28 listopada 2014

Dream on XXIII

Ten rozdział dedykowany jest Faith, od której pochodzi wszelkie dobro w Internetach,
oraz
Evie, która dzielnie znosi moją  naszą >moją i Larsa< "literaturę prymitywną" i jeszcze ma ochotę to komentować.

Rozdział napisał Lars.



8 listopada 1988 roku, Motley House, Los Angeles

Dziś miało odbyć się wstępne przesłuchanie Nikki'ego w sądzie. Steven, mieszkający dalej w Motley House, nie tak wyobrażał sobie wakacje w Kalifornii. Od co najmniej miesiąca tylko się martwił. Najpierw sprawa z gazetą, Teresą, a na końcu impreza u Nikki'ego, która przecież miała być tylko sposobem na odreagowanie stresu, a tylko więcej go przysporzyła. Tyler nie miał ochoty iść dziś do sądu, ale był potrzebny przyjacielowi. Zresztą i tak by go wezwano. Dźwięk dzwonka telefonu wyrwał go z zamyślenia.
-Steven? - Usłyszał po drugiej stronie - Tu Joe. Przylatuję dziś porannym lotem do Los Angeles, chciałem zapytać, czy nie odebrałbyś mnie z lotniska?
-Joe, dziś rozprawa. Muszę być w sądzie ... a poza tym, po co przylatujesz?
-Martwię się. Nie gadaliśmy od prawie miesiąca. Zresztą dzwonił do mnie adwokat Nikki'ego, mogę być potrzebny do złożenia jakichś zeznań czy coś ... no i mam też wiadomość dla ciebie ... od Teresy.
-No pięknie. Czego mam się spodziewać?
-To nie jest rozmowa na telefon ... to co? Mogę na Ciebie liczyć?
-W porządku, postaram się - odparł. 
______________________________________________________
Tego samego dnia, przed południem, LAX Internationale LA Airport

Jeśli za pół godziny nie będę w sądzie to zabiję Joe zaraz po tym jak wylezie z tego samolotu - myślał zniecierpliwiony Steven. Samolot z Joe na pokładzie miał opóźnienie, jak zwykle wtedy, gdy Stevenowi się spieszyło. W końcu spikerka ogłosiła przez megafon, że lot z Nowego Yorku jest już na miejscu i pasażerowie przechodzą odprawę. Steven ustawił się jak najbliżej korytarza dla ludzi czekających po bagaż. Już po chwili ujrzał Joe'go machającego mu z oddali, coś mówił. No tak, ale żeby zrozumieć co ma do powiedzenia Joe Perry trzeba bardzo uważnie przyglądać się jego ustom i oczekiwać, że wydobywające się z nich słowo, ułoży się w coś sensownego. Tym razem Steven wykoncypował, że chodziło o "Cześć, bracie!"
-Cześć - odparł w odpowiedzi - Jak lot?
-Męczący. A jak to ... wszystko?
-Goldberg stale pociesza nas, że dziś wszystko się skończy. I jak Boga kocham, mam taką nadzieję, bo inaczej palnę sobie w łeb z gwoździarki, przysięgam.
-Wieści od Teresy chcesz teraz, czy potem?
-Są złe? Prawda?
-Sam przeczytaj. Dała mi list dla ciebie - Joe podał Stevenowi kopertę, z której wyciągnął kartkę złożoną na pół. Westchnął. Zaczął czytać.

"Jesteś cholernym, patologicznym, zimnym skurwysynem. Cała Ameryka rozpisuje się o twoich ekscesach w Kalifornii. Zniszczyłeś mi życie i nienawidzę cię za to. Niebawem otrzymasz od mojego adwokata pismo rozwodowe.
Pierdol się.
Teresa.

-Dzięki za ciepłe słowa - podsumował na głos Steven. Oczywiście, mniej więcej tego się spodziewał. Jego związek z Teresą definitywnie dobiegł do kresu.


________________________________________________________
Tego samego dnia, Okręgowy Sąd hrabstwa Los Angeles dystryktu California

Z lotniska pojechali prosto do sądu. Przesłuchanie trwało za zamkniętymi drzwiami i tylko od czasu do czasu wzywani byli świadkowie z korytarza. Steven i Joe oczywiście mogli wejść na salę, ale Steven nie chciał kolejny raz wysłuchiwać tych samych pytań, odpowiedzi i oskarżeń. Kiedy przyszła jego pora, stanął za barierką przed Sądem i wyrecytował wszystko, tak jak kazał mu powiedzieć Ephriam Goldberg. Najgorsze było oczekiwanie na decyzję sędziego Espinozy. Godzinna przerwa, podczas której ważył się los Nikki'ego, zdawała się ciągnąć Stevenowi latami. W końcu poproszono ich na salę.
-Wyrok w sprawie Samantha Cuddy versus Nikki Sixx. Decyzją Sądu Okręgowego Los Angeles, sędzia Peter Espinoza, biorąc pod rozwagę zeznania świadków i mowy końcowe adwokatów, ogłasza co następuję: Pan Nikki Sixx zostaje uznany za winnego postawionych mu zarzutów: nielegalnego posiadania znacznej ilości narkotyków, a także należności względem państwa za niepłacone mandaty i napaść na policjanta. 
Oskarżenie o gwałt zostaje oddalone, z przyczyn nie wskazujących na celowe działanie oskarżonego w tym celu i jedynie nieumyślne odurzenie panny Cuddy środkami o silnym działaniu uzależniającym.
Jako karę, Sąd zarządził przymusową kurację w ośrodku walczącym z uzależnieniami w klinice w Pasadenie, uregulowanie opłat za mandaty w wysokości 1539 dolarów oraz kaucję w wysokości 250 000 dolarów. Obciążenie kosztami rozprawy sądowej również pokryje Pan Nikki Sixx. 

Nikki był wolny. Za odpowiednio uiszczoną kwotę pieniężną. Ephraim Goldberg był zadowolony z wyniku przesłuchania. Przecież o ustalenie kaucji chodziło od początku, a przymusowy odwyk? No cóż. Komu jak komu, ale Nikki'emu na pewno się to przyda. Wszyscy odetchnęli z ulgą i najważniejsze, że zakończyła się wreszcie gehenna Nikki'ego w więzieniu. Kaucję wpłacono niezwłocznie i Sixx mógł wrócić do domu.
-Chyba pierwszy raz rozpłaczę się na widok wanny - zażartował wychodząc z sali. 
-To co? Impreza powitalna? - Spytał Tommy, ale wszyscy zebrani zgromili go wzrokiem. Przez najbliższy czas nikt chyba nie będzie miał ochoty na imprezy, no może oprócz zbliżającego się ślubu Tommy'ego i Heather.
____________________________________________________________
9 listopada 1988 roku, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

Rebecca chcąc wcielić w życie swój szatański plan, czatowała od dwóch dni pod domem Paula, obserwując zarówno jego jak i pozostałych domowników. Wywnioskowała, że Ellen musi być kimś ważnym dla Stanleya ale jednocześnie zastanawiało ją to, co powiedział Slash. Więc ta cała Ellen zna mojego Kirka. Ciekawe ... Ciekawe - rozmyślała, ukrywając się za wysokim parkanem. Co może łączyć tych dwoje? 
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - usłyszała nagle i aż podskoczyła w miejscu. Stał za nią Axl i patrzył tak jakby dokładnie wiedział co chodzi jej po głowie.
-Idioto! - Wrzasnęła - Zawału przez ciebie dostanę! Co tu robisz?
-Co ty tu robisz? O ile się nie mylę to chata Stanleya z KISS.
-Może. Co ci do tego zresztą ...
-Obrotna jesteś. Jeszcze nie rozwiodłaś się z Hamettemm, już masz dziecko z Duffem a teraz polujesz na tego pajaca z gwiazdką na ryju? - Zapytał kpiąco Axl.
-Możesz się, kurwa, zamknąć? Cały czas muszę znosić twoje pierdolenie - odparła Rebecca.
-O, przepraszam! - Oburzył się - Powinnaś mi być wdzięczna, że pozwoliłem ci jechać z nami w trasę! Tylko dzięki mnie znaczysz jeszcze cokolwiek w tym świecie!
-Ta jasne! Kiedy ja byłam najpopularniejszą dziewczyną wśród metalowców, ty byłeś nikim! Byłeś małym, brzydkim, rudym, zakompleksionym NICZYM! Zresztą ... Jak tak patrzę na ciebie to widzę, że niewiele się zmieniło. Dalej jesteś rudy i brzydki - skwitowała w swoim stylu. Axl nie znosił krytyki, a w szczególności od takich lasek jak Rebecca. Zaczerwienił się ze złości i z przyjemnością wymierzyłby jej siarczysty policzek, ale nie ... Nie uderzy, bądź co bądź, dziewczyny swojego kumpla, która w dodatku jest w ciąży. Przemilczał jej słowa i odszedł, przeklinając po cichu. Postanowił, że pozbędzie się Rebecci z zespołu, jak najszybciej. A Duff ... też przecież miał jej dosyć, więc nie powinien jej bronić. Sam pewnie odetchnie z ulgą, gdy ta wiedźma zniknie. Tymczasem Rebece poprawił się nieco humor po sprzeczce z Rose'm. Uwielbiała wyżywać się na innych i przynosiło jej to masochistyczną wręcz radość. 
Czekała aż z domu wyjdzie Paul, planując w myślach jak się zabawić jego i Ellen kosztem, a może przy okazji uderzyć też w Kirka.
__________________________________________________
Tego samego dnia, bar CBGB, Nowy York

Metallica była teraz na ustach wszystkich. Bynajmniej nie z powodu wydania płyty, świetnej trasy czy czegokolwiek innego. Koncert-katastrofa z klubu Pyramid był szeroko komentowany w amerykańskich mediach i do Jamesa dopiero teraz docierało, że jest kiepsko. Pił piwo w CBGB i gapił się na kelnerki. Lars właśnie wszedł do baru i posadził tyłek na krześle, obok kolegi. Duńczyk wiercił się dłuższą chwilę i omało nie wylał James'owi piwa.
-Kurwa, siedzisz już czy nie?!
-Moszczę się - odparł ze swoim tradycyjnym akcentem Lars - Gdzie Jason?
-Już jestem - odparł Newsted zanim James zdążył odpowiedzieć za niego - zamówiłem frytki - dodał.
-Co teraz? - Zapytał James, patrząc oczywiście na Larsa. To on był tak jakby "szefem" Metalliki, choć kapelę zakładali we dwójkę, ale to Lars zawsze dbał o wszystkie sprawy związane z ich marką czy wizerunkiem. Był po prostu przedsiębiorczy. Kiedy trzeba było wywalić Dave'a, Lars zrobił to bez mrugnięcia okiem. On podjął tę decyzję. On też wyciągnął Kirka z Exodusa i nakręcił całą "metallikową" maszynę. Teraz znowu wiele zależało od niego.
-Po pierwsze, nic wielkiego się nie stało - odparł nad wyraz spokojnie Ulrich. Jego zachowanie po koncercie wcale wcześniej na to nie wskazywało. Wszyscy myśleli, że Lars przeżywa ich upadek - jesteśmy kapelą grającą metal i burdy w klubach się zdarzają. Dzieciaki chodzą na Slayera i wyłażą z koncertów z podrapanymi facjatami i połamanymi żebrami i nikt nie robi afery. Załatwiłem nam koncert na festiwalu Monsters of Rock. Duża impreza - coś dla nas. Spłaciliśmy klub i wypieprzamy z Nowego Yorku dalej w trasę. 
-OK. To po pierwsze - powiedział Jason - a po drugie? 
-Po drugie to ... czy ktoś wiedział tę łajzę Kirka? 
-Nie. Dwa dni go nie ma. Jak zniknął po koncercie tak kamień w wodę.
-Gene mówił, że wsiadł do samochodu i odjechał.
-To, kurwa, chyba nie jeździ dwa dni po mieście, do chuja! - Zdenerwował się Lars - A nawet jeśli to w końcu paliwo mu się skończy. 
-A jak miał wypadek? - Zasugerował niepewnie Jason.
-Gdyby trafił do szpitala to ktoś by go rozpoznał i mówiliby o tym w telewizji, nie? - Odparł z kolei James.
-Słuszna uwaga, ale przedzwonić do kilku szpitali nie zaszkodzi - powiedział Lars - Bobby się tym zajmie.
_______________________________________________
9 listopada 1988 roku, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

-Gene. Zrób mi przysługę i eksmituj się na jutrzejszy wieczór z domu - prosił Paul.
-Uuuuu, a cóż to? Jak ma być jakaś gruba akcja to ja zostaję - zażartował.
-Nie potrzebuję przyzwoitki. Znajdź sobie jakieś zajęcie na mieście. Nie wiem ... Metallicę odwiedź, chyba są jeszcze w mieście. 
-Ej! Nie pozwolisz nawet popatrzeć? - Droczył się Simmons, ale Paul nie był w nastroju do żartów.
-Słuchaj. Chcę zrobić dla Ellen kolację i zaśpiewam jej wreszcie naszą piosenkę i byłbym wdzięczny, gdybyś nie czaił się pod oknem w tym ważnym dla mnie momencie, OK?
-Dobra, już dobra .... A mogę chociaż jakoś pomóc?
-Tak, nie przeszkadzaj. 
-Spoko, idę na miasto - rzucił z przedpokoju zakładając kurtkę. Paul krzątał się po kuchni i za moment też miał wychodzić po zakupy. Napisał jeszcze tylko kartkę z wiadomością dla Ellen i przyczepił ją magnesem do lodówki. Zarzucił bluzę z kapturem i wyszedł. Rebecca ciągle skradała się w pobliżu i  kiedy wyszedł, ruszyła za Stanleyem. Trzymała się w pewnej odległości, aby ten nie zauważył, że jest śledzony. Poszła za nim do pobliskiego marketu i obserwowała go gdy wracał z zakupami. Przyczaiła się w bocznej uliczce i wyszła w takim momencie, żeby wpaść na niego, niby przez przypadek. Kiedy zderzyli się ze sobą, udała że potknęła się o coś i upadła na chodnik.
-Przepraszam panią! - Zawołał Paul i pomógł Rebece wstać - Zamyśliłem się i chyba pani nie zauważyłem - tłumaczył się. 
-Och, nic nie szkodzi. To ja jestem taka roztargniona - zaczęła go kokietować.
-Nic się pani nie stało? 
-Nie, trochę tylko stłukłam kolano.
-Najmocniej przepraszam, co mogę dla pani zrobić w ramach przeprosin? 
-Naprawdę nie trzeba ... - udawała dalej.
-Może mógłbym zaproponować drinka?
-No dobrze - zgodziła się szybko. Paul poprowadził Rebeccę do pubu za rogiem i zamówił dwa drinki.
-To o czym tak pan rozmyślał kiedy na siebie wpadliśmy?
-Jaki pan, mam na imię Paul - odparł i szybko pożałował. Do tej pory dziewczyna zdawała się go nie rozpoznawać, ale teraz kiedy zdradził swoje imię spodziewał się nagłego ataku fanki albo czegoś podobnego. Jednak nic takiego się nie stało. Rebecca celowo udawała, że nie rozpoznaje Paula. Chciała wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji.
-Suzie - skłamała przedstawiając się - to o czym tak myślałeś? Pewnie o dziewczynie?
-Zgadza się. 
-Więc musi być niesamowita, skoro tak zaprząta ci głowę. 
-Tak ... Ma na imię Ellen i jest wyjątkowa. Tylko nie wiem ... jak ją do siebie przekonać - westchnął. Tak. Świetnie, mów dalej kochany. Jeszcze chwila i wszystko mi wyśpiewasz - pomyślała Rebecca.
-Yhym. Czyli to jakaś trudna sztuka, co?
-Nie jest łatwa. Ale to jej atut. Nie chcę dziewczyny, która po dwóch minutach rozmowy pakuje mi się do łóżka. A Ellen jest inna. Mógłbym z nią spędzić życie - rozmarzył się - ale nie wiem co robię nie tak.
-Wiesz ... niektóre dziewczyny tylko udają takie niedostępne. 
-Co masz na myśli? 
-Może ona czeka na twój stanowczy ruch? Czasami dziewczyny lubią kiedy mężczyzna .. no wiesz ... dominuje w związku - odparła zaczepnie - Och, powinnam już lecieć. Dziękuję za drinka i powodzenia - rzuciła przy wyjściu i zniknęła błyskawicznie. Paul siedział jeszcze przy kontuarze i kontemplował jej słowa. A może ona ma rację? Powinienem być ... bardziej ... stanowczy?
______________________________________________
10 listopada 1988 roku, bar Rainbow, Los Angeles

Nikki udawał skruszonego i przytłoczonego wydarzeniami ostatnich tygodni zaledwie przez jeden dzień. Szybko zapomniał, że za tydzień, wyrokiem sądu, ma trafić do ośrodka leczącego uzależniania w Pasadenie. A nawet jeśli sobie o tym przypominał, wypijał szklankę whiskey i wciągał trochę koki i już było po sprawie. Wyciągnął Stevena i Joe do Rainbow, bo jak to ujął "nie jest w stanie siedzieć tyle w czterech ścianach na dupie i słuchać jak trawa rośnie". 
Steven patrzył na niego z politowaniem. 
-Dopiero wyszedł z paki a już szaleje.
-Nie poznaję cię - odparł Joe - Jeszcze niedawno sam taki byłeś.
-Ale, kurwa, straciłem żonę o mało nie skończyłem w pudle i jakbyś nie zauważył, zjebałem sobie reputację!
-O tym mówię. Miesiąc temu nawet byś się tym nie przejął.
-Może się zmieniłem - powiedział i powiódł wzrokiem po sali w Rainbow - idę do baru zamówić jeszcze jedno piwo, chcesz też?
-Okej - westchnął zrezygnowany Joe. Widział, że Steven unika tematu. Tymczasem Tyler szukał wzrokiem barmanki, która poznał jakiś czas temu. Nigdzie jej jednak nie było więc, zagadał do mężczyzny za barem.
-Pracuje u was taka dziewczyna, kasztanowe włosy, ładny uśmiech, ma na imię Hope?
-Tak, od niedawna, ale dziś ma drugą zmianę. 
-OK. W takim razie jeszcze dwa piwa proszę, do tamtego stolika - odparł wskazując ręką Joe i wrócił na swoje miejsce.
-Steven, co się dzieje? Od rozwiązania sprawy Nikki'ego wcale nie wyluzowałeś. Przecież, jakby nie patrzeć, już po wszystkim.
-Wydaje ci się. Jest OK.
-Dobra, nie chcesz to nie mów - Joe wzruszył ramionami i upił trochę ze swojej butelki. Od posępnego towarzystwa Stevena wolał weselsze spędzanie czasu z Nikki'm toteż szybko dołączył do pijackiej kompanii Sixxa zostawiając Tylera samego. Po północy do pracy przyszła Hope i od razu przejęła rządy nad barem. Steven przesiadł się na miejsce przy kontuarze i obracał swoja butelkę z piwem w rękach. 
-Dalej niestrudzenie polewasz trunki, co? - Zagadał, gdy dziewczyna zbliżyła się do niego. 
-Taka praca - odparła, jak zwykle z uśmiechem. 
-Wydajesz się lubić to co robisz. Zawsze się uśmiechasz.
-Dostaję tym sposobem większe napiwki - powiedziała i puściła oczko do Stevena, a potem zniknęła z przekąskami wśród gości. Wróciła w mgnieniu oka. W ogóle uwijała się tak szybko, jakby całe życie nie robiła nic innego. Miała dużo zamówień, więc nie wrócił by dokończyć rozmowę ze Stevenem, ale on ciągle ją obserwował. Miał wrażenie, że dziewczyna tu nie pasuje. Była zbyt energiczna i radosna by gnić w miejscu takim jak Rainbow. W dodatku była tak ładna, że z powodzeniem mogła znaleźć lepszą pracę niż barmanka. 
-Kurwa mać - to Lemmy Kilmister z Motorhead przegrał na automacie do gry jakąś kwotę pieniędzy. Lemmy był stałym elementem Rainbow. Zawsze z paczką Malboro i butelką Danielsa, zawsze przy "jednorękim bandycie". Teraz przysiadł się do Stevena.
-Masz fajki, moje wyszły?
-Nie, ale w barze możesz kupić.
-Co? Podoba ci się? - Zagaił Lemmy szturchając Stevena w łokieć. 
-Wygląda jak rusałka pośród .... - zawiesił się, szukając odpowiedniego określenia dla szumowin z Rainbow.
- ... gówna - dokończył Lemmy. Zresztą trafnie. Brutalnie, ale celnie - fajna dziewczyna, musi się nacharować, żeby mieć na normalne życie.
-Wspominała coś, że dorabia do rachunków.
-Gówno tam. Zasuwa żeby mieć na operację dla chorej matki, na mieszkanie i dla siebie na studia. Ambitna, fajna i ma poukładane w głowie, nie to co te tam - odparł Lemmy i wskazał na tłumik dziwek, tych samych co zawsze. 
-Żartujesz? - Steven nie mógł uwierzyć w to co usłyszał - Skąd ona ma na to wszystko siłę ... i jeszcze ten uśmiech .... 
-Hej, maleńka! Poratuj "mocnymi" - zawołał Lemmy, gdy Hope pojawiła się w zasięgu wzroku.
-Proszę - powiedziała podając wokaliście Motorhead paczkę mocnych papierosów - zostawiłam ostatnią paczkę dla ciebie - odparła wesoło.
-Jesteś wielka - rzucił w jej stronę Lemmy i zostawił na ladzie 50 dolarów.
-To za dużo - zawołała.
-Weź. Tobie się przyda - powiedział i wrócił do swojej gry. Hope z namaszczeniem schowała sowity napiwek i popatrzyła na Stevena, który z był świadkiem całej sytuacji. Czuła się trochę niekomfortowo, gdy tak na nią patrzył.
-Lemmy trochę mi o tobie opowiedział. Jesteś dzielna - wydukał Steven. Był pod wrażeniem pracowitej dziewczyny. Podczas kiedy on martwił się o swoją reputację, ludzie obok walczyli z prawdziwymi problemami. I to z uśmiechem na twarzy. Hope spuściła tylko wzrok i nieśmiało się uśmiechnęła. Znowu. - Naprawdę, jesteś niesamowita ... przywracasz wiarę w ludzi. Powinnaś mieć na imię nie Hope, ale Faith* -dodał i popatrzył dziewczynie w oczy.
_________________________________
*Faith - (z ang.) - wiara.

22 listopada 2014

Dream on XXII

Zanim przejdę do rozdziału, słów kilka. 
(Ogólnie rozdział jest ... słaby. Wiem to, ale nie jestem w formie i nic nie mogę na to poradzić).
Może zauważyłyście, a może nie, więc wyjaśniam - w lewej szpalcie pojawiła się mała zakładeczka pod tytułem "Paskudy komentują". Tam będą pojawiały się moje i Larsa komentarze, może zabawne ... nie wiem.
Czemu w ogóle wspominam o tym brudasie Larsie ....
Tak sobie pomyślałam, że na blogu pojawi się Larsik, jako niewidzialny komentator i fikcyjny współautor bloga. Ot, taka pierdółka-ciekawostka. Co by było śmiesznie, a co ... 
Aktualizacje zakładki "Paskudy ..." będą pojawiały się wraz z nowymi rozdziałami.
Na dole, po lewej jest też nietoperz - Lars - a jakże, którego można karmić :))
Chyba tyle ... i  tak już pewnie uznajecie mnie za niezłego psychola xD
A nie, jeszcze coś. Muszę się pochwalić. Jak widzicie, mam nowy nagłówek bloga. 
Jestem z niego dumna, gdyż jest on mojego autorstwa i jest to pierwsza grafika, jaką kiedykolwiek wykonałam. I ... lubię ją :)

A  teraz zapraszam na rozdział XXII

5 listopada 1988 roku, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

Nowy York był rodzinnym miastem chłopaków z KISS, więc przyjeżdżając tu na koncert postanowili zostać trochę dłużej i podładować akumulatory. Wprawdzie trasa i tak już dobiegała końca, ale zespół czekał jeszcze występ na jednym ważnym festiwalu muzycznym. 
Paul uparł się, aby na czas pobytu w Nowym Yorku Ellen mieszkała w jego domu za miastem. Było to dla niej dość wygodne, bo gdyby miała wynajmować pokój w hotelu, wydatki szybko uszczupliłyby jej portfel. Zgodziła się więc, a Paul nie przestawał szczerzyć się z radości. Gene wprawdzie nie otrzymał zaproszenia, ale czy było mu ono potrzebne? Nie. Oczywiście wprosił się sam, twierdząc, że musi mieć tę dwójkę na oku.
-Ej Paul! Dzwoni jakiś gostek i nawija coś o jakimś Monster of Coś Tam ... - Gene rozwalił się na kanapie w salonie Paula, jadł mango kiedy zadzwonił telefon.
-Kurwa, zdejm buty jak leżysz na mojej kanapie! - Wrzasnął Paul i podszedł do aparatu - Monsters of Rock, kiepie - dodał patrząc na Gene'a, który właśnie wycierał ręce z soku po mango w biały tapczan Paul'a - Dostaliśmy zaproszenie na Monsters of Rock.
-Fajnie. Jedziemy - odparł Gene. Informacja nie zrobiła na nim wrażenia - Emm ... Paul ... co się stało w Sinclair? - Zagaił, mając na myśli randkę Stanley'a i Ellen. Do tej pory nikt nie raczył mu wyjaśnić sytuacji, a Gene nie lubił kiedy coś przed nim ukrywano.
-Powinieneś dostać w ryj, za to, że za nami polazłeś.
-Powinienem dostać medal, za to że was w końcu zeswatałem!
-Ty?! - Prychnął Paul - Sorry, ale mój sukces zatrzymania Ellen, zawdzięczam tylko sobie.
-Stary, żebyś wiedział przez co ja przeszedłem, żebyś ty miał chwilę uciechy - szepnął Gene.
-Co tam mruczysz? - Dopytywał Paul.
-Nic. Nie ważne. To może zdradź mi ten sekret, wyrywania pięknych garderobianych?
-Zawarliśmy umowę.
-Co?!
-Umowę, głuchy jesteś? Obiecałem Ellen, że jak do końca trasy nie zaiskrzy, to dam jej spokój.
-Idiota - westchnął Gene - a ona pewnie zgodziła się z pocałowaniem w rękę. O nie, przepraszam, było w usta, widziałem - zakpił Simmons. 
-Czemu? Co? Myślisz, że nie uda mi się jej rozkochać w sobie?
-Nie no, wskoczy ci do łóżka zanim zdążysz wypowiedzieć jej imię - odparł Gene i wstał z kanapy. Oj Paul, jakiś Ty jest naiwny, chłopie ... - pomyślał kierując swe kroki na obszerny taras za domem. 
-Nie wiedziałem, że grasz - odparł widząc siedzącą na schodkach Ellen, która brzdąkała na swojej gitarze.
-Co? Wyspowiadałeś już Paul'a i teraz przyłazisz dręczyć mnie? - Odparła dziewczyna, nie przerywając gry.
-Czemu się zgodziłaś na ten układ?
-Paul nas rozgryzł.
-Hm. To raczej nie trudne, biorąc pod uwagę, że oboje jesteśmy szczupli - zażartował, ale Ellen się nie uśmiechnęła.
-Wie, że chciałam zwiać w Miami. Spokojnie, o tym co ty wyprawiałeś mu nie powiedziałam.
-Yhm. Czyli, że wisiałem na gzymsie z okna dziewiątego piętra też nie wie?
-Nie - na to wspomnienie lekki uśmiech zagościł na ich twarzach. Po chwili milczenia z obu stron Ellen dodała - Nie uda mu się.
-Taka jesteś pewna? Że nie ulegniesz? To poczekaj, aż wytoczy swoje największe działo - powiedział tajemniczo Gene, a Ellen popatrzyła na niego z zaciekawieniem -Nie, spokojnie. Nie to działo co ma w portkach - rzucił dowcipnie, a dziewczyna dźgnęła go gryfem od gitary w bok.
-Idiota - powiedziała przez śmiech - więc czym jest to "działo"?
-Ej, powinienem grać bardziej fer w stosunku do Paul'a. Może i nie ma szansy u ciebie, ale nie będę odkrywał wszystkich jego kart. Niech ma choć raz przewagę - dodał rozbawiony Gene i zostawił Ellen z niewiedzą i wyraźnym zainteresowaniem. 
_____________________________________________________________
6 listopada 1988 roku, przedmieścia Nowego Yorku, Ellen w drodze do sklepu

Ellen ciągle zastanawiała się czym jest to "coś", o czym Gene nie chce jej powiedzieć, a czym z kolei Paul chce ją zaskoczyć. Szła właśnie do pobliskiego marketu po zakupy, kiedy jej wzrok przykuł plakat z dobrze znaną jej nazwą. Metallica. Podeszła bliżej i zaczęła czytać.
-Fanka thrashu? - Usłyszała za sobą głos.
-Tak - odparła mechanicznie, zanim  jeszcze zdążyła się odwrócić i sprawdzić, kto pyta. 
-A masz ogień? - Zagaił mężczyzna.
-Slash?! - Odparła ze zdziwieniem Ellen, kiedy ujrzała za sobą gitarzystę Guns'n'Roses.
-Nie, ogień. Pytam czy masz ogień - odparł chłopak pokazując skręta, który wymagał podpalenia.
-Ale ty ...
-Tak gram w tej kapeli, o której myślisz, że w niej gram i jestem tym za kogo mnie bierzesz. To co? Poratujesz ogniem?
-Nnn nie, nie palę - odparła wzruszając ramionami.
-Lipa - westchnął - Wybierasz się? - Zapytał pokazując palcem plakat z zapowiedzią koncertu Metalliki.
-Chciałabym, ale to już jutro, pewnie bilety są już wyprzedane.
-Grają za free - zaśmiał się i wygrzebał z kurtki zapałkę. Pociągnął o podeszwę buta i przypalił skręta.
-Jak to? Za darmo?
-No. Artyści ze spalonego teatru - odparł z niesmakiem, ale Ellen nie zrozumiała przenośni - Nic nie wiesz? - Popatrzył na nią ze zdziwieniem - Zrobili imprezę w klubie Pyramid i podpalili flarą fragment górnego piętra. Teraz w ramach przeprosin grają za darmo. Ćwoki - dodał - Nie wpuścili nas na tę imprezę to teraz mają. -Widocznie mieli swoje powody -pomyślała Ellen, kiedy gitarzysta zdał jej krótką relację z ostatnich wydarzeń.
-Może zamiast iść i patrzeć na tych przygłupów wpadniesz na nasz koncert? - Zapytał i chyba się uśmiechnął. Chyba, bo Ellen prawie nie widziała jego twarzy spod burzy skręconych włosów.
-Dzięki, wolałabym jednak spotkać się z kimś z Metalliki.
-O taaa ... - prychnął - a która by nie chciała?
-Nie, nie w tym sensie. Wiesz. Znam Kirka Hammetta. To znaczy, poznałam go kiedyś i ... 
-Pierdu, pierdu - przerwał jej - to co? Czy dziewczyna Hammetta wpadnie na nasz koncercik? Może przekonasz się do prawdziwych facetów - odparł wesoło, wskazując na siebie.
-Nie jestem jego dziewczyną - odparła - I dzięki, ale nie - rzuciła z uśmiechem - bez urazy - dodała odchodząc - "Paradise City" gracie bosko, więc może ... innym razem! - Ostatnie słowa prawie wykrzyczała, bo już skręcała do marketu. 
-Ej, a masz jakieś imię, piękna!? - Krzyknął za nią.
-Ellen! - Usłyszał w odpowiedzi.
Gitarzysta pomachał jej i odprowadził ją wzrokiem.
-Bierz to, kurwa! Nie jestem waszym tragarzem! - Usłyszał nagle za sobą i w jednej chwili do jego rąk trafiły dwie siaty wypełnione zakupami - Czego tak, kurwa, stoisz! Idziemy!
-Oj Becky, nie wiem jak Duff znosi te twoje humory.
-Nie mów do mnie Becky. Mam na imię Rebecca. I co znowu za dziwkę mi chcesz sprowadzić do hotelu?
-A co to? Twój hotel? 
-Więc? Kim była? - Ponowiła pytanie.
-Jakaś Ellen. Najwidoczniej fanka twojego mężusia - odparł zaczepnie. Nie lubił Rebecci. Od kiedy przyczepiła się do Duffa, jeździła z nimi wszędzie i tylko wszczynała kłótnie. W całym zespole wszyscy mieli jej dosyć. Włącznie z Duffem, który żałował każdego dnia, w którym ją poznał.
Ellen była podekscytowana faktem, że Metallica jest w tym samym mieście co ona i że jutro grają koncert. Chciała spotkać Kirka i postanowiła wybrać się do klubu Pyramid.

__________________________________________________________
Tego samego dnia, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

-Coś taka ucieszona? - Zapytał Gene widząc Ellen całą w skowronkach.
-Wiecie, że Metallica jest w mieście?
-No i? - Spytał Paul.
-Grają koncert. Może się wybierzemy? Wy chyba się znacie, nie?
-No, w sumie ... można by wyskoczyć - zaczął Gene.
 -Tak! Pójdziemy z Ellen! - Obwieścił Paul - Ty Gene, zostaniesz. Koniczynę trzeba skosić - zażartował i poderwał się ze stołka w kuchni. Ellen klasnęła w ręce i pokazała Gene'owi język.
-Mam dłuższy i się nie chwa .... a może? - Urwał zdanie i się zastanowił, a Ellen i Paul zaczęli się z niego śmiać.
-Chodź Ellen, Gene będzie teraz kontemplował długość swojego języka - odrzekł Stanley i razem z Ellen przeszli do salonu.
_____________________________________________________________
7 listopada 1988 roku, The Pyramid Club, Nowy York

W ramach rekompensaty za straty spowodowane przez Metallikę w nowojorskim klubie Pyramid, zespół miał pokryć koszt odbudowy nadpalonego piętra oraz dać darmowy koncert, w sali na dole, która jako jedyna była jeszcze zdatna do użytku. Pomysł szczególnie nie podobał się Larsowi, który uznał "karę" za zbyt dotkliwą i buntował się przed występem, pyskując przy tym Bobby'emu. James'owi było w sumie wszystko jedno, bo zwyczajnie nie traktował gry w zespole jako pracy jako takiej, dla niego była to przede wszystkim świetna zabawa. Bolało jedynie uszczuplenie wspólnej kiesy o 17 tysięcy dolarów, które musieli oddać jako pokrycie kosztów swojej nieszczęsnej imprezy. Jason tradycyjnie nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia. Jego i tak o zdanie nikt nie pytał. Przepychanki Larsa i Bobby'ego nie stanowiły jednak jedynego problemu, dla którego Metallika ciągle jeszcze nie wyszła na scenę klubu w Nowym Yorku. Powodem był Kirk. Mniej więcej od pobytu w Luizjanie zaczęły się dziać z nim dziwne rzeczy. Był kłótliwy, markotny i nie stronił od alkoholu. Nawet teraz, siedząc na backstage'u klubu, pił kolejne piwo.
-Się zeszczysz się ... - zażartował z niego James.
-Weź szsssss .... sz ... szpierda - laj - wybełkotał Hammett i zmienił miejsce, przechodząc w kąt sali. Nie chciał rzucać się Bobby'emu w oczy.
-Lars! Zachowujesz się jak mała, rozkapryszona, duńska księżniczka! Wyjdziesz na tę scenę i zagrasz dla tych ludzi z uśmiechem na twarzy! - Krzyczał Schneider
-Nie! I macie rozmontować Doris! Ona występuje tylko na biletowanych koncertach, a nie dla jakiegoś motłochu, za darmo!
-Absolutnie! Ta twoja ... jak jej tam ... Doris da dziś spektakularny pokaz i twoja zgoda mi nie potrzebna! - Odciął się Bobby i wyszedł za kulisy. Nagle w korytarzu zaczęło się robić głośno i słychać było jakieś przepychanki z ochroną.
-Przepuśćcie mnie! Debile, tu jest mój mąż! - Wyrywała się kobieta - Banda bezmózgich drwali. Kirk kochanie, gdzie jesteś, skarbie - zaszczebiotała i wpadła do sali.
-O nie - zaprotestował Lars, widząc w progu Rebeccę - Daj mu już, kurwa, spokój! Mało narozrabiałaś do tej pory?! - Lars był zdecydowanie w nastroju do kłótni.
-Słuchaj ty - Rebecca zmierzyła wzrokiem Ulricha - pokrako. To jest mój mąż i będę sobie z nim rozmawiać, kiedy mi przyjdzie ochota. A ty ... możesz mu nawet przynosić tony własnoręcznie pieczonych, małych duńskich ciasteczek, ale pamiętaj, że on nie jest twoją własnością - wysyczała.
-Ani twoją zresztą też! - Odparł Lars.
-Kutas!
-Dziwka!
-Spokój! - Jason wkroczył do akcji, zanim ktoś zdążył kogoś uderzyć - Rebecca, nie wiem czego chcesz, ale to nie najlepszy moment. Idź sobie - zaczął spokojnie. 
-I ty też chcesz mi rozkazywać? - Oburzyła się - Zejdź mi z drogi! - Powiedziała i wyminęła Jasona. Kirk zauważył ją i spojrzał w jej stronę mętnym wzrokiem. Wyraźnie nie miał ochoty z nią rozmawiać.
-Kirk, skarbie - zaczęła słodko, jakby zapomniała, że prawie miesiąc temu została nakryta na małżeńskiej zdradzie.
-Rebecca ... nie mam ochoty z tobą rozmawiać, wyjdź proszę - odparł starając się zachować spokój.
-Ale kotku ... mam problem, musisz mi pomóc - przymilała się dalej.
-Naprawdę, nie obchodzi mnie co masz mi do powiedzenia ... 
-Kirk - zmieniła ton na bardziej stanowczy - jestem w ciąży - obwieściła, a po sali przeszło szemrane "oooooo". 
-I przyszłaś mi wmówić, że to moje dziecko - Kirk dość szybko łączył wątki, jak na pijanego - Sorry nie dam się nabrać. Ten twój ... kochaś, jak mu tam ... Duff ... widać, kurwa, w całym swoim pierdolonym życiu, ani razu nie założył prezerwatywy. Jemu się pochwal dobrą nowiną - odparł i wstał chwiejnym krokiem. Do sali wrócił Bobby i prawie kopniakami zaczął wypychać chłopaków na scenę.
-Ale Kirk! - Protestowała Rebecca - Zaczekaj! Porozmawiajmy!
-Pani już pójdzie - poprosił Bobby i skinął na dwóch ochroniarzy.
-Zostawcie mnie! Sama wyjdę! - Obruszyła się Rebecca - Ja się kurwa zemszczę! Zobaczycie! Już nawet wiem jak!- Rzuciła wychodząc z klubu. 
Tymczasem na scenie grała już Metallica. Lars wprawdzie jakby od niechcenia, celowo gubił rytm i nie okazywał zbytniego entuzjazmu. Kirk natomiast chwiejąc się w miejscu, odstawiał coś co nie koniecznie można by nazwać grą na gitarze. W setliście przyszedł w końcu czas na utwór "Creeping Death". Przed słynnym "Die! By my hand!" Kirk miał grać swoją popisową solówkę. Niestety był już dobrze podchmielony i zaczynało mu się chcieć spać. Zaczął grać riff i zamknął oczy, po czym po omacku zaczął spacerować po scenie. Oczywiście wpadł na podest perkusyjny Larsa i staranował go doszczętnie. W wyniku kolizji Lars jebnął się pałeczkami w czoło, bęben basowy odłączył się od zestawu i podciął Jamesa, który spadł w publiczność. Pałeczki perkusyjne, po zderzeniu z larsową facjatą poszybowały w górze, trafiając boleśnie w plecy Jasona. Na domiar złego Doris zaczęła się rozpadać nie w tym momencie co trzeba i całą scenę przykryły fragmenty gipsowej Temidy.
Bobby Schneider patrzył na wszystko z niedowierzaniem.
-No kurwa. "Najlepszy" show Metalliki ... ever - skomentował zrezygnowany. Jakby żenady było mało, rozczarowana publiczność, przewidując kiepski występ zespołu, przygotowała się na to i zabrała ze sobą rzeczy które właśnie teraz szybowały w kierunku sceny. Leciały pomidory, jajka czy nawet fragmenty poćwiartowanej świni. Ochrona asekurowała zespół przy zejściu ze sceny. Lars przeklinał po duńsku, a ludzie w klubie Pyramid buczeli coraz głośniej. Kirk ostatni zszedł na backstage wśród narastających gwizdów. Jason wyciągał właśnie z włosów fragmenty ... czegoś.
-Czy ... to ... wątroba?! - Powiedział zdziwiony, trzymając płat surowego narządu w ręce.
-Widocznie rzucają tym, co ich boli - zażartował James, który pomimo katastrofy nie tracił dobrego humoru -Aż głodniałem - dodał -A gdzie Kirk?- Zapytał, kiedy nigdzie nie dostrzegł kolegi.
-Szedł na końcu, za Jasonem - odparł Lars -Chyba się, kurwa, nie rozpłynął w powietrzu.
-Może Doris go przygniotła - zażartował James, ale jakoś innym nie było do śmiechu, więc i on starał się spoważnieć.
-Jebać go - odparł Lars - mamy inne problemy. Gdzie ten Kirk'owy kundel? Może zeżre to wszystko i nie trzeba będzie sprzątać?
___________________________________________________________
Tego samego wieczoru, przed klubem Pyramid, Nowy York

Rebecca wystawała przed wejściem do klubu. Zła za to jak ją potraktowano i jednocześnie zadowolona z upadku Metalliki. Ale to jeszcze nie było to, czego chciała. Wcale nie chodziło jej o złamanie kariery całego zespołu. Chciała się zemścić na Kirku. Wieczór był chłodny i chciała rozgrzać trochę ręce. Wyciągnęła papierosa i zapaliła go. Co z tego, że była w ciąży. Jeden przecież nie zaszkodzi. Kiedy siłowała się z zapalniczką, która nie chciała dać iskry usłyszała rozmowę pary wychodzącej z klubu. Nie odwróciła się w ich stronę, ale wytężyła słuch.
-Daj spokój, to tylko koncert .... Zdarza się. Raz na wozie, raz pod wozem.
-Paul. To była porażka. Jak oni się mają z tego wygrzebać? 
-Strasznie się przejmujesz... Wiesz, moglibyśmy bez problemu wejść na tyły i z nimi pogadać, ale ...
-Mógłbyś? Mógłbyś nas wprowadzić? - Popatrzyła na niego błagalnie, a on oczywiście uległ. Nie potrafił jej odmówić.
-Dla ciebie wszystko. Chodźmy Ellen.
Ellen?! Rebecca zapamiętała to imię. Powoli odwróciła się i spojrzała na parę. O ja pierdolę. Paul Stanley. I co miało znaczyć to "zrobię dla Ciebie wszystko?" - Demoniczny uśmieszek zaczął błąkać się na jej twarzy. Właśnie uknuła w swojej głowie pewien plan. Bardzo zły plan. 
__________________________________________________________
Garderoba Metalliki w klubie Pyramid

 -Nie mieści się!
-Bo pchasz na siłę!
-Weź ... Weź rękę, a ja to wsadzę.
-Daj mi popchnąć.
-To jest za duże!
-Geniuszu! Kiedy na to wpadłeś?

-Ekhm. Nie wyglądają na przybitych - szepnął Paul obserwując całą scenkę. Trzech facetów, stojąc tyłem do nich majstrowało coś przy ścianie.
-Przeszkadzamy? - Zapytała w końcu Ellen i Jason spojrzał w ich stronę.
-Emmmm. Wkładamy arbuza do otworu wentylacyjnego - bąknął - A poza tym, cześć Paul ... i ty tam, dziewczynko - dodał po czym wrócił do zabawy.
-Wkładacie arbuza? Do otworu wentylacyjnego? Tak? - Powtórzył Paul.
-A myśleliście, że co? - Odparł James.
-Co za głupi pomysł. Znam jedną osobę, która mogłaby na to wpaść, ale na szczęście jej tu nie ma - skomentował Paul.
-Skąd wiesz - usłyszał i wtedy trzeci z mężczyzn odkleił się od ściany.
-Gene!? Kurwa! Miałeś zostać w domu! Ja pierdolę! - wybuchnął Stanley, a Ellen cała sytuacja tak rozbawiła, że aż opadła na fotel obok trzymając się za brzuch ze śmiechu.
-Wlazło! - Krzyknął triumfalnie James.
-Wpadłem pocieszyć kumpli - odparł Gene na swoją obronę, kiedy groźny wzrok Paul'a skupił się na nim.
-Nie ważne - odetchnął Stanley - James, Jason pamiętacie Ellen, poznaliście ją w Paryżu.
-Cześć chłopaki.
-Cześć mała - powiedzieli równocześnie - Larsa nie ma. Jest tak wkurwiony, że pewnie rozniesie w nocy cały Nowy York.
-A Kirk? - Zapytała Ellen. Martwiła się o niego, szczególnie po tym co zobaczyła dziś wieczorem.
-Minąłem się z nim jakieś pół godziny temu - powiedział Gene - Wyglądał źle. Zauważył mnie i podbiegł do mnie, po czym zaczął mną potrząsać, jak jakiś psychopata. Bełkotał coś, mówił, ale niewyraźnie. Nie zrozumiałem. Wsiadł do samochodu i odjechał.
-Co!? Pozwoliłeś mu wsiąść do auta w takim stanie!? - Oburzyła się Ellen, a Gene tylko wzruszył ramionami.
-Pojeździ trochę po mieście i ochłonie - uspokajał ją Paul. Trochę zdziwiło go, że Ellen tak przejęła się losem gitarzysty, ale uznał, że po prostu ma dobre serce i się martwi. Pomyślał, że to miło z jej strony i uznał, że to czyni dziewczynę jeszcze bardziej wartościową.

18 listopada 2014

Heavy Birthday!

Dziś 52 lata kończy mój pierwszy mąż 
>Lars zamknij się i nie komentuj!<,
najwspanialszy gitarzysta na świecie,
fan horrorów (jak ja!),
człowiek o gołębim sercu
i oczkami jak węgle.
Ach! Nie zapominajmy o jego boskich loczkach!
>Czego rżysz Lars, ty jesteś, kurwa prawie łysy!<

KIRK LEE HAMMETT - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!


Kirkaneczko ...
Jesteś jak jednorożec ....
Tylko jeszcze nie wiem, dlaczego .... 

A ... i spokojnie wyglądasz na 10 lat młodszego ... :) 

Nem. i Lars
>Tak, dopisałam Cię skurwielu do tych życzeń! 
I tak pewnie wyślesz mu pozew w prezencie.<

8 listopada 2014

Dream on XXI

Blogger zwariował. Miesza mi czcionki .... 
Po raz pierwszy zastanawiam się nad tym, czy w ogóle dodać rozdział ... bo jest jakiś ... Nie podoba mi się. Ot co....

21 października 1988 roku, Luxury Hotel, Montgomery, Alabama 

-Gene ... to jest piętnasta zmiana sukienki. Już  nie mogę ... - jęczała Ellen, stojąc na podwyższeniu, tak aby Simmons mógł fachowym okiem ocenić jej strój.
-Cherry! To wygląda jak gówno! Daj coś innego - krzyknął do swojej koleżanki Gene.
-Daj spokój, to ładny stonowany odcień brązu, pasuje jej do jasnych włosów - odparła Cherry.
-Tak! Wszystkie muchy będą na niej siadały. Nie ma to jak ubrać się w kieckę w kolorze gówna ... Ruchy, ruchy! Chcę tu coś rockowego, sexi i jednocześnie z klasą - ponaglił Cherry i klepnął ją po tyłku kiedy przechodziła obok.
-Kim ona w ogóle jest? - Zapytała szeptem Ellen ściągając kolejną sukienkę.
-Dziwką - wypalił bez zastanowienia.
-Fajne masz koleżanki - odparła nieco zdziwiona. 
-Cherry jest tępa jak siekiera do cukru, ale ma inne zalety. Poza tym tylko ona odpowiada ci wzrostem i posturą, więc dziękuj jej za pożyczenie ciuchów.
-OK. Jestem wdzięczna, ale już nie mogę ... przez trzy godziny przymierzyłam więcej ubrań niż przez całe życie. Czy mogę pójść w tamtej kiecce? - wskazała ręką na tą spódnicę którą przymierzała jako pierwszą.
-No chyba żartujesz. Jak założysz do niej białą bluzkę to będziesz wyglądała jak na jakiejś szkolnej akademii - odparł Gene i skrzywił się na myśl o iście uczelnianym stroju, po czym zwrócił się do Cherry.
-A co dolega tamtej sukience, którą tak ciągle przekładasz z miejsca na miejsce? Daj ją tu.
-Nie - dobiegł ich głos zza parawanu.
-Czemu?
-Kolor ma nietwarzowy - odparła prostytutka. 
-Jak można sobie kupić sukienkę, która najpierw pasuje, a potem nagle stwierdzić, że kolor jest nie ten? Nie pojmuję tego! - Wrzasnął Gene.
-Wziąć tą czarną czy czerwoną? - Zapytała nagle Cherry wynurzając się zza parawanu i machając dwiema różnymi kieckami.
-Weź tę krótszą - bąknął Gene, a ciemnowłosa Cherry z uwagą zaczęła obmierzać obie sukienki, które na długość różniły się zaledwie milimetrami. Widząc to Gene zakrył twarz dłonią i westchnął nad nieogarnięciem swojej koleżanki. Cherry nie była zbyt bystra.
-Daj to - powiedział i złapał czarną kieckę - Przymierz, czarny to twój kolor - zwrócił się do Ellen. Sukienka sięgała jej przed kolano, była obcisła, miała skromny dekolt z przodu obszyty w całości małymi, białymi perełkami i dość spore wycięcie na plecach, odsłaniające tatuaż z wizerunkiem smoka, który Ellen miała na prawej łopatce. Grube ramiączka zakrywały paski od stanika i Ellen dziękowała w myślach, że nie musi go zdejmować, bo bez niego czułaby się prawie nago. 
-Jejku, jesteś naprawdę ładna - powiedziała Cherry i Ellen aż się zarumieniła. Do kompletu Cherry pożyczyła jej jeszcze buty na grubej podeszwie i z masywnym obcasem - tak by dziewczyna nie straciła równowagi oraz skórzaną kurtkę z frędzlami na placach i rękawach.
-A nie wygląda to zbyt monotematycznie? W sensie ... jak na stypę? - Zapytała niepewnie Ellen.
-Wyglądasz jak milion dolarów - klasnął w dłonie Gene - Cherry uczesz ją i zrób jej jakiś makijaż - dziewczyna szybko wykonała polecenie Simmonsa. Podkręciła lekko włosy Ellen, umalowała jej rzęsy i dodała krwistoczerwoną szminkę.
-Idealnie. Niezbyt wyzywająco ale jednocześnie z pazurem i seksownie - cieszył się Gene - przejdź się! - Rozkazał Ellen, a ta ruszyła w stronę drzwi i z powrotem.
-Co? Coś nie tak? - Zatrzymała się gwałtownie widząc minę Gene'a i wytrzeszczone oczy Cherry.
-Łazisz jak krowa po Bombaju - wypalił bez ogródek Gene - Ale nic się nie martw, zaraz zrobimy ci przyspieszony kurs chodzenia w butach na obcasie. Patrz na mnie. Wyprostuj się, wypluj ten kołek co go połknęłaś, zepnij dupkę i odchyl ramiona do tyłu. Nie! Nie tak, bardziej lekko - instruował Gene - głowa do góry, biodra i kolana luźno ... i idziesz.
-Skąd ty wiesz takie rzeczy? - Pytała Ellen jednocześnie ćwicząc chodzenie po pokoju.
-Wiesz w jakich butach musiałem kiedyś zapieprzać po scenie? Kochana, te twoje to zwykłe palestyńskie cichobiegi przy tych moich - odparł - No. Myślę, że jesteś gotowa na randkę życia - dodał, a jasnowłosa Ellen przełknęła ślinę i głośno westchnęła.
_____________________________
21 października 1988 roku, więzienie stanowe CDCR California, Los Angeles

Ephraim Goldberg był najlepszym adwokatem w Stanach Zjednoczonych. Niedawno awansował on na stanowisko starszego partnera w firmie i miał możliwość wybierania sobie prowadzonych spraw. Goldberg był jednocześnie asystentem prokuratora okręgowego Prokuratury w Nowym Jorku. Słynął z wygrywania spraw, których postępowanie dotyczyło wszelkiego rodzaju gwiazd muzyki i filmu. Był skuteczny i drogi, ale sytuacja Nikki'ego tak go zainteresowała, że zszedł trochę ze zwyczajowej stawki. Można by pomyśleć, że Goldberga bawiło rozwiązywanie trudnych przypadków.
Miał około 45 lat, szpakowate włosy i starannie przystrzyżoną bródkę. Ubrany elegancko z aktówką u boku. Kiedy wszedł do pomieszczenia przesłuchań, w którym byli Motley Crue i Steven zapadła wszędobylska cisza. Nawet Nikki przestał dłubać w nosie. Dwaj menadżerowie Tim Collins i Doc McGhee dołożyli wszelkich starań aby ściągnąć nowojorczyka do Los Angeles. 
-Witam panów. Moja godność, Ephraim Goldberg i mam zaszczyt reprezentować pana - tu wskazał na Nikki'ego - w sprawie z powództwa Samanthy Cuddy. Nikki standardowo okazał się być niezbyt uprzejmy.
-Ephraim? Co to za imię? - powiedział, a ręka Stevena siedzącego obok zdzieliła go w natapirowany łeb.
-Biblijne - odparł spokojnie Goldberg - w Starym Testamencie jest to młodszy syn Józefa. Zna pan Biblię panie Sixx?
-A będą mnie z niej przepytywać w sądzie? - Bąknął.
-Nie, wystarczy, że będzie pan musiał na nią przysięgać, jeśli dojdzie do rozprawy. 
-Jeśli dojdzie? - Podchwycił Steven - Czyli co? To znaczy, że Nikki nie koniecznie musi stawać przed sądem? 
-Zobaczymy jakie przedstawią mu zarzuty. Więc ... panie Sixx, proszę powiedzieć mi co się stało na tamtym przyjęciu. 
-Kiepsko to pamiętam, bo urwał mi się film. Była impreza i wszyscy dobrze się bawili. Gdzieś po północy, zgubiłem Stevena i chciałem go odszukać, ale chyba zasnąłem pod stołem. Kiedy Tommy mnie obudził, już nie pamiętałem co miałem zrobić. Poszedłem się napić i wtedy zauważyłem pewną dziewczynę. Zaproponowałem jej drinka, ale wydaje mi się że, przez przypadek dałem jej swój kieliszek z domieszką kokainy i ... myślałem, że nic się nie stanie, bo przecież każdy bierze, ale ona jakoś dziwnie, szybko się nawaliła i zaciągnęła mnie do toalety. No i być może .. coś tam było, ale tak jak mówiłem, ocknąłem się na balkonie, a nie w łazience. Nie wiem jak się tam znalazłem. 
-Tą dziewczyną była Samantha Cuddy i ona również zeznała, że nic nie pamięta - odparł Goldberg.
-Co ona, u diabła, tam robiła? - Zapytał Steven -Czy to ma związek ze mną i tym artykułem? 
-Pani Cuddy zeznała w obecności swojego adwokata, że robiła wtedy reportaż wcieleniowy o życiu muzyków rockowych. Przyszła do domu pana Sixxa wraz z ludźmi zaproszonymi przez Vince'a Neil'a z baru Rainbow. 
-Ale ja jej nie sprowadziłem celowo! Nie znałem jej! - Wtrącił się Vince.
-Dobrze, to na naszą korzyść - odparł rzeczowo Goldberg i kontynuował wywód - powiemy więc, że pani Cuddy sama zaryzykowała przychodząc na imprezę. Teraz kwestia alkoholu. Posiadanie kokainy jest nielegalne, panie Sixx, ale musimy dodać, że to drink z kokainą, który Samantha Cuddy wypiła z własnej woli, tak ją otumanił. Z mojej perspektywy, wygląda to tak, że pani Cuddy sama odurzyła się narkotykiem w szampanie, a następnie również dobrowolnie odbyła stosunek seksualny w łazience z panem Sixxem. Najpewniej straciła tam przytomność, a pan Sixx wyszedł z toalety na balkon ... powiedzmy odetchnąć świeżym powietrzem. Cuddy ocknęła się rano i przerażona pomyślała, że stało jej się coś złego. Tym sposobem zarzut gwałtu sprowadzimy co najwyżej do nielegalnego posiadania substancji odurzających. To da się załatwić kaucją.
-Czyli ... ona nie chciała się zemścić - odparł Steven - wszystko po prostu niefortunnie się potoczyło.
-Tak. I tej wersji wszyscy się trzymajmy - powiedział Goldberg - Musi pan zostać w areszcie do czasu przesłuchania wszystkich świadków - zwrócił się do Sixx'a -potem wystąpię o ugodę i ustalenie kwoty kaucji i będzie po sprawie.
_____________________________
Tego samego wieczoru, restauracja Sinclair's Cloverdale, Montgomery, Alabama

Paul czekał na Ellen w hallu hotelu Luxury i dla zabicia czasu postanowił wyznaczyć sobie trasę wśród jasnozłotych kafelków podłogowych, po których stąpał w linii prostej, tak aby za każdym razem stawać na "pełny" kafelek. Skupił się na tym zadaniu tak bardzo, że przypominał cyrkowca chodzącego po linie.  
-Nadepnąłeś - padł głos zza jego pleców i Paul aż podskoczył. Ellen przyglądała mu się z rozbawioną miną. Paul Stanley - 36 lat a bawi się jak dziecko.
-Długo tu stoisz? - Zapytał speszony tym, że dziewczyna nakryła go na tej "zabawie".
-Wystarczająco długo, żeby zgodzić się ze stwierdzeniem Gene'a, że źle z tobą- odparła i zaczęła się śmiać.
-Wyglądasz niesamowicie - powiedział Paul i nachylił się, żeby pocałować Ellen w policzek. Dziewczyna w mgnieniu oka zesztywniała. Nie spodziewała się takiej akcji. Buziak w policzek nagle przeobraził się w kilka pocałunków, które padły na linię szczęki i szyję - Zabieram cię do Sinclair's, co ty na to? - Wyszeptał jej do ucha, gdy już oderwał się od dziewczyny, ale Ellen stała jak sparaliżowana.
-Wszystko dobrze? - Zapytał zaniepokojony.
-Taa, takk ... Sinclair's ... łał ... cudownie - odparła, gdy już ten lekki szok ją opuścił. Prawdę mówiąc nazwa restauracji nic jej nie sugerowała, ale co miała powiedzieć? Paul zarezerwował im stolik na uboczu, tak by nikt im nie przeszkadzał. Czekając na zamówienia, Stanley poprosił kelnera o butelkę wina.
-Śniłaś mi się, wiesz? - Zaczął, nalewając jej Château do kieliszka.
-Bidaku, przepraszam - starała się żartować Ellen, ale była zbyt zestresowana. Paul natomiast odpowiedział jej uśmiechem i dodał:
-To był bardzo piękny sen, gorsze było to, że ten idiota Gene mnie obudził i nie wiem jakie miało być zakończenie - kontynuował, ale w tej chwili uwagę Ellen przykuł mężczyzna siedzący po drugiej stronie sali, który cały czas czytał gazetę. Trzymał ją tak, że zasłaniała mu całą twarz. Hm. Te kowbojki wydają mi się znajome - pomyślała spoglądając na buty tajemniczego mężczyzny. 
-Ale wracając do tego teledysku. Co o tym sądzisz? - Zapytał, wyrywając dziewczynę z zamyślenia.
-Wiesz, Paul ... wydaje mi się, że ja kompletnie się nie nadaje do takich rzeczy. To nie dla mnie.
-Czemu? Uważam, że wypadłabyś świetnie.
-Cholernie krępuje mnie występowanie przed kamerą wiesz ... to zdecydowanie nie moja bajka - broniła się Ellen.
-Czyli się nie zgadzasz - Powiedział Paul i spuścił smutno wzrok, aż dziewczynie zrobiło się go żal. Tymczasem, tajemniczy facet z naprzeciwka, którego Paul nie mógł widzieć, gdyż siedział odwrócony plecami do niego, ciągle nie odkładał gazety. Ellen wydało się to dość podejrzane. Kelner przyniósł ich zamówienie i Ellen postanowiła zmienić temat. 
-O, zamówiłeś chińszczyznę - odparła i z przerażeniem pomyślała, że przecież nie potrafi jeść pałeczkami, ale Stanley zauważył jej zmieszanie i zaproponował zwyczajne sztućce.
-Chcesz widelec?
-Tak, zdecydowanie ... widelce są zajebiste - zaklęła zapominając że jest w renomowanej, eleganckiej restauracji - och, przepraszam, miałam na myśli, że są wygodniejsze. 
-Daj spokój. Nie musisz się tak krygować. Mam wrażenie, że w towarzystwie Gene'a zachowujesz się naturalniej, o co chodzi? - Zadał jej pytanie i nawinął makaron z sosem na pałeczki. No pewnie, mam ci powiedzieć, że to dlatego, że Gene nie ślini się na mój widok jak jakaś pierdolona hiena?! - Przemknęło Ellen przez myśl.
-To miejsce jest takie ... dostojne. Mam wrażenie, że tu nie pasuję. To dlatego jestem spięta.
-Możemy pójść gdzie indziej jeśli chcesz?
-Może potem ... - zaczęła, ale facet z naprzeciwka właśnie szczerzył do niej zęby i machał palcami. Ellen z wrażenia aż nie trafiła widelcem do buzi. -Wiesz ... muszę iść i poprawić makijaż - odparła. Znam cię, ty draniu - powiedziała w myślach, rozpoznając gościa z gazetą. Wstała, uśmiechnęła się do Paul'a i przemknęła przez salę. Idąc w stronę łazienki przeszła obok tajemniczego mężczyzny i zdzieliła go swoją torebką w głowę. Facet wstał i dyskretnie poszedł za nią. Ellen zniknęła w damskiej toalecie, a on wszedł tam wraz z nią.
-Co ty tu do chuja wyrabiasz!? - warknęła, choć jednocześnie cieszyła się, że go widzi.
-Wlazłem do damskiej bo ty tu wlazłaś.
-Idioto. Nie do kibla, tylko w ogóle. Co robisz w restauracji, Gene?
-Mogę być waszą ukrytą przyzwoitką, lub ewentualnie gdyby coś poszło nie tak, to zaparkowałem przy tylnym wejściu, możesz się ewakuować, tylko powiedz kiedy - odparł rzeczowo i strzelił uśmiechem. 
-Jesteś niemożliwy - powiedziała i znowu rąbnęła go torebką - choć z przyjemnością bym stąd zwiała, bo Paul przez cały czas gapi się na mnie jak ślepy na striptiz. 
-Założę się, że zdążył już cię rozebrać w myślach z piętnaście razy - kolejny cios torebką - Ała ..będę miał siniaka - odparł i potarł nadgarstek - No, ale mów jak wam idzie to randez vous?
-Powiedziałam mu, że nie zgram w teledysku bo kamera mnie krępuje i chyba mu przykro.
-Więc się zgódź. 
-Ale ja nie chcę!
-Więc się nie gódź.
-No, kurwa, pomagasz. Nie ma co. Musi być coś, czego Paul nie lubi w dziewczynach i co może go do mnie zniechęcić, Gene .. jak mi nie pomożesz to zostanę smutną panią Stanley, bo on jeszcze gotów mi tam machnąć pierścionkiem! Błagam ... 
-Paul nie lubi dziewczyn z wąsami - powiedział Simmons ledwie ukrywając uśmiech.
-Bardzo zabawne. Pomagaj mi dalej - powiedziała i zamierzyła się z torebką po raz kolejny.
-Nie bij! - Wrzasnął - Coś wymyślę, a teraz już leć bo Paul zacznie coś podejrzewać - odparł i Ellen wróciła na salę. Gene wymknął się za nią i zasiadł na swoim miejscu, ponownie zakrywając twarz gazetą. 
-Powiesz mi o czym tak spiskujecie z Gene'm - padło z ust Paul'a, gdy tylko Ellen zdążyła chwycić widelec do ręki. Była tak zaskoczona, że nawet nie próbowała się tłumaczyć. 
-Sss ... skąd wiesz, że on tu jest?
-Wiem od samego początku. Kiepsko się ukrywa. Założył te kretyńskie białe kowbojki. Tylko on takie nosi - zaśmiał się Paul. Wcale nie wydawał się być zły - Czego się obawiasz Ellen? Odpowiedz mi, szczerze. Boisz się, że coś ci zrobię? - Nie było sensu kłamać, Paul nie był głupi.
-Najbardziej boje się, że zaraz padniesz tu na kolana i mi się oświadczysz - wymamrotała speszona, a Paul szeroko się uśmiechnął.
-Jeśli to cię choć trochę uspokoi, to nie martw się, nie kupiłem jeszcze pierścionka - odparł i zapadła krępująca cisza. Ellen gapiła się tępo w swój talerz, a Paul dziobał swoje jedzenie pałeczką. W końcu się odezwał.
-Powiedz ... chciałaś zwiać? Wtedy, w Miami?
-Aż tak było widać?
-Yhmy - przytaknął.
-Przepraszam Paul. Nie chciałam żeby tak wyszło.
-Wiesz, nie rozumiem tylko dlaczego wolałaś uciec, zamiast ze mną porozmawiać?
-Myślałam, że to ... rozwiąże problem.
-Rozumiem że nie czujesz tego samego co ja. Dlaczego się ze mną umówiłaś?
-Bo ... nie wiem. Jesteś na prawdę wspaniały i ja ... po prostu nie chciałam cię skrzywdzić.
-Ellen, nie zamierzam cię do niczego zmuszać. Możesz odejść kiedy chcesz, ale wiedz, że uważam cię za wyjątkową kobietę i jeśli chcesz kontynuować tę trasę z nami to ... ja nie odpuszczę. Jeśli nie spróbuję cię ... zdobyć, to prawdopodobnie będę żałował do końca życia.
-Aaa ... Co jeśli nic z tego nie wyjdzie?
-Dam ci spokój. Obiecuję. Oczywiście będzie to oznaczało, że totalnie na ciebie nie zasługuję i prawdopodobnie będę jęczał ze złamanym sercem przez następny miesiąc, ale to już będzie zmartwienie Gene'a - powiedział pół-żartem pół-serio. 
-Dobrze - Ellen skapitulowała - Tylko przysięgnij, że jak nam nie wyjdzie to mimo to rozstaniemy się w przyjaźni.
-Słowo harcerza - obiecał Paul i uśmiech znowu pojawił się na jego twarzy. Miał szansę. Bez żadnych podchodów i kłamstewek.
-Skoro tak .. to może ... a zresztą, to ty masz się starać więc zrób coś, żeby uratować tę koszmarną randkę - powiedziała Ellen starając się zrobić poważną minę. Ten układ jej się podobał. Nic nie traciła, a mogła sporo zyskać. Nie zakładała, że Paul'owi uda się ją zdobyć, bo on po prostu nie był w jej typie, ale ... co szkodzi spróbować? Gene tymczasem zapomniał o swoim kamuflażu i zupełnie odłożył na bok gazetę. Siedział za daleko od stolika Stanleya i Ellen, toteż nie słyszał o czym tamci dwoje rozmawiają. Pochylał się nad swoim stolikiem i nadstawiał uszu. 
-Proponuję zmienić lokal - odparł Paul - i najważniejsze, musimy gdzieś zgubić Gene'a. Co on tu w ogóle wyrabia?
-Postanowił być naszą przyczajoną przyzwoitką. 
-Prawdziwy przyjaciel - westchnął Paul i oboje z Ellen się roześmiali - Mam pomysł. Co ty na to, żeby trochę sobie z niego zażartować? 
-Co masz na myśli?
-Chodź, musimy najpierw stąd wyjść - odparł i wstał z krzesła. Poprosił o rachunek i pomógł Ellen założyć kurtkę - Mogę cię pocałować? - Szepnął, kiedy wkładała rękę w rękaw skórzanej ramoneski.
-Co!?
-Chcę zobaczyć minę Gene'a jak będzie na nas patrzył - wyjaśnił. 
-OK. Ale ja całuję ciebie - zgodziła się dziewczyna i wpiła się w usta Stanleya, który zresztą odwzajemnił pocałunek. Simmons patrzył na nich z niedowierzaniem. 
-Co ... kurwa ... jak ... co tu się dzieje? - Zapytał sam siebie i jeszcze przez dłuższą chwilę pozostawał w szoku, gdy Paul i Ellen trzymając się za ręce wychodzili z Sinclair z tajemniczymi uśmiechami na twarzach.
  ________________________________
25 października 1988 roku, więzienie stanowe CDCR California, Los Angeles

Steven i Ephraim Goldberg szli na widzenie z Nikki'm. Mieli mu do przekazania złe wiadomości. Przed kuloodporną szybą zasiadł adwokat Sixx'a i podniósł słuchawkę. Steven stanął za nim.
-To kiedy wychodzę? -Zapytał entuzjastycznie Nikki.
-Wystąpiły pewne ... niespodziewane problemy, panie Sixx - odparł Goldberg.
-Wystąpiło co?! Miało pójść jak z płatka, co się do chuja wydarzyło!?
-Niepłacone mandaty, posiadanie znacznej ilości narkotyków, prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, napaść na policjanta i stosowanie gróźb karalnych - wyrecytował Goldberg - To wszystko, plus zarzut gwałtu spowodowało, że sędzia nie zgodził się na ustalenie kaucji i czeka nas przesłuchanie wstępne, w sądzie. Trochę się tego panu nazbierało przez lata, prokuratorzy mają niepodważalne dowody.
-Chuja mają! - Zaklął Nikki. Stojący za Goldbergiem Steven nie dosłyszał i zapytał:
-Co? Hulla Mario? To jakiś nowy adwokat? Nikki, podaj namiary!
-Przygotuję pana do wystąpienia w sądzie. Musimy też wybrać sprzyjającą nam ławę przysięgłych, ale do tego jeszcze trochę. Przyjdę później. Chce pan porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi? - Zapytał Goldberg, a Nikki skinął posępnie głową. Goldberg wstał, pożegnał się z Doc'iem i opuścił budynek więzienia. Na jego miejscu usiadł Steven.
-Co teraz Steven?
-Wiem, że cię to dobija, ale wytrzymaj jeszcze trochę. Ephriam mówił, że ukręci łeb sprawie na tym pierwszym oficjalnym przesłuchaniu.
-Mam nadzieję. A raczej nie mam już jej wcale ... Co tu się dzieje? To jakiś, pierdolony koszmar. Czemu nikt nie może do mnie przyjść z jakimiś dobrymi wiadomościami?
-W zasadzie mam coś co powinno cię ucieszyć - odparł Steven - Tommy i Heather się zaręczyli. Chcą się pobrać jak wyjdziesz z więzienia.
-To ... świetnie! Pogratuluj im ode mnie. Dlaczego Tommy nie przyszedł mi tego sam powiedzieć?
-Jest chyba zajęty urabianiem ojca Heather ... ale na pewno cię odwiedzi, pewnie będziesz jego świadkiem.
-Steven - zaczął Nikki - powinienem cię przeprosić. Narozrabiałem. Znowu i jeszcze wciągnąłem w to ciebie. Wybacz.
-Przestań ... Gorzej już nie będzie, więc może być już tylko lepiej - odparł i posłał mu szeroki stevenowski uśmiech.
________________________________
27 października 1988 roku, The Pyramid Club, Nowy York

W Nowym Yorku przyszedł czas na mały odpoczynek od koncertowania i cała Metallica zawinęła na imprezę do klubu Pyramid. Kirk zadręczał się wszystkim i znalazł najgorsze z możliwych rozwiązanie swoich problemów - postanowił uciec w alkohol, może nie na stałe, ale na tę jedną noc na pewno. Utopienie wszystkich smutków w whiskey miało mu pomóc. Przynajmniej konfliktowa sytuacja z Larsem zdążyła się już nieco naprostować. No cóż. Byli kumplami, nie potrafili długo chować urazy, szczególnie jeśli chodziło o głupoty. W tym samym czasie na Wschodnie Wybrzeże przyjechał na kilka koncertów zespół Guns'n'Roses i jego członkowie kręcili się gdzieś nieopodal klubu. Kiedy Kirk leżał pod ścianą, zwinięty w kulkę i ściskał mocno butelkę z wysokoprocentowym trunkiem, James postanowił zostać królem imprezy. Ściągnął z ulicy kogo tylko się dało, aby tylko nabić klub pod sam sufit. Było jeszcze wcześnie a już prawie połowa gości zaliczyła zgon. W głównej sali dogorywały gwiazdy porno i zwykli, szarzy mieszkańcy Nowego Yorku. Lars wychodził z łazienki, potykając się o własne nogi, a Jason, który spadł z krzesła walczył z Kwirkiem o kawałek udka z kurczaka. Do Jamesa właśnie podeszły dwie dziewczyny.
-Hej. Podróżujemy z zespołem Guns'n'Roses i przed wejściem czeka na nas chłopak o imieniu Axl, i chcemy zapytać, czy nie mógłby tu przyjść i trochę się zabawić? - Zapytały Hetfielda.
-Chyba o nim słyszałem. Rudy, wokalista?
-Yhmm. To co? Może wejść?
-Nie - odparł James - ale wy możecie - dodał i pociągnął dziewczyny za sobą. W tym czasie kompletnie pijany Lars próbował podejść do telefonu, który był schowany za jakimiś szklanymi drzwiami, ale za cholerę nie potrafił ich otworzyć. Więc wywalił je butem. Szyba posypała się w drobny mak, a mosiężna klamka potoczyła się pod ladę. Lars podniósł ją, wręczył barmanowi i wykonał telefon, jak gdyby nigdy nic. Zadzwonił do sklepu z bronią i ekwipunkiem i zażyczył sobie przywiezienie do klubu kilku flar. Kiedy już je miał, postanowił wraz z Jamesem odpalić je w pomieszczeniu na górze. Podpalili jedną z rac i wielka kula ognia przetoczyła się po sali, po czym spadła na kanapę pod ścianą. Byli tak rozbawieni tą sytuacją, ze pobiegli po Jasona, aby mu to pokazać. Kiedy wrócili, okazało się, ze znaczna część górnego piętra stoi już w płomieniach. Całą imprezę należało przerwać, a ludzi ewakuować.
_____________________________
30 października 1988 roku, Radisson Hotel, Nowy York

-Siedemnaście tysięcy, pierdolonych, zielonych dolarów! - Krzyczał Bobby Schneider - Tyle, kurwa, kosztowała wasza zabawa w tym cholernym klubie!
-Czemu on tak wrzeszczy ... - jęczał Kirk leżąc na hotelowym łóżku. Jedną ręką przytrzymywał mrożonkę przy czole, a w drugiej trzymał otwarte piwo.
-Tak! A ten od trzech dni nie trzeźwieje! - Menadżer Metalliki nie przestawał się strzępić. Podszedł do Kirka i wyszarpnął mu butelkę z ręki - Zadowoleni jesteście, kurwa, z siebie?! - Zapytał retorycznie i rzucił w Larsa jakąś zmiętolona gazetą -Czytaj! Na pierwszej stronie!
-Zespół metalowy z San Francisco doszczętnie zdemolował popularny w Nowym Yorku klub Pyramid ... bla, bla, bla .... straty wyniosły ... bla ... prasa ochrzciła zespół nową nazwą ... bla .... Alcoholica. No. I co z tego? - Odparł Lars.
-Jajco idioto! Gdzie Hetfield!? Nie będę wam każdemu powtarzał z osobna.
-Rzyga w kiblu - wymamrotał Jason, gdy Kirk człapał po następne piwo.
-Siadaj łachudro! - Wrzasnął Bobby, a Kirk posłusznie usiadł na brzegu łóżka - Macie się doprowadzić do ładu i spłacić ten klub! Idę sprawdzić, czy nie da się obniżyć kosztów, może ubezpieczenie coś obejmuje ...- dodał Schneider i trzasnął drzwiami wychodząc. Z toalety wynurzył się James.
-Jak źle? - Zapytał.
-Mamy 17 tysiaków w plecy i nową ksywkę - obwieścił mu Lars.
-No. I Bobby już nas nie lubi - dodał Jason.
-W dupie go mam - wzruszył ramionami James - Mam go tak głęboko w dupie, że jak myję zęby to muszę uważać, żeby mu oka nie wybić. To jak nas teraz wołają?
-Alcoholica.
-Zajebiście ... chcę to mieć na koszulce - zaśmiał się James. Lars z Jasonem wyszli coś zjeść, a Kirk postanowił rozbroić barek. Uznał że nowa nazwa powinna być adekwatna do tego, co sobą reprezentują, i wychylił kolejną butelkę z piwem.

_____________________________
Bar Rainbow, Los Angeles, tego samego wieczoru

Steven nie mógł już wysiedzieć w Motley House. Wstępne przesłuchanie Nikki'ego przed sądem miało się odbyć już niebawem i wszystko od niego zależało. Ephraim Goldberg zapewniał, że wszystko będzie dobrze, ale mimo to Steven się denerwował. W końcu zdecydował, że wyskoczy na jednego drinka do Rainbow. W tle leciał utwór Davida Bowie'go "Space Oddity". 

Though I'm past one hundred thousand miles
I'm feeling very still,
And I think my spaceship knows which way to go
*

Te słowa tak bardzo pasowały do obecnej sytuacji Stevena, że przez moment zawiesił się nad nimi i zaczął rozpamiętywać swoje życie. W końcu nie spostrzegł nawet, że jego kieliszek po whiskey jest już pusty.
-"Ground control to major Tom"** - usłyszał nagle. Spojrzał znad szklanki. Dwoje cudnie brązowych oczu patrzyło na niego - Dolać ci jeszcze? - Zapytała dziewczyna. Widocznie nowa barmanka w Rainbow.
-Skoro nalegasz - odparł, a kasztanowe włosy dziewczyny zakręciły się wraz z nią. Obróciła się na pięcie po czym lekkim krokiem udała się po nową butelkę Jacka Danielsa -Co taka ładna dziewczyna robi w takim zadupiu świata wraz z tymi wszystkimi szumowinami ziemi? - Zagaił.
-W Mieście Aniołów są diabelskie rachunki - odparła i posłała mu zabójczy uśmiech. Steven tylko przytaknął. Już dawno zapomniał jak żyje się skromnym, zwyczajnym ludziom -Proszę, twoja whiskey. 
-Dziękuję - wymamrotał.
-Liczę na napiwek - odparła zaczepnie. 
-Jasna sprawa ... Ehm ... Kogo mam wzywać jeśli będę miał ochotę na jeszcze jedną kolejkę? - Zapytał podstępnie.
-Hope. Mam na imię Hope*** - odparła i zniknęła gdzieś wśród stolików wraz z jakimś zamówieniem.
-Hope ... - powtórzył Steven i uśmiechnął się do siebie.
_________________________________
*Wers z utworu Bowie'go, w tłumaczeniu oznacza: "Choć przebyłem sto tysięcy mil, to czuję jakbym stał w miejscu i wydaje mi się, że mój statek kosmiczny sam wie którędy lecieć."

**"Ground control to major Tom" - wers z tej samej piosenki Bowie'go, powtarzający się w utworze "Space Oddity" kilkakrotnie. W tłumaczeniu brzmi: "Kontrola naziemna do majora Toma" - te słowa weszły nawet do języka codziennego na stałe. Wyrażenie to używane jest zazwyczaj do zwrócenia uwagi komuś, kto nie zauważa co w danej chwili się dookoła niego dzieje.

***Hope - (z ang) - nadzieja.