli właśnie swój set, który grali jako support przed KISS. Za sceną Gene i Paul szykowali się do wyjścia. Publiczność była już rozgrzana i wszyscy skandowali głośno "KISS!, KISS!, KISS!"
-Tłumy mnie kochają - powiedział Gene, a Paul uśmiechnął się szeroko. Sprawdził swój makijaż i dopiął wysokie koturny. Osoba z obsługi sceny powiedziała:
-KISS! Na scenę! - Po czym podniosła zasłonę oddzielającą scenę właściwą od zaplecza. Na backstage wpadł Tommy i Vince, którzy schodzili ze sceny, za nimi powoli zszedł Mick. Nikki rozwalał jeszcze swój bass na scenie. W końcu KISS zawładnęli stadionem. "Deuce" porwało publiczność. Gene biegał ze swoim basem jak poparzony, kiedy w pewnej chwili jego wzrok przykuła znajoma burza loków czająca się z boku sceny.
-Pierdolony, zasrany samotny mściciel - zaklął, nie przerywając gry - Miało cię tu nie być pojebańcu. -Kirk stał z zaciętą miną i założonymi rękoma i przyglądał się przedstawieniu. Gene spojrzał na Paula, który nieświadomy zemsty kontynuował występ. Przy drugim utworze struna w gitarze Stanleya niespodziewanie strzeliła, raniąc go w dłoń. Paul dograł jeszcze "Hotter than hell" i pobiegł za cenę wymienić gitarę i poprosić o plaster. 
-Lubisz dobierać się do niewinnych dziewczyn, zboczeńcu - usłyszał. Rozejrzał się dookoła i dopiero po chwili zarejestrował obecność Kirka, który był od niego niższy prawie o dwie głowy. 
-Nie wiem o czym mówisz - odparł zmieszany. 
-Mówię o Ellen, zasrańcu i o tym jak chciałeś ją skrzywdzić! - Wrzasnął Kirk i popchnął Stanleya w stronę sceny.
-Skąd .. Kto ci... wiesz gdzie ona jest?- Zapytał maksymalnie zaskoczony sytuacją Paul.
-Chuj ci do tego gdzie ona jest - powiedział Hammett i zamachnął się aby uderzyć Paula. Ten zrobił krok do tyłu, ale niefortunnie potknął się o własne,wysokie podeszwy butów i upadł na scenę, tak że zgromadzona publiczność szybko to zauważyła. Kirk rzucił się na niego i zaczął tłuc go pięściami po twarzy. Tłum zaczął skandować imiona uczestników bójki, gdyż bez problemu rozpoznali Hammetta. Gene przerwał koncert i rzucił się, odciągnąć Paula na bok. Wtem na scenę wpadła zziajana Ellen, która z kolei zaczęła szarpać Kirka, chcąc oderwać go od Paula. Zebrani najbliżej sceny członkowie Hells Angels głośno komentowali sytuację i podburzali tłum. Jeden z nich wyciągnął nawet broń, którą zaczął niebezpiecznie wymachiwać. 
Kirk nie reagował na nawoływania Ellen.
Nagle padł strzał. A po nim kolejny.
Gene puścił Stanleya i machinalnie złapał się za głowę. Paul leżał zdezorientowany na deskach sceny. Kirk poczuł jak Ellen osuwa się na ziemię, ocierając się o jego bok. 
Wokół jej jasnych włosów utworzyła się plama krwi. 
Miała ciągle otwarte oczy i patrzyła w niebo. 
****************
DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ
-Mijają dwa tygodnie od tragicznych wydarzeń na Florydzie. Podczas koncertu KISS na scenie doszło do bójki między gitarzystą Metalliki - Kirkiem Hammettem, a wokalistą KISS - Paulem Stanleyem. 
Podczas tego zajścia śmierć poniosła młoda dziewczyna, prawdopodobnie prywatnie - kochanka Hammetta.
Jak udało się ustalić do tej pory, w trakcie zamieszania jeden z uczestników koncertu - motocyklista Hells Angels, wyjął broń, z której oddał dwa strzały w powietrze. Śledczy ustalili, że będąca na scenie kobieta zmarła na miejscu od kuli, która wystrzelona, odbiła się rykoszetem od metalowej konstrukcji sceny i trafiła ją w tył głowy...
Lars urwał wypowiedź spikerki wyłączając głos w odbiorniku. Siedział i milczał a Lorraine płakała w kącie. Kto by pomyślał, że osoba która znała Ellen najkrócej, będzie za nią tak tęsknić. Lars wstał z kanapy i bez słowa opuścił pokój. 
Pogrzeb Ellen odbył się w Los Angeles, na jednym z tamtejszych cmentarzy. Ponieważ Kirk nigdy nie poznał rodziców Ellen, nie mógł ich powiadomić. W skromnym nabożeństwie, choć przy błysku fleszy paparazzi, wzięli udział wszyscy członkowie Metalliki. Kirk płakał jak dziecko. Steven Tyler i Joe Perry uznali, że nie wypada im tam być i przysłali tylko kwiaty.
Paul nie pojawił się w ogóle i od czasu wydarzeń w Tampie, zaszył się gdzieś i unikał dziennikarzy. Oświadczył Gene'owi że odchodzi z zespołu i może w przyszłości zacznie karierę solową. Gene postanowił podobnie. 

MIESIĄC PÓŹNIEJ
-Nie cichną echa wydarzeń sprzed miesiąca. Podczas festiwalu Monsters of Rock na Florydzie doszło do zamieszek, w wyniku których śmierć poniosła jedna osoba.
Sąd na Florydzie wydał dziś wyrok uniewinniający motocyklistę Hells Angels, uzasadniając swoją decyzję tym, że jego zachowanie doprowadziło jedynie do nieumyślnego spowodowania śmierci, przyznając tym samym, że był to tylko nieszczęśliwy wypadek. 
Kirk Hammett zapowiedział, że doprowadzi do postawienia przed sądem cywilnym byłego wokalistę KISS - Paula Stanleya, uważając że to on winny jest śmierci jego dziewczyny. 
-Wyłącz to - poprosił Steven. 
-Okropne, prawda? -Zapytała Hope, stawiając przed nim kolejną butelkę piwa i wycierając kontuar baru w Rainbow.
-Pojebane, aż się wierzyć nie chce. Jak się czuje Twoja mama?
-Coraz lepiej. Mam u Ciebie dług wdzięczności. Myślałam że po tym jak dałeś mi te pieniądze i uciekłeś, już nigdy Cię tu nie zobaczę.
-Jakbyś chciała mi to wynagrodzić ... to wiesz... - zaczął Steven, po czym dodał, patrząc na uśmiechniętą kelnerkę która kręciła głową - Wiem, wiem, masz chłopaka, bla, bla, bla.
-Nie mam, tak się składa. Rozstaliśmy się. 
-Więc mogę cię ukraść na jeden wieczór? Jesteś mi to winna. Obiecuję, łapki będę trzymał w spodniach. Zgódź się. Przy mnie staniesz się sławna, zrobię z Ciebie modelkę - czarował Tyler.
-Steven, Steven. Na kolację się zgadzam, ale nic poza tym. A jak chcesz z kogoś zrobić modelkę, to ta - wskazując palcem rudą dziewczynę, też kelnerkę - ciągle o tym marzy. - Steven powiódł wzrokiem na chudą pannę sprzątającą talerze. 
-A jak z niej zrobię modelkę to się do mnie uśmiechniesz? - Flirtował dalej.
-Jak z niej zrobisz modelkę to będziesz miał darmowe drinki w Rainbow do końca życia - odparła rozbawiona Hope. 

*****

Motley Crue zaraz po powrocie z trasy do domu, trafili na przymusowy detoks, który załatwił im Bob Rock. O dziwo, wszystko się udało i wrócili jak nowo narodzeni. Właśnie skończyli nagrywać album "Dr. Feelgood", a singiel z płyty zadebiutował na liście Billboardu.
-Nikki? - Rzucił do słuchawki podekscytowany Tommy.- Słyszałeś wieści?!
-Co tam bracie?
-Mamy numer jeden! Mamy pierdolony numer jeden! Hit w zestawieniu Billboardu! - Wykrzyczał Lee i obaj zaczęli drzeć się do słuchawki jak opętani. 
**********
Gene po raz pierwszy od śmierci Ellen przyszedł na jej grób. Pojedyncza płyta z jej imieniem i nazwiskiem oraz wiekiem stanowiła całą mogiłę. Trawnik wokół był równo przycięty, obok palił się znicz i leżały kwiaty, które co dzień przynosił Kirk. Gene uklęknął na ziemi i położył obok płyty jedną różę. Z pod ramienia wypadła mu poranna gazeta, której nagłówek głosił: "Dziś w Los Angeles pokaz mody ze wschodzącą gwiazdą modelingu - Ingeborg Hainz".
-Przepraszam, że Cię przed tym nie uchroniłem - wyszeptał - Będę za Tobą tęsknić. 
Mała.

KONIEC


Gdzieś w Polsce, na oddziale intensywnej terapii, mężczyzna w białym kitlu wyciągnął ostatnią rurkę z ciała dziewczyny pogrążonej w stanie śmierci mózgowej. Serce uderzyło jeszcze dwa razy, ale mózg był już martwy.
Zdecydowano o odłączeniu aparatury podtrzymującej życie.
Przegrała ze śpiączką.
Historia w jej głowie także umarła.

Dream on XXXIV

05 marca 1989 roku, Jefferson City, Missouri

Wszystkie zaproszone na festiwal zespoły powoli zbliżały się na Florydę. Koncertujący z Metallicą Iron Maiden, choć nie brali udziału w Monsters of Rock, towarzyszyli zespołowi Larsa aż do momentu, w którym oni pojadą do Europy a tamci zostaną w Tampie. Niebawem mieli przyjechać do Jefferson City i dać swoje koncerty. 
Dziś na miejscu byli już Motley Crue i Runs'N'Roses. Atmosfera pomiędzy dwoma zespołami, po ostatniej wymianie zdań między Axlem i Vincem była ciężka. Na domiar wszystkiego Vince postanowił zabrać ze sobą dziewczynę, którą Axl uderzył i obraził. Obecność Shili nie pomagała rozwiązać konfliktu, sam Vince zresztą nie zamierzał puścić tego incydentu w niepamięć. 
Podczas wywiadu udzielanego dla telewizji w Jefferson opowiedział o zajściu przed kamerami, oraz publicznie wyzwał Axla na pojedynek. Rose nie pozostał mu dłużny i odpowiadając na pytania dziennikarzy przedstawił swoją wersję wydarzeń i zakpił z Vince'a*.
Nic nie zapowiadało więc aby sytuacja miała ulec poprawie. 
Niesnaski pomiędzy wokalistami obu zespołów nie wpłynęły jednak znacząco na znajomości pozostałych członków grup. Tommy i Nikki dalej kumplowali się ze Slashem i resztą. Mick ciągle pozostawał na uboczu. Podczas gdy wszyscy się bawili, on przeżywał w milczeniu i samotności swój pogarszający się stan zdrowia. Nigdy się nie skarżył. Nie chciał wyjść na mięczaka. 
________________________________________
*Vince Neil na prawdę wyzwał Axla Rose publicznie na pojedynek. Axl podobno nigdy nie stawił się do walki. Obaj panowie, o ile dobrze łączę wątki, ciągle za sobą nie przepadają.
________________________________________
08 marca 1989 roku, Truman Hotel, Jefferson City, Missouri

Do miasta przyjechali Iron Maiden i Metallica. Mieli występować trzy dni po MC i R'n'R. Jeffersson było kolejnym miastem na trasie do Tampy dla trzech z czterech kapel. Gunsi po swoim występie postanowili już udać się na Florydę, gdzie czekali Aerosmith oraz Ozzy Osbourne i prawdopodobnie Bon Jovi. Tak się złożyło, że ich miejsca w hotelu zajęli Steve Harris i Bruce Dickinson z ekipą. Metallica ulokowała się w innym hotelu. 
Mający wyjechać następnego dnia Motleye ciągle snuli się po korytarzach. Podczas takiego łażenia bez celu Nikki natknął się w lobby na wysoką, chudą blondynkę z grzywką, która zalotnie puściła do niego oczko. Obejrzał się za nią wyraźnie zaintrygowany i odpowiedział uśmiechem. Podszedł do barku i zamówił szkocką. Kiedy odebrał upragnioną butelkę, postanowił wypić ją w samotności w pokoju. W windzie ponownie wpadł na tajemniczą nieznajomą. Wielkie, błękitne oczy popatrzyły na niego spod jasnej grzywki. Wąskie usta miała wygięte w małą podkówkę. 
-Czemu taka ładna dziewczyna jest taka smutna? - Zapytał. 
-Smutne dziewczyny ssą najlepsze kutasy - odparła znienacka z wyraźnie brytyjskim akcentem, po czym zatrzymała windę przyciskiem stopu. Uklękła przed Sixxem, rozpięła mu spodnie i zrobiła swoje, po czym jak gdyby nigdy nic "wystartowała" windę i wysiadła na najbliższym piętrze. Nikki stał z pindolem na wierzchu i ustami otwartymi szeroko jak dmuchana lalka z sex shopu. W końcu się ogarnął, ubrał i wytoczył z windy. Zdezorientowany, ale przyjemnie zaskoczony i rozbawiony wszedł do swojego pokoju. 
Nie cieszył się długo swoim towarzystwem, bo zaraz, tylko gdy otworzył butelkę do pokoju wpadł Tommy. 
-Nikki! Chodź do pokoju Vince'a! W hotelu zatrzymali się Iron Maiden, poznamy Bruce'a Dickinsona - zawołał. 
-Muszę go poznawać?! Ogólnie to trochę koło dupy mi lata ten koleś.
-No weź! Chodź, to spoko gość! Nie powiesz mi, że nie jarałeś się nigdy Maidenami - odparł Tommy i złożył ręce jak małe obrażone dziecko, które ma ochotę się przedrzeźniać. 
-Dobra, ale tylko na moment - powiedział Sixx i dla świętego spokoju poszedł z przyjacielem do pokoju Vince'a, gdzie był już Bruce z żoną oraz Steve Harris. Tommy i Nikki weszli do środka. Pośród kłębów dymu papierosowego basista z miejsca rozpoznał uwieszoną na ramieniu wokalisty Ironów dziewczynę z windy. 
-O kurwa - wysapał. 
-Nikki! Tommy! -Zawołał Vince- Poznajcie Steva, Bruca i jego uroczą małżonkę Paddy*. -Tommy uściskał wszystkich jak to miał w zwyczaju, natomiast Sixx stał w progu z dokładnie tą samą miną, z którą blondynka zostawiła go w windzie. 
-Cześć Nikki -odezwała się Paddy -dużo o Tobie słyszałam - dodała i puściła mu oczko. Nikki zmył się do siebie jak tylko mógł najszybciej, a zespołu Iron Maiden zamierzał unikać do końca swoich dni. 
____________________________________
*Podobno Paddy rzeczywiście kiedyś "napastowała" Sixxa. Bardzo dziwna sprawa i ogólnie trochę niejasna. Mówi się, że utwór Dickinsona "Tattooed Millionare" jest o Nikkim i o tym jak rozbił on jego małżeństwo z Paddy.
__________________________________
09 marca 1989 roku, Malone's Pub, Jefferson City, Missouri

Perspektywa spotkania Motley Crue na Monsters of Rock nie napawała Jamesa entuzjazmem. Wystarczająco wkurwiał go sam fakt, że dziś dawali koncert w tej samej hali, po której trzy dni wcześniej "rozpierdalał się brokat, koturenki i szminki", czyli znienawidzeni przez Hetfielda glamersi. Na dodatek plakaty z logiem G'n'R ciągle powiewały na słupach informacyjnych i James w ramach rozrywki dopisywał na nich własne rozwinięcie skrótu - "Gówno na' Resorach". Lars nieustannie zajmował się "kicią" a teraz jeszcze zaczął marudzić, że przyjechali do miasta za późno i nie zdążył spotkać się z Axlem, któremu osobiście chciał pogratulować debiutanckiego albumu. Raz wyrwało mu się nawet, że chciałby zrobić wspólną trasę Metalliki i Guns N' Roses, na co Hetfield zareagował krótkim, acz treściwym "Chyba cię pojebało". 
Otworzył kolejne piwo przyniesione mu do stolika przez starszą, ale bardzo zadbaną kelnerkę. Delektował się spokojem i faktem, że udało u się uciec z hotelu wcześnie rano, nie wpadając na Larsa i jego dziewczynę. W pubie nie było jeszcze ludzi więc siedział sam przy barze i patrzył jak starsza kobieta w fartuszku wyciera stoliki mokrą szmatką. W rogu zawieszony był mały telewizor, który był jednak wyciszony do zera. Stacja muzyczna na okrągło nadawała informacje o MoR.
-Czy może pani zrobić głośniej? - Poprosił James, gdy na ekranie pojawił się Axl Rose, a na pasku informacyjnym treść: "Czy Axl wystąpi w Tampie?" Kelnerka bez słowa włączyła fonię i wróciła do swoich zajęć. Spikerka mówiła:
-Doszły nas słuchy, że uwielbiany przez miliony Amerykanów wokalista debiutującej kapeli Guns'N'Roses może odwołać występ zespołu na imprezie w Tampie. Powodem miałoby być zatrucie pokarmowe muzyka i związana z tym niedyspozycja wokalna. 
-No tak - skomentował James - trudno przecież puścić rzyga z playbecku.
-Ponad to z Florydy docierają informacje o pierwszych zamieszkach i drobnych kradzieżach przypisywanych harleyowcom z Hells Angels...
-Mogliby stłuc na kwaśne jabłko te świecące pizdy z Motley Crue - dodał swoje blondyn. Dopił piwo, położył na blacie 20 dolarów i wyszedł. Trzeba było zagrać wieczorem koncert i szybko jechać na Florydę.
_________________________________________
 15 marca 1989 roku, festiwal Monsters of Rock, Tampa na Florydzie 

Największe muzyczne wydarzenie roku właśnie się rozpoczęło. Na Florydę zjechały setki miłośników ciężkich brzmień, którzy okupowali wejście przed stadionem od kilku dni. Każdy chciał mieć wszak jak najlepsze miejsce. 
W mieście od jakiegoś czasu byli już muzycy Motley Crue, Runs 'N' Roses, Aerosmith, KISS i Ozzy Osbourne, brakowało tylko Metalliki i Bon Jovi. Ci ostatni byli jeszcze w trasie w Europie, ale potwierdzili swoją stu procentową obecność na imprezie. Po mimo niedyspozycji żołądkowej Axl uparł się, że zaśpiewa. W związku z tym, że organizatorzy za sprawą Doc'a McGhee upchnęli zespół Rudego w ostatniej chwili, ich kolejność występu była "płynna". Zdecydowali, że dadzą koncert otwarcia, i w ten sposób chory Axl będzie mógł zaraz po zejściu ze sceny udać się w spokoju na odpoczynek i ewentualne podreperowanie zdrowia. Vince wytykał mu, że jest mięczakiem i tchórzem, bo wykręca się od pojedynku jakimś śmiesznym bólem brzucha, ale Axl zbywał go wzrokiem.
___________________________
Tego samego dnia, hotel Grand Hyatt, Tampa, Floryda

Nikki Sixx szybko zaprzyjaźnił się z Ozzym Osbournem. Łączyła ich miłość do heroiny, alkoholu i pojebanych akcji. Niektóre z nich były tak obrzydliwe i niepojęte, że Tommy nawet nie chciał w nich brać udziału, choć przecież nie raz robił z Nikkim rzeczy balansujące na granicy życia i śmierci. Jednak wciągania nosem mrówek przy basenie definitywnie odmówił*. Były wokalista Black Sabbath i basista Motleyów wpadli na ten pomysł gdy razem wyśledzili ścieżkę czarnych punkcików spacerujących od leżaka po barierkę basenu. 
-Stary, ale daje kopa! - Ekscytował się Sixx, kiedy wessał pierwszą kolonię insektów.
-Jak po najlepszych dragach - wtórował Ozzy, po kilku "sztachach" zachowujący się dosłownie jak pajac. Na skandaliczne zachowanie muzyków musiała zareagować ochrona i obaj musieli zaprzestać swoich eksperymentów, gdyż pozostałych gości hotelowych przyprawiało to o mdłości. Nie nudzili się jednak długo. Sikanie do basenu na odległość wydało się im kolejną wspaniałą rozrywką, która niestety również szybko została im zakazana. W momencie gdy Nikki nasikał na jednego z użytkowników kąpieliska, właściciel hotelu zagroził, że jeśli natychmiast nie przestaną, każe im opuścić Grand Hyatt i nie zmieni tego nawet ich status "gwiazd rocka". 
_____________________________
*Wciąganie mrówek rzeczywiście miało miejsce. To chyba i tak najłagodniejszy odpał w wykonaniu Ozzy'ego i Nikki'ego.
__________________________________

Dream on XXXIII

W razie gdyby ktoś tu jeszcze zaglądał, to dziś i po trochu wczoraj, w bólach, oparach z sziszy i przy ciemnym piwie Koźlak, narodził się kolejny rozdział. Have fun.

Pod rozdziałem są odpowiedzi do nominacji, którą dostałam od Nadine (dziękuję). Nie nominuje nikogo, głównie dlatego, że nie znam wielu opowiadań z bloggera, a te które znam zostały już nominowane. 



 24 luty 1989 roku, hotel Capitol, Little Rock, Arkansas 

Twarz Stevena Tylera wyrażała tak rozległy i wszechstronny brak zainteresowania ludzkością, że mało brakowało, aby nad jego głową zapalił się czerwony, jarzeniowy neon z napisem "NUDA". Przelot z Los Angeles do Little Rock był gehenną. Głównie z powodu kaca, którego obaj, wraz z Joe nabawili się tuż przed odprawą. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż podczas lotu żadna ze stewardes nie chciała ich poczęstować drinkiem. "Nietrzeźwym alkoholu nie podajemy". Więc zostało skubanie orzeszków ziemnych, po których było jeszcze gorzej. Steven dostał rozwolnienia i co dwie minuty biegał za potrzebą do tego "cholernego, małego jak klatka na piżmaka ustępu", jak mówił. Joe natomiast naigrywał się z towarzysza i co chwila pytał jak tam jego "kopka-galopka". Sam szybko tego pożałował, bo jego żołądek również postanowił sobie ulżyć i wydalić nadmiar alkoholu i słonych przysmaków drugą stroną. W przeciwieństwie do Stevena, Joe bowiem wykazywał wszelkie oznaki zatrucia pokarmowego - obrzygał dwóch pasażerów. 
Teraz wreszcie siedzieli w pokoju hotelowym i starali się odzyskać resztki przyzwoitości. Steven rozwalił się na wygodnej sofie i oglądał wiadomości:
-Za niespełna kilka tygodni, Tampa na Florydzie gościć będzie najlepszych z najlepszych. Tegoroczna edycja festiwalu Monsters of Rock przyciągnie tłumy. Organizatorzy już teraz twierdzą, że wyprzedano niemal wszystkie wejściówki i kasy biletowe niebawem zaczną świecić pustkami. 
Jest jednak pewna rzecz, która spędza sen z powiek ludziom odpowiedzialnym za ochronę widowiska.
Swój udział w imprezie zapowiedział, słynący z wywoływania tragicznych w skutkach zamieszek, gang motocyklowy Hells Angels. Przedstawiciele "Piekielnych Aniołków" odpierają wszystkie zarzuty i zapewniają jednak, że na festiwal do Tampy jadą słuchać wyłącznie dobrej muzyki i nikt nie musi się ich obawiać.
Joe siedział w fotelu i z uwagą taksował swoje ramiona. Wyciągał je przed siebie i napinał mięśnie. 
-Steven, ja mam chyba prawą rękę bardziej umięśnioną niż lewą. Myślisz, że za bardzo ją forsuje grając na gitarze?
Tyler westchnął ciężko i z wyraźną niechęcią zwrócił swój wzrok na przyjaciela, który wyraźnie był zaintrygowany "nierównością" swoich kończyn. 
-To dlatego, że walisz konia prawą ręką. Musisz sobie trzepać na zmianę - raz lewą, raz prawą, to wtedy będziesz miał równe - odparł bez cienia uśmiechu w głosie. 
-Bardzo śmieszne - prychnął Joe. 
-Mnie tam to bawi - powiedział Steven i zwlókł się z sofy -Idę się przewietrzyć przed koncertem w tym zapomnianym przez panią Bóg kurwidołku. 
Powietrze na zewnątrz było przyjemnie ciepłe jak na końcówkę lutego, ale nic w tym dziwnego. Arkansas było jednym z południowych stanów, gdzie zimy były lżejsze a wiosna wracała szybciej. Steven spacerował z wzrokiem wbitym w kostkę chodnika, od czasu do czasu kopiąc jakąś pustą puszkę albo kamyk. 
Postąpiłem odpowiednio z Hope - myślał - Tak, choć raz Steven Tyler zrobił coś jak należy. Pani Bóg zapisze mi to na plus w niebie - dodał, a kącik jego ust wyraźnie się uniósł. Był z siebie zadowolony. Na policzek spadła mu kropla deszczu. 
-Deszcz w lutym?! - Oburzył się i postawił kołnierz płaszcza - Pani Boziu, zlituj się nad Little Rock. I nad moją duszą - dodał. 
____________________________________________________
25 luty 1989 roku, Santa Fe, Nowy Meksyk

Metallica będąca w trasie od trzech tygodni przeżywała prawdziwy koszmar, rodem z najpopularniejszych filmów grozy, które tak kochał Kirk. Nie śnił im się wprawdzie Freddy Krueger, Jason Voorhees nie ganiał ich z maczetą, Mumia nie wyłaziła z szafy. Nie. Ich koszmar był słodką brunetką o migdałowych oczach i miał na imię Lorraine. A jej bronią był szczebiotliwy głos i nieustające salwy śmiechu. Po tygodniu wspólnej podróży, nawet Jason, który początkowo uważał że dziewczyna jest całkiem miła i niegroźna, zmienił nastawienie. 
Najbardziej cierpiała jednak Ellen. Lorraine wzięła ją na cel i ubzdurała sobie, że zostaną przyjaciółkami. "Najlepsiejszymi na caluuuutkim świecie" - obwieściła ukochana Larsa. Nie zważając na to, że Ellen miała zupełnie inny styl bycia niż jej "nieszczęście", które się do niej przyspawało, Lorraine ochoczo uprzykrzała jej życie. Wychodząc z oczywiście z założenia, że Ellen dobrze się bawi. Prostolinijna Lorraine zdawała się nie zauważać, że wszyscy mają jej dość. Uszczęśliwianie innych na siłę, było chyba jej ulubionym zajęciem.
Najdziwniejsze było jednak to, że Lorraine ciągle nie znudziła się Larsowi. Wszyscy optymistycznie zakładali, że Lorri to dziewczyna na kilka dni. Niestety, Mały Książę wciąż pałał nieustającym wulkanem uczuć do nadpobudliwej brunetki.
Po koncercie w Santa Fe, na którym gipsowa Doris zastrajkowała i nie chciała się rozpaść, Ellen aby uniknąć spotkania z Lorraine, udała się prawie biegiem do damskiej toalety. Umówiła się z Kirkiem, że po koncercie przeczeka kwadrans w łazience, po czym spotkają się w zarezerwowanym hotelu w mieście. 
Weszła do toalety rozglądając się uprzednio w prawo i lewo, jak na przejściu dla pieszych. Urwała się z koncertu przed końcowym "Seek and Destroy", więc na korytarzach za sceną nie było jeszcze ludzi. Cała obsługa zabezpieczała jeszcze halę koncertową. Odetchnęła z ulgą. Póki co była sama w toalecie. Weszła do kabiny i zatrzasnęła się na oba zamki. Osunęła się na podłogę i ponownie odetchnęła chowając twarz w ręce. 
Błoga cisza.
Spokój. 
Aż nagle .... 
-Ellen! -Głos należał oczywiście do Lorraine, która najwidoczniej również wyszła z koncertu wcześniej i zajęła w łazience kabinę obok - Czy mogłabyś pożyczyć mi szczotkę do włosów? - Padło niespodziewane pytanie, nastąpił charakterystyczny szum spłukiwanej wody i trzaśnięcie drzwiami. Lorraine poprawiała teraz włosy przed lustrem.
Ellen nie mogła uwierzyć, że tak się wpakowała. Jak to się dzieje, że ta baba zawsze wie gdzie jestem?! - pomyślała. Pokręciła głową i odparsknęła po cichu:
-Szczotką do sracza sobie poczesz, małpo.
-No weź pożycz - głos Lorraine brzmiał natarczywie i nieubłaganie - Tu są tylko te do czyszczenia kibli, a ja muszę poprawić włosy, żeby podobać się Larsowi, wiesz?
-Weź sobie jedną taką, będziesz miała do mycia pleców- odpaliła, tym razem na głos Ellen i wyszła z "kryjówki".
-Serio?! A tak można? - Padł wyraźnie zdziwiony i zaintrygowany pomysłem głos prześladowczyni. Ellen trzasnęła się otwartą dłonią w czoło. 
-Nie wierzę, że ona jest taka tępa ... - szepnęła. Liczyła na chwilę ciszy. Nie wyszło. Opuściła łazienkę i skierowała się bez słowa do wyjścia z hali. Szła prosto do hotelu, w którym miała czekać na Kirka. Niezrażona Lorraine zaczęła ją jednak doganiać po jakimś czasie. Dzierżąc w dłoni berło - szczotę do kibla. 
-O, widzę że zabrałaś suwenira - bąknęła Ellen. 
-Powiedziałaś, że można - odparła szczerząc zęby w uśmiechu. 
-Weź to schowaj, ludzie się gapią - zastanawiała się teraz jak ma się pozbyć natrętnej "przyjaciółki". Chciała przecież pobyć sam na sam z Kirkiem.
______________________________________________
Stadion w Santa Fe, koncert Metalliki, Nowy Meksyk

Kirk, James i Jason uciekli ze sceny jakby ich gonił ksiądz z kropidłem, albo przynajmniej komornik. Nie dlatego, że na koncercie coś poszło nie tak. Wszystko, poza "obrażoną Doris" było dograne i dopięte na ostatni guzik. Po prostu nikt nie chciał się natknąć na Lorri. Kirk ustalił wcześniej z Ellen, że zaraz po koncercie zabarykadują się w swoim pokoju hotelowym i choćby się waliło i paliło to stamtąd nie wyjdą. Hammett przepychał się przez tłum z ochrony i ekipę aby wyjść na zewnątrz. Żeby skrócić sobie drogę pognał przez podziemny parking, gdzie wpadł na Big Micka - kolesia, który w ich ekipie był odpowiedzialny za cały ciężki sprzęt - wzmacniacze, kolumny czy na przykład ... Doris. Kirk spojrzał na długowłosego, porządnie zbudowanego faceta o usposobieniu misia i choć mu się spieszyło, palnął prosto z mostu:
-Ej, stary, powinieneś coś z tym zrobić.
-Z czym? - Zapytał zdezorientowany Big Mick.
-Z Twoimi włosami. Robią Ci się zakola. Jak nad tym popracujesz teraz, to w przyszłości nie pożałujesz - Wielki człowiek taksował niepozornego Kirka wzrokiem.
-Czy my rozmawiamy o moich włosach? Jest z nimi tak źle, że teraz ludzie będą mi to wytykać na ulicy? - Powiedział Mick z przerażeniem w głosie, które nijak nie pasowało do mężczyzny jego pokroju. Dwumetrowy osiłek o wytatuowanych ramionach przejął się swoją fryzurą. -Co miałbym zrobić?
-Rogaine* - odparł Kirk -znasz to? -Naturalnie, że Big Mick to znał. Ten "specyfik" Kirk kazał zapakować w trasę i wożono tego całe ciężarówki. 
-Mamy tego po sufit. Między butelkami z "tym" a tym pierdolonym posągiem nie ma prawie miejsca na sprzęt - pożalił się Mick, ale Hammett puścił tę uwagę mimo uszu.
-Weź sobie kilka i wcieraj w głowę - odparł Kirk. Olbrzym popatrzył uważnie na długie, czarne, kręcone włosy gitarzysty. Poza minimalnie wyższym czołem, włosy Rippera prezentowały się nieskazitelnie. Chyba warto spróbować?- pomyślał Big. 
-A teraz, Jezzuuuu, pokaż mi bracie jak stąd wyjść!- Otrząsnął się Kirk.
-Prosto i w lewo - odparł równie pomieszany Big Mick.
_________________________________________
*Rogaine - taką nazwę nosi autentyczny, używany przez Kirka środek na zapobieganie łysieniu xD 
I rzeczywiście, był on wożony "ciężarówkami" na trasie promującej "...And Justice..."
_______________________________
 Kirk wypadł z hali na chodnik i w mgnieniu oka dostrzegł Jamesa, pakującego swoją dupę do taksówki. Podbiegł i władował się zaraz za nim. Samochód ruszył pod hotel Eldorado, tam panowie szybko zainstalowali się w pokoju Kirka i Ellen. 
-Idźcie do siebie! - Obruszył się Kirk.
-W kupie siła, nie rozumiesz? Jak będziemy się trzymać razem to zawsze, któryś z nas szybciej ją wyczai i się zdążymy schować - wyjaśnił James i w obawie przed Lorri nakrył się kocem. 
-To na pewno ci pomoże - podsumował Jason, ale sam usiadł w kąciku i wziął czasopismo. 
-Która godzina? -Zapytał Kirk -Ellen powinna być tu przed nami.
-Może zwiedza miasto, nie sraj żarem.
-A jak coś się stało?! Która godzina?
-Za dwa gwizdy, w pół do twojej pizdy - wycedził James - Ellen będzie jak przyjdzie, uspokój się. 
Tymczasem Ellen z uwieszoną u boku Lorri wpadła na Larsa i została skazana na ich towarzystwo aż do hotelu. Przyszła po godzinie i zastając w pokoju również Jasona i Jamesa, zapytała:
-Co to ma być?
-Ukrywamy się. Ja tu zostaję na noc. Będę cichutko i położę się w nogach - zaanonsował James. 
-Jaja sobie robisz? - Odparła dziewczyna - Musiałam znosić dziś towarzystwo tej ... bezmózgiej ameby przez pół dnia i na prawdę mam dość, James, wypierdalaj do siebie - Hetfield niezbyt zadowolony, ale posłusznie i po cichutku przemknął do siebie, ciągnąc ze sobą Newsteda.
Kirk i Ellen mieli wreszcie chwilę dla siebie.

Odpowiedzi:
1.Kim jest Twój muzyczny Bóg?
-> Wokalnie, choć ja śpiewać nie umiem - Ronnie James Dio i Rob Halford. Jeśli chodzi o perkusję - Cozy Powell i Charlie Watts. Gitara - John Petrucci, Kirk Hammett, Michael Schenker.   
2.W świecie której książki chciałabyś się teraz znaleźć?
->"Kroniki Wampirów". Zawsze i wyłącznie.  
3.Co nakłoniło Cię do założenia bloga?
->Szukałam opowiadań o Metallice, ale nie mogłam natrafić na odpowiednie, a w dodatku wszędzie było pełno opowiadań z G'n'R albo łączenia ich z Metalliką. Z kolei te z MC też były łączone z z Gunsami. O Aerosmith nie mogłam znaleźć, a o KISS nie było chyba w ogóle. Więc postanowiłam napisać własne i dać te 4 zespoły, które ja bym chciała w opowiadaniu zobaczyć. Dopiero jak pisałam własne, natknęłam się na blogi Faith czy Isbell.  
4.Jak wyglądałby twój idealny w każdym calu dzień?
->Kawa. Druga kawa. Trzecia kawa. Szybkie śniadanie, perkusja, prysznic i koncert KISS w moim mieszkaniu ;) Ewentualnie Motley Crue lub Rolling Stones.  
5.Gdybyś mogła wydać swoją własną książkę, o czym byś napisała?
-> Wydałabym swoją autobiografię, albo napisała horror o wampirach.  
6.Jakie filmy potrafisz oglądać po kilka razy i wciąż je uwielbiasz?
->Wszelkiej maści filmy grozy, głównie te stare i kultowe. "Martwicę Mózgu" oglądałam chyba ze sto razy.  
7.Kiedy planujesz dodanie nowego rozdziału?
-> Właśnie to zrobiłam.  
8.Masz jakąś fobię?
-> Żadnej. Jestem nudna pod tym względem.  
9.Przenosisz się do wybranej dekady i miejsca. Jak tam jest?
-> Nie widzę. Ten cholerny dym z papierosów zasłania mi widok na Larsa pijącego piwo w Rainbow ;)  
10.Jesteś zwierzakiem- jakim i dlaczego?
-> Szczurem. Bo je uwielbiam.   
11.Masz możliwość zostania żoną dowolnego osobnika. Kogo wybierasz?
-> Nikogo. Obawiam się, że instytucja małżeństwa nie jest dla mnie. 

22 lutego 2015

Dream on XXXII

5 luty 1989 roku, Novato Open House, San Francisco 

James zbudził się około dziewiątej rano i przetarł mozolnie oczy, które wcale nie miały zamiaru z nim współpracować i uporczywie marzyły o tym, aby jeszcze choć na chwilę pogrążyć się w ciemności. Po ostatniej nocy był pół przytomny. Wydawało mu się, że miał bardzo dziwny sen. Widział w nim Larsa tłukącego pałeczkami w bęben jego pralki, o trzeciej w nocy. 
Słońce uporczywie łaskotało go po nosie i dalsze naciąganie kołdry po czubek głowy nie miało już sensu. Wstał. Wbił się w swoje obcisłe spodnie i zarzucił koszulkę Misfits. Schodząc po schodach słyszał rozmowy w kuchni i naturalnie uznał, że to Lars i Jason, którzy pewnie robią śniadanie. Stanął w progu pomieszczenia i jeszcze raz przetarł oczy. Tym razem ze zdziwienia.
-Kkk ... Kim Ty do diabła jesteś? - Wypalił, na widok zgrabnej brunetki, która przycupnęła na kolanach Larsa. 
-Hej! - Zaszczebiotała i zerwała się na równe nogi - Chcesz kawę czy sok? Z pomarańczy, sama wyciskałam - pochwaliła się dziewczyna, jakby jej wyznanie było co najmniej warte nagrody Nobla. 
-Lorraine ... - szepnął James i ciężko westchnął przypominając sobie nocne zajście - Czyli jednak z ta pralką to nie sen. 
-Sorry za tę pralkę - rzucił szybko Lars zajadając tosty przygotowane też zapewne przez Lorraine - dziś wpierdoliłem tam pranie i zapieprza bez strachu. Znaczy się, wiruje jak trzeba. 
-Chuju! Co ci do łba strzeliło odwalać jakieś "tuca, tuca" na moim sprzęcie AGD! - Wybuchnął wokalista - Może u was w Danii ludzie przychodząc w gości zachowują się jak troglodyci, ale tu jest Ameryka! Cywilizacja cwelu - Ulrich jednak zignorował ten nagły atak złości ze strony przyjaciela i zaczął ochoczo obmacywać Lorraine. James pokręcił głową i spojrzał na Jasona, którego cała sytuacja najwyraźniej bawiła. Pił swoją kawę i uśmiechał się patrząc na zakochanych. 
-A ty co się cieszysz jak ksiądz na egzorcyzmy? 
-No co? - Zapytał Newsted.
-Jajco. Banda zjebów. Ekhem - odchrząknął znacząco James, aby zwrócić na siebie uwagę - Tak, pani Lori ... Skąd tyś się tu wzięła, co tu robisz i dlaczego z Larsem? Czyżby nasz duński kolega był ostatnim facetem na ziemi? 
-Po pierwsze, Lorraine - poprawił go Lars, a dziewczyna przytaknęła z poważną miną - Kicia nie lubi jak mówi się do niej Lori - zaznaczył. Na dźwięk słowa "Kicia" Het parsknął i prawie opluł kawą Jasona - Po drugie, Kicia i ja jesteśmy teraz razem, a po trzecie ... Kicia jedzie z nami w trasę - powiedział Duńczyk na co Lorraine wydała z siebie głośny pisk mający chyba oznaczać szczęście. James patrzył na to z szeroko otwartymi oczyma. Lorraine zachowywała się jakby miała dziewięć lat i właśnie dostała ulubiona lalkę. Ciągle piszczała i klaskała w dłonie z aprobatą. Jej cienki głosik drażnił Hetfielda, który dalej nie mógł uwierzyć w to co dzieje się w jego kuchni. Po dłuższej chwili przekomarzania się przy stole Lorraine zaciągnęła Larsa na górę by pomóc mu spakować rzeczy do podróży. 
-Kicia pomoże spakować najważniejsze rzeczy swojemu Kotkowi - zaklekotała wychodząc. 
-Mam wrażenie, że Kicię musiał ostro jakiś tir pierdolnąć - odparł w końcu James, gdy tylko wrócił mu głos. 
-O co ci chodzi? - Zapytał Jason - Lars jest szczęśliwy ... a ona? Jest zabawna. 
-Przyjrzałeś jej się?! Wygląda jak jakaś niewyżyta groupie, piszczy jak dziecko w sklepie z cukierkami ... i mówi do Larsa "Kotku"!
-I jedzie z nami w trasę - przypomniał Jason, po czym się uśmiechnął i odszedł od stołu.
_________________________________
6 luty 1989 roku, dom Kirka Hammetta, San Francisco 

-Aua, aua, aua! - Syknął Kirk i szybko wyłączył suszarkę, do której wplątały mu się włosy - Ellen! Ratuj! - Krzyknął z łazienki.
-Co ty tworzysz? - Zapytała dziewczyna, kiedy stanęła w progu - Kirk siedział na brzegu wanny z głową spuszczoną do dołu, loki opadały mu na twarz a w prawej ręce trzymał suszarkę, która w wyniku zbyt bliskiego kontaktu z jego włosami, postanowiła je zassać i zaatakować.
-To jakiś horror - wysapał przez zatkany nos - Od kiedy tylko pomyślę o tym wyjeździe, wszystko się jebie. Najpierw to cholerne przeziębienie a teraz to.
-Czekaj, nie rusz - powiedziała Ellen i zaczęła mozolnie wyciągać pukiel loków z silniczka suszarki - bo cię oskalpuję! - ostrzegła - Gotowe - Zawołała po chwili, oswobodziwszy chłopaka od morderczego przedmiotu.
-Dziękuję - wysapał.
-Powinniśmy mieć w apteczce coś na przeziębienie - westchnęła dziewczyna i przyłożyła Hammettowi rękę do czoła, sprawdzając czy nie ma gorączki.
-W pół godziny i tak mi nie przejdzie. Zaraz będzie James, muszę dokończyć pakowanie - odparł i pocałował dziewczynę w policzek, przechodząc do sypialni, gdzie leżał jego bagaż - szkoda, że nie możesz jechać z nami - powiedział.
-Lars dostałby białej gorączki - zażartowała smętnie. Na podjeździe zatrąbił klakson MetBusa, vana którym członkowie zespołu dowozili się na lotnisko - Zejdę powiedzieć, że jesteś prawie gotowy - dodała i oddaliła się do drzwi wyjściowych. Nie zdążyła przejść nawet połowy drogi, gdy James wpadł znienacka jak do siebie i od progu zapytał:
-Macie piwo? - Ellen stanęła zdezorientowana.
-Ttt... Tak, weź sobie z lodówki. Widzę, że ostro zaczynacie - odparła.
-Daj spokój. Lars przygruchał sobie jakąś lolitkę i oświadczył, że zabiera ją w trasę. A! Wcześniej jeszcze rozpierdolił mi pralkę.
-Aha ... - mruknęła.
-Kirk gotowy?
-Prawie. Zdążysz spokojnie wypić piwo, zanim on dokończy pakowanie.
-A ty?
-Co ja?
-Gdzie twój bagaż - zapytał zupełnie na serio Hetfield, pomiędzy kolejnymi haustami piwa, które popijał.
-Przecież nie jadę. Tak ustaliliśmy z Larsem.
-Jebać Larsa! - Odparł James i zaczął iść po schodach na górę - I tak już złamał zasadę, sprowadzając tego potwora najpierw do mojego domu, a potem na trasę. Musisz jechać - odparł, zatrzymując się na trzecim schodku i spoglądając na Ellen - będziesz jedyną normalną osobą w tym busie. Nawet Jason przeszedł na pierdoloną mroczną stronę mocy i popiera tego zasranego Małego Księcia.
-Ale .. al .... James? Gdzie ty właściwie idziesz? - Wołała Ellen, próbując dogonić Hetfielda, który był już na górze. Nie nadążała za akcją, wszystko działo się dla niej za szybko.
-No jak gdzie? Idę cię spakować - odparł i bezpardonowo władował się do sypialni, gdzie ciągle był Kirk - Siema bro! - Przywitał się z Hammettem poklepując go po ramieniu - Wyglądasz jak gówno.
-I tak się czuję - odparł gitarzysta - to przeziębienie mnie rozłożyło, akurat teraz - Jamesa jednak nie obchodziło przeziębienie kolegi, złapał walizkę i zaczął wrzucać do niej przypadkowe rzeczy. Ellen interweniowała w ostatniej chwili.
-James co ty ... - zaczął Kirk pytającym tonem.
-Pakuję twoją dziewczynę. Chyba jej tu nie zostawisz?
-Ale ...
-Oj, przestańcie wszyscy z tym Larsem! Sracie się przed nim jak przed papieżem. On zresztą jest tak zajęty swoją Lorraine, że nawet nie zauważy Ellen.
-Ellen jedzie z nami? - Zawołał uradowany Kirk i poczuł nagły przypływ braterskiej miłości w stosunku do Jamesa. Po piętnastu minutach wytoczyli się przed dom z walizkami. Gitary i wzmacniacze Kirka zostały zabrane wcześniej z Presidio, tak jak reszta sprzętu zespołu.
Na tyłach MetBusa siedział Lars i Lorraine. Oboje zachowywali się głośno, jakby byli sami w całym vanie.
Jason zajmował miejsce obok kierowcy - Jamesa, Kirk i Ellen usadowili się w środku.
-Ktoś jej sprawdził dowód? - Zapytał Kirk patrząc na Lorraine, która siedziała okrakiem na Ulrichu i wcale nie krępowała się całą sytuacją.
-Bez kitu. Pewnie ma z szesnaście lat - prychnął James i odpalił silnik. Zmagający się z katarem Hammett wyciągnął z kieszeni chusteczki, jednak nie nacieszył się nimi długo. Lorraine pochwyciła je i zaczęła robić z nich małe, papierowe kulki.
-Śnieeeeeg  - wrzeszczała - konfettiiiii - do zabawy z dziewczyną dołączył się Lars. Rzucił kilka kulek na ramię Kirka i oznajmił starając się zachować powagę:
-Stary, ale ci się łupież sypnął - na co Kirk tylko westchnął.
-Dobrze że nie mamy papieru toaletowego - szepnęła Ellen - pewnie zaczęliby robić girlandy.
-Wesoły autobus, kurwa - skomentował James.


______________________________________________
15 luty 1989 roku, hotel Teatro, Denver, Kolorado 

Motley Crue wyruszyli w trasę koncertową, tak jak nakazał im Bob Rock. Razem z towarzyszącymi im muzykami z Guns'n'Roses mieli zakończyć tour na festiwalu w Tampie. 
Nikki balował wraz ze Slashem i Tommym w swoim pokoju hotelowym. Szczególnie zadowolony był Tommy, ponieważ wcześniejsza dziewczyna Sixxa - Vanity - nie pojechała z nimi w trasę. Na tydzień przed ich wylotem do Denver okazało się, że zbyt mocno imprezująca modelka trafiła do szpitala z ostrym bólem w odcinku lędźwiowym. Na stole operacyjnym lekarz stwierdził, że jedna z nerek jest już tak zniszczona, że nie podlega nawet dializie. Należało ją usunąć*. Nikki nie przejął się zbytnio. Vanity, tak jak każda wcześniejsza dziewczyna, nie interesowała go w takim stopniu jak prochy i alkohol. Kiedy więc tylko okazało się, że modelka będzie musiała spędzić kolejne tygodnie w szpitalu, beztroski basista zwyczajnie ją porzucił. "Vanity się popsuła" - stwierdził w rozmowie z Tommym.
Lee przyjął to z mieszanymi uczuciami. Nie lubił Vanity, ale to w jaki sposób potraktował ją Nikki, też nie przypadło mu do gustu. W każdym razie, teraz znów byli razem. Na powrót mogli być "Terror Twins". 
Wesoło upaleni i mocno podpici, siedzieli na kanapie w pokoju hotelowym. Slash palił skręta i dzierżył w rękach swoją ukochaną gitarę, na której smętnie pobrzdękiwał.
-Hej, pojammujmy razem - zaproponował Sixx - pójdę tylko po bas do sypialni - dodał i zniknął za drzwiami w pokoju obok. Saul wychylił butelkę Danielsa. 
-Skończyła się whiskey - zaanonsował. 
-W barku na dole powinni mieć więcej - odparł Tommy i obaj ruszyli do windy, w której natknęli się na jak zwykle naburmuszonego Axla. 
-Nawet nie pytam - odparł Slash, widząc minę wokalisty i nie chcąc prowokować niepotrzebnych kłótni. Rudy posłał mu tylko w odpowiedzi równie obrażone spojrzenie. Winda zatrzymała się na parterze i cała trójka wytoczyła się do hallu. W lobby stał już Vince i zagadywał jakąś biuściastą blondynkę, która zalotnie podkręcała kosmyk włosów na palcach. Slash i Tommy mrugnęli do niego porozumiewawczo i poszli pytać o alkohol. Wyglądało na to, że Vince już "urobił" swoją wybrankę i zaraz zaciągnie ją do swojego pokoju. Poprosił by zaczekała przy kontuarze, aż odbierze od portiera klucze. Blondynka posłusznie zaczekała, odprowadzając muzyka wzrokiem. Wtem, nie wiadomo czy celowo czy też nie, wpadł na nią Axl, kierujący się do wyjścia. 
-Patrz jak łazisz! - Krzyknęła - Wylałeś mi martini na sukienkę - dodała oburzona. 
-To ty tu stoisz jak widły w gównie! - Wrzasnął Rudy, a dziewczyna aż się zaperzyła. 
-Bezczelny - oświadczyła i wymierzyła wokaliście Gunsów siarczysty policzek. Porywczy Axl nie pozostał jej dłużny i strzelił ją w twarz w rewanżu. 
-Pojebało cię! - Zawołał Vince, który naturalnie widział i słyszał całą akcję, stojąc kilka metrów dalej. Podbiegł do Axla i blondynki - Wszystko w porządku Shila? - Zapytał dziewczyny, która tylko spojrzała na niego swoimi błękitnymi, mokrymi od płaczu oczami i pokręciła przecząco głową. Vince złapał Rose'a za koszulę i pchnął go na ścianę.
-Damski bokser - wypalił - Jak chcesz się bić, to znajdź może równych sobie?! Przeproś Shilę - rozkazał.
-Chyba kpisz - parsknął Rose - to ona pierwsza mnie uderzyła. 
-Bo ją obraziłeś pierdolcu! Przeproś, albo będziesz musiał zbierać na przeszczep ryja, ruda pizdo! 
-Pocałuj mnie gdzieś - odparł z lekceważącym uśmiechem Axl i odszedł jak gdyby nigdy nic. 
-Jeszcze pożałujesz Rose! - Warknął za nim Vince, jednak w odpowiedzi otrzymał tylko widok środkowego palca uniesionego do góry, a to jeszcze bardziej go rozwścieczyło. Widowisku przyglądali się oczywiście Tommy wraz z Saulem. 
-Coś czuję, że to będzie ciężka wspólna trasa - zauważył Slash, na co Tommy przytaknął. Rzeczywiście, perspektywa podróżowania z obrażonym Vincem i wściekłym Axlem, którzy pragnął wydłubać sobie oczy, nie była najciekawsza. 
-Wracajmy na górę - zaproponował w końcu Tommy. Zajście w hotelowym lobby trwało łącznie około trzydziestu minut. Kiedy jednak wrócili do pokoju, Tommy zauważył brak Nikki'ego. 
-Poszedł objazdem do tego pokoju - zdziwił się. 
-Może wycina ten bas z papieru - zażartował z kolei Saul i poszedł sprawdzić czemu Sixx tak długo nie wraca. W progu potknął się o jego ... ciało. 
-Jezus Maria!! Tommy!! Kurwa - spanikował - Nikki chyba nie żyje!!! - Lee wpadł do sypialni kolegi i ukląkł przy leżącym na podłodze przyjacielu.
-Nikki! Kurwa! - Zaczął go szarpać - Saul, dzwoń po karetkę!! - Zaalarmował, ale gitarzysta nawet się nie ruszył. Był w zbyt dużym szoku. Wiedział, że Nikki już raz przedawkował*. Tommy zaczął szukać pulsu na jego szyi, kiedy nagle usłyszał głos Sixxa:
-Czego mnie, kurwa, miętolisz patafianie!! 
-Ja jebie! Żyjesz! - Wrzasnęli jednocześnie Lee i Hudson. 
-Pewnie że żyję spierdoksy. Uciąłem sobie drzemkę. Coś mnie ominęło? - Zapytał przecierając oczy.
___________________________________________
*Vanity rzeczywiście straciła nerkę w wyniku intensywnego życia jakie prowadziła. Było to jednak na długo po rozstaniu z Sixxem.
**Nikki rzeczywiście przedawkował po raz drugi, i był przy tym obecny Slash, który jednak spanikował i zamiast zadzwonić po karetkę, zadzwonił najpierw do swojej dziewczyny, która anonimowo wezwała ambulans. Slash zwiał, a owa dziewczyna zapewniła mu alibi, mówiąc, że Saul był cały czas z nią na imprezie.
________________________________________________
20 luty 1989 roku, hotel Jefferson, Richmond, Virginia

-Nudzi mi się - westchnął Gene i szturchnął siedzącego obok Paula nogą. 
-Mogę ci zrobić psychotest. Taki tu proponują w gazecie. 
-Co ty w ogóle czytasz? - Zainteresował się Simmons i spojrzał na okładkę czasopisma, które Stanley trzymał w dłoniach -"Style Guide"?! Jezus, Paul czytasz pisemko o modzie?! 
-Co się czepiasz. Nie ma nic innego. Na zewnątrz jest zimno i nie chce mi się latać po jakieś inne magazyny. To leżało na stole - odparł, machając gazetą. 
-Ale o MODZIE?! - Simmons zaakcentował ostatnie słowo z obrzydzeniem - Czemu siedzimy tutaj?! Boże, chciałbym być teraz gdzie indziej - rozmarzył się. 
-Gdzie na przykład? 
-Nie wiem. Na wschodzie, gdzieś w Europie. Na Ukrainie - bąknął.
-Ta. I co byś tam robił? 
-Girllował i pił ukraiński spirytus. 
-Gene, ale na Ukrainie jest teraz zimniej niż tutaj - uświadomił go Paul. 
-Aaa. No to nie koniecznie musiałbym grillować. 
-Ale ty pierdolisz. Dawaj, zrobię ci lepiej ten test z gazety. Weź sobie kartkę i zaznaczaj odpowiedzi twierdzące ptaszkiem.
-Wolałbym długopisem, a nie ptaszkiem - zażartował Gene, a Paul tylko pokręcił głową z dezaprobatą - A na co to test? 
-Sprawdzający wiedzę z zakresu matematyki. Co tam bazgrzesz na tej kartce, jeszcze nie zaczęliśmy.
-Dla ułatwienia wszelkich obliczeń przyjąłem sobie, że liczba pi równa się pięć - odparł basista śmiejąc się pod nosem.
-A idź w chuj! Nie potrafisz się bawić - odparł Pal i rzucił w przyjaciela czasopismem - To lepiej powiedz jak tam randka? - Zapytał, mając na myśli recepcjonistkę z hotelu, z którą Gene flirtował ostatniego wieczoru.
-Żadna randka - prychnął - wiesz, że ja nie pakuję się w związki - odparł i szybko pożałował, że to powiedział. Nie chciał bowiem w żaden sposób przypominać Paul'owi o jego niepowodzeniach miłosnych. Stanley jednak puścił to mimo uszu, albo przynajmniej udawał, że się nie przejął. 
-Nie wróciłeś wczoraj do apartamentu, chyba coś tam jednak było, nie? - Dopytywał. 
-Wiesz, pobawiliśmy się grzecznie, ale jak zaproponowałem trójkącik to wywaliła mnie z hukiem za drzwi. Nie wiem o co jej chodziło - odparł i wtem zadzwonił telefon. Simmons wstał i podszedł do aparatu. 
-Tak? Przy telefonie. Witaj piękna - rzucił do słuchawki, a potem ledwie słyszalnie, w stronę Paula szepnął "To ta z wczoraj" - Czemu mnie wczoraj wyrzuciłaś? ... No OK. Nie gniewam się, ale dalej chyba nie rozumiem - kontynuował rozmowę. 
-Bo wy, faceci nigdy nas nie zrozumiecie - powiedział głos w słuchawce -Żeby nas zrozumieć, powinniście spróbować w nas wejść ...
-A co ja wczoraj robiłem przez pół nocy? - Zaśmiał się Gene.
-Oj, nie o to mi chodzi. Chodziło mi o to, że powinniście spróbować wejść w naszą skórę... Tak głębiej ...
-Już głębiej nie dałem rady - odparł, znowu się śmiejąc. 
-Gene!
-OK. Nie wiem, co tam chcesz mi powiedzieć, ale wpadnę dziś koło dwudziestej, spróbować cię "zrozumieć" - dodał, po czym się rozłączył. - Chyba znalazłem rozwiązanie na nudę - rzucił do Paula.
________________________________