26 października 2014

Dream on XIX

Poddaję się. Jesteście niemożliwe ...

 ____***______***______***______***____

16 października 1988 roku, apartament Paula Stanleya, Hotel Hilton, Miami

Leżeli obok siebie na szerokim łóżku stojącym pośród kwiatów na łące. Dziewczyna ubrana w białą, zwiewną sukienkę, z rozpuszczonymi blond włosami. Chłopak, a właściwie mężczyzna, brunet o lekko kręconych włosach, miał na sobie białe spodnie, był bez koszulki. Oboje boso. Leżeli na wznak na plecach a palce ich dłoni ledwie się dotykały. Nagle łóżko i łąka zaczęły falować, aż w końcu leżąca na nim para spadła. W skutek upadku, mężczyzna znalazł się nad dziewczyną, wsparty na łokciach. Patrzył jej w oczy. Po chwili dziewczyna wyciągnęła dłoń i dotknęła lekko policzka swego towarzysza. Ich twarze zbliżyły się do siebie, a usta ledwie musnęły. Byli tak blisko, że czuli nawzajem swój oddech. Dziewczyna przygryzła dolną wargę i przekrzywiła lekko głowę i powiedziała: "Pocałuj mnie".
-Pocałuj mnie ... - wyszeptał Paul naciągając jednocześnie kołdrę, która zsunęła mu się podczas snu.
-Wolałbym nie - padł głos z oddali i Paul otworzył oczy, a potem wrzasnął. 
-Gene! Kurwa! Nie ma nic gorszego od oglądania twojej mordy o poranku! - Oświadczył Paul, gdy zobaczył, że Gene pochyla się nad nim z sarkastycznym uśmiechem.
-Mokry sen? - Zapytał basista.
-Co ci do tego? Czego mnie nachodzisz z rana!
-Z rana? Wiesz, która jest godzina? Dochodzi dwudziesta pierwsza. Przespałeś cały dzień.
-Widocznie byłem zmęczony - odparł Paul przecierając oczy.
-Ogarnij się. Zaraz Ellen przyniesie ci kawę. 
-Ej! Ona tu nie jest od zaparzania kawy! Byłbym, kurwa, wdzięczny jakbyś nią nie rozporządzał jak swoją prywatną służącą!
-Zluzuj kolego! Spotkaliśmy się na korytarzu, powiedziałem, że idę zobaczyć co u ciebie, a ona sama zaoferowała, że zrobi kawę! Kurwa, Paul, widzę, że już ci odpierdala - rzucił poirytowany Gene.
-Dobra. Sorry. Poniosło mnie - przeprosił Paul i w tym momencie obaj usłyszeli pukanie do drzwi.
-Wejdź Ellen, Paul nie biega na waleta po pokoju więc teren czysty - krzyknął Gene w kierunku drzwi i za chwilę w pokoju pojawiła się Ellen wraz z tacą na której stała zaparzona kawa - A nawet jakby biegał nago, to nie ma na co patrzeć, uwierz mi - dodał złośliwie Gene i uśmiechnął się do dziewczyny.
-Ha, ha, ha - zadrwił Paul - no kurwa, takie to zabawne, że się aż spociłem. Mistrzu Dowcipu - ucz mnie! - Dodał, podciągnął się na łóżku i usiadł na nim po turecku, a Ellen nalała każdemu filiżankę kawy i zajęła miejsce obok Gene'a.
-Mmm, przepyszna - zaczął Gene, pociągając łyk czarnego napoju - każdy facet powinien być jak ta kawa: ciepły, silny i nie dający w nocy zasnąć - powiedział i puścił oko do Ellen.
-Jak dla mnie to kawa jest przede wszystkim czarna - odparła rozbawiona - to znaczy, że mam szukać czarnoskórego mężczyzny? - Zapytała i wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Paul rzucił poduszką w Gene'a.
-Jutro koncert - odparł Gene, kiedy już przestał się śmiać.
-Właśnie - podchwyciła Ellen - Gene, muszę pokazać ci nowe projekty, zechcesz pójść ze mną do mojego pokoju? Damy Paul'owi chwilę na ogarnięcie się.
-Nie, nie! Możecie zostać - zawołał Paul, ale Gene rozszyfrował zamiary Ellen.
-Pewnie, chodźmy - powiedział Gene. Już na korytarzu zaczęli rozmowę.
-O czym chcesz mi powiedzieć?
-Gene. Podjęłam decyzję.
-Czas najwyższy. Co mu powiesz?
-O to chodzi, że chyba nic.
-Jak to? - Zapytał zbity z tropu.
-Gene. To nasz ostatni koncert razem. Wracam do Los Angeles.
-Jak to ma rozwiązać nasz problem! - Krzyknął.
-Ciszej! Doszłam do wniosku, że będzie lepiej jak zniknę. 
-I tak złamiesz mu serce. Poza tym nie możesz. Wiąże cię kontrakt, umowa. 
-Liczę, że to ostatnie jakoś pomożesz mi rozwikłać. Popatrz, jeśli zostanę, będę musiała mu powiedzieć, że go nie kocham. To znaczy ... To co do niego czuję to za mało. Złamię mu serce i jeszcze będzie musiał cierpieć znosząc moją obecność na trasie, a tak ... wiem, że to go zaboli, ale przynajmniej nie będzie sobie o tym przypominał patrząc codziennie na mnie. Po prostu zniknę. 
-Co z kontraktem? Jeśli go zerwiesz, nie dostaniesz zapłaty?
-Trudno.
-Jak ja mam o tym powiedzieć Paul'owi? 
-Powiedz, że o niczym nie wiedziałeś, że po prostu zastałeś pusty pokój, moich rzeczy nie było i nie wiesz co się stało.
-A jeśli będzie cię szukał? 
-Paul nie wie, że jestem z LA. Spotkaliśmy się w Nowym Yorku, pamiętasz?
-Chciałbym zapomnieć - bąknął wspominając w myślach żenującą sytuację sprzed klubu CBGB, kiedy upili się wraz z Paul'em i Tim Collins musiał ich doprowadzać do ładu - OK. Zrobisz jak uważasz. 
-Dziękuję Gene.
-Więc to nasze pożegnanie? Jutro może nie być czasu.
-Na to wygląda.
-Więc, mała, trzymaj się. Będę za tobą tęsknił - powiedział Gene i przytulił Ellen.
-Ja za wami też - odparła - musisz opiekować się Paul'em.
-To już duży chłopak, nie muszę mu zmieniać pieluch - zażartował Gene.
-Wiesz o co mi chodzi - powiedziała i uśmiechnęła się do Simmonsa.
_______________________________________________________________
16 października 1988 roku, dom Nikki'ego Sixxa w Hidden Hills, Los Angeles późnym popołudniem. 

Głośne i uporczywe walenie w drzwi zmusiło Nikki'ego żeby podnieść się z balkonu i powlec się do drzwi frontowych.
-Czego kurwa! Przecież idę! - Mamrotał zapinając spodnie -Ja pierdolę, ale syf - powiedział spoglądając na mieszkanie, które wyglądem przypominało zasieki z II Wojny Światowej. Wszędzie butelki, rozbite, pełne, puste, paczuszki po kokainie, nadpalony od grilla dywan oraz ludzie, którzy zaliczyli zgon i leżeli gdzie popadnie. Wśród nich Tommy i Heather, Vince, Mick, półnagie dziewczyny, ludzie których Nikki w ogóle nie znał, albo przynajmniej w tej chwili nie kojarzył. Nigdzie nie było Stevena, co zastanowiło przez moment Nikki'ego, ale łomotanie do drzwi było w tej chwili ważniejsze. Sixx dopadł do klamki i już miał otwierać, kiedy poczuł, że będzie wymiotował.
-Momencik - wrzasnął w stronę drzwi i puścił pawia do ogromnej doniczki z fikusem. W końcu otworzył. Na ganku stało dwóch policjantów.
-Że hałas w nocy, tak? - Zaczął Nikki - Wiecie, były małe party i być może troszeczkę za głośno puszczałem muzykę, ale to chyba nie powód żeby nasyłać tu psiar ... eee panów policjantów. 
-Pan Nikki Sixx? - Zapytał jeden.
-Taa, to ja.
-Dostaliśmy zgłoszenie o popełnionym w tym domu, wczoraj, czynie karalnym.
-Od kiedy impreza dla przyjaciela jest czynem karalnym? 
-Dziś rano, zgłosiła się do nas kobieta, która uważa, że podczas tej imprezy, w pańskim domu, została odurzona nieznaną jej substancją i zgwałcona - powiedział funkcjonariusz, a Nikki'emu opadła dolna szczęka.
-Jakkk to ... zz ... zgwałcona?
-Ponieważ do przestępstwa doszło na terenie pańskiej posiadłości i był Pan gospodarzem przyjęcia, musimy zabrać Pana na komisariat, celem przeprowadzenia przesłuchania i spisania zeznań.
-Jestem zatrzymany?
-Obawiam się, że tak.
-Kto jest zatrzymany? - Padło pytanie z głębi domu i za moment w drzwiach pojawił się Vince.
-Gości przesłuchamy potem - dodał drugi policjant widząc Vince'a.
-Nikki, co się dzieje? - Zapytał zaspany Neil.
-Nie mam pojęcia. To jakaś pomyłka - odparł zwracając się do mundurowego - nikt tu nikogo nie zgwałcił!
-Proszę się uspokoić, bo będziemy musieli założyć Panu kajdanki.
-A pierdolcie się! Nie macie prawa mnie tu nachodzić i straszyć jakimiś z dupy informacjami! - Zaczął się awanturować Nikki. 
-Zaraz, zaraz. Panowie - wtrącił się Vince - a kogo niby zgwałcono?
-Ofiarą jest Sammantha Cuddy, dziennikarka Rolling Stone - odpowiedział policjant, a Nikki'emu wnet przypomniał się artykuł o Stevenie.
-Jak .. Co ona ... Jak ona się tu znalazła!? - Zapytał zmieszany Nikki.
-Pozwoli Pan, że będziemy kontynuować tę rozmowę na komendzie, proszę z nami Panie Sixx - powiedział funkcjonariusz i wskazał drogę do samochodu.
-Vince! Powiadom adwokata! I znajdź Stevena! - Rzucił Nikki, gdy policjanci pakowali go do radiowozu. Vince stał na schodach i próbował połączyć fakty. Uświadomił sobie, że ta dziewczyna, kimkolwiek była, musiała przyjść z nim wraz z innymi z baru Rainbow. Tylko po co? Dlaczego dziennikarka miałaby wkraść się na imprezę do Nikki'ego? Nie było czasu na zastanowienia, trzeba było pomóc Nikki'emu. Czy Steven też mógł mieć kłopoty? Dlaczego Nikki kazał go znaleźć? Vince wrócił do środka, żeby poinformować innych o tym co zaszło.
Tymczasem Steven leżał na plaży. Jego skórzana kurtka, która wcześniej przemiękła teraz pomarszczyła się od słońca. W ustach czuł słony smak oceanu oraz piasek, który chrzęścił mu w zębach. Otworzył oczy i momentalnie z powrotem je przymknął. Promienie słońca za bardzo go raziły. Właściwie nie widział słońca tylko bardzo jasną plamę, przypominającą tunel. Umarłem? -Pomyślał. Pewnie tak. Tylko zmarli widzą światełko w tunelu. Powoli wstał i rozejrzał się wkoło. Ze zdziwieniem stwierdził, że gdziekolwiek trafił po śmierci, miejsce to wygląda dokładnie tak samo jak plaża za domem Nikki'ego. Poza tym był rozczarowany, że jego dusza, która zapewne odłączyła się od ciała, nie może zlokalizować zwłok. Dziwne. Pewnie ocean zabrał moje ciało. Spojrzał na dom. Nie dochodziły do niego żadne dźwięki. Żadnej rozmowy, muzyki. Nic. Ciekawe czy po mnie płaczą  - pomyślał Steven i skierował się na taras. Po chwili stał przy przeszklonych drzwiach, z których miał doskonały widok na salon. Zauważył, że w środku siedzą Mick, Vince, Tommy i Heather. Wszyscy jacyś zamyśleni. Wyraźnie coś ich trapiło. Heather nawet płakała a Tommy starał się ją uspokoić. Steven zapragnął wejść do środka. Uznał, że skoro jest duchem, to może spróbować przeniknąć przez drzwi. Ruszył przed siebie i rąbnął w szybę niczym rozpędzona mucha w okno. I teraz dopiero zrobił sobie krzywdę. Narobił tyle hałasu, że wszyscy z salonu zerwali się na równe nogi i podbiegi do niego. 
-Steven! Wszędzie cię szukałem! - Zaczął Vince i pomógł Tylerowi wstać.
-Coś ty sobie myślał? - Zapytał Mick mając na myśli jego próbę przejścia przez oszklone drzwi - Masz rozcięte czoło - wskazał palcem na stróżkę krwi, która pociekła Stevenowi znad lewego oka.
-Skoro jednak żyję to czemu dalej macie takie miny jakby się coś stało - zapytał Steven ignorując pytanie Micka.
-Bo się stało - zaczął Tommy - była tu policja i zabrali Nikki'ego.
-Jak to? - Dopytywał Steven.
-Okazało się, że na imprezie była ta dziennikarka, która napisała o tobie artykuł w Rolling Stone, i teraz oskarża kogoś z obecnych na zabawie o gwałt. 
-Steven. Myślę, że masz problem - dodał Mick - Jeśli ona dowie się o tym, że byłeś na tej imprezie to może oskarżyć o ten gwałt Ciebie ... 
-Racja. Tym bardziej, że ona twierdzi, że nie pamięta kto to był, ale w oczach policji będziesz głównym podejrzanym. Miałeś motyw. Zemsta za artykuł - odparł Vince. 
-Jestem w dupie ... - wyszeptał Tyler - Ale ... przecież ja cały czas leżałem na plaży!
-To prawda. Znalazłem Cię tam - podchwycił Mick.
-Zawsze to jakieś alibi - westchnął Steven.
-Ciekawe tylko, kto nam uwierzy - zasmucił się Vince.

__________________________________________________________________
16 października 1988 roku, przed hotelem Royal Palms Resort and Spa, Phoenix


-Przepraszam? Czy widział Pan może pieska? Takiego białego, rasy York? - Zapytał w recepcji Kirk. Wspomnienie o Ellen, a potem wydarzenia z Ingeborg sprawiły, że Kirk zapomniał o Kwirku. Teraz wszyscy musieli już jechać w dalszą trasę, a on nie mógł nigdzie znaleźć pieska. Nie było go w apartamencie ani na korytarzu.
-Gdzie on się podział? Przecież ostatnio leżał zwinięty w kulkę na moich ubraniach.
-Kirk! Jedziemy już! - Wołał na kolegę Lars.
-Nie mogę! Nigdzie nie ma Kwirka.
-Wziąłeś ślub z tym kundlem?! Pospiesz się! 
-Nie pojadę bez niego - upierał się Hammett. Z pokoju wynurzyła się Ingeborg - Jeszcze ta - powiedział do siebie - Ingeborg? Podejdź - zawołał dziewczynę do siebie - Wiesz, że wyjeżdżamy i nie możesz jechać z nami? 
-Warum?
-Po prostu. Nie możesz i koniec. 
-Ale ty muszisz mi pomócz - zaczęła.
-Boże święty, w czym? W czym ja ci mogę pomóc i w ogóle czemu ja? Czy ja wyglądam na Matkę Teresę? - Odparł zdenerwowany Kirk.
-Muszisz mi pomócz żostacz modelką - powiedziała, a Kirk spojrzał na nią tak jakby niedosłyszał. 
-Ale ... jak? Ja jestem muzykiem a nie jakimś tam projektantem czy guru mody! Nie znam nikogo z tej branży. Dlaczego ja?
-Bo żnam tylko cziebie - odparła i spuściła wzrok.
-Ale ja nie jestem w stanie ci pomóc - starał się jej wyjaśnić sytuację, choć kiedy tak patrzył na szczupłą Niemkę pomyślał, że wygląda jak rasowy wieszak na ubrania i zapewne na wybiegu prezentowałaby się znakomicie. 
-To jeszcze nie wszysztko - dodała, ciągle nie patrząc na Kirka - Ja ... jesztem tu nielegalnie. Potrzebuję Grüne Karte. Zielona Karta - ostatnie słowa prawie wyszeptała, a Kirk zaniemówił na moment. W końcu otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale żadne słowa nie chciały przejść mu przez gardło. Westchnął.
-Ingeborg. Nie mogę się z tobą ożenić - powiedział tak samo cicho jak ona wcześniej - wiesz, formalnie mam ciągle żonę. Nie rozwiodłem się jeszcze z Rebeccą. I ... jest ktoś ... na kim mi bardzo zależy. Przepraszam. Nie mogę.
-Kirk! Kucharz mówi, że twój pies opierdolił kilogram mielonego mięsa, kto za to zapłaci?! - Przerwał im James. 
-W dodatku muszą wezwać sanepid - dodał Jason ciągnąc swój bagaż do windy.
-Nie stój jak Żyd do rozstrzelania. Idź tam - ponaglił go James - I zacznij się wreszcie pakować - Kirk nie wiedział co ma zrobić. Ingeborg totalnie zaskoczyła go swoją prośbą. Prośbą, która była nie do spełnienia. Jak miał to niby zrobić? 
-Muszę iść - powiedział do niej i skierował się do kuchni hotelowej, skąd odebrał pękatego jak nigdy dotąd Kwirka. Mała, biała kulka była teraz zaokrąglona bardziej niż kiedykolwiek. Łapki zdawały się ledwie wystawać z nażartego do granic możliwości ciałka. Ten widok był nawet zabawny, ale Kirk jakoś nie potrafił się roześmiać. Obiecał, że przyśle czek za zjedzone mięso i przeprosił kierownika kuchni, po czym wrócił na piętro żeby się spakować. Na korytarzu ciągle stała Ingeborg i teraz patrzyła na niego prawie błagalnie. Podszedł do niej i wciągnął ją za rękę do pokoju.
-Chciałbym ci pomóc, ale to ponad moje możliwości - zaczął i sięgnął po portfel, z którego wyjął plik banknotów - weź te pieniądze, tylko tyle mogę zrobić - jednak Ingeborg nawet nie wyciągnęła dłoni żeby je przyjąć. Ciągle tylko patrzyła na niego swoimi wielkimi zielonymi oczami, które wcześniej tak bardzo przypominały mu oczy Ellen, ale teraz spojrzenie Ingeborg było smutne. W ostatecznym rezultacie zupełnie różniło się od roześmianych oczu Ellen, które zapamiętał z ich ostatniej rozmowy w hotelu Ritz. Kirk zostawił więc pieniądze na komodzie i zaczął się pakować w ciszy. Kiedy skończył, spojrzał jeszcze raz na Ingeborg. Zgarnął Kwirka z tapczanu i pociągnął torbę na kółkach w stronę drzwi.
-Nie możesz tu zostać. Zaraz kończy się doba hotelowa - zwrócił się ostatni raz do dziewczyny. Ingeborg wstała bez słowa i poczłapała na korytarz mijając Kirka, potem skręciła do windy, nacisnęła przycisk i zniknęła w jej wnętrzu. Kirk stał jeszcze chwilę w progu po czym w końcu zamknął drzwi i również skierował się do windy. Przed hotelem czekali już Lars, James i Jason.
-Twoja dziewczyna nie jedzie z nami? -Zagadnął Lars - Wyszła kilka minut przed tobą i poszła gdzieś przed siebie.
-To nie jest moja dziewczyna - wybąkał i załadował swoje bagaże do busa. 
-Wydawało mi się, że wy dwoje ... - drążył temat Ulrich.
-Zamknij się Lars - przerwał mu wypowiedź Kirk.
-Dobra, już. Czego się boczysz? Okres masz, czy co? - Odbąknął urażony Duńczyk i zajął swoje miejsce w busie, który zawiózł wszystkich na lotnisko.
____________________________________________________________________

17 października 1988 roku Amalie Arena przed koncertem KISS, Miami

Nadszedł dzień koncertu KISS w Miami. Amalie Arena była już wypełniona po brzegi fanami zespołu. Pomimo, że członkowie grupy aktualnie występowali bez scenicznego make-upu to niektórzy ludzie przyszli poprzebierani w kultowe już stroje KISS. W całym obiekcie roiło się od podróbek Starchild, czy Demona. 
Paul biegał po garderobie i powtarzał tekst "Forever", a Gene siedział na taborecie i patrzył z politowaniem na kolegę.
-Paul. Nie możesz dziś zaśpiewać "Forever" - wypalił w końcu. 
-Co? Dlaczego? - Zapytał zdezorientowany Stanley i zatrzymał się na środku pokoju.
-Nie możemy zmieniać setlisty. Nasi fani nie znają tej piosenki, a poza tym popatrz - Gene starał się za wszelką cenę odwieść przyjaciela od szalonego pomysłu - jak zadedykujesz ten utwór na scenie to zaraz prasa to podchwyci i nie dadzą ci żyć. Nie wspominając o Ellen, jeśli wymienisz jej imię. Ty jesteś gwiazdą. Ona tylko skromną dziewczyną, której życie zamieni się w piekło po takich rewelacjach. Chcesz żeby paparazzi łazili za nią krok w krok? 
-No nieee - Paul zaczął się wahać - chyba masz rację. Gene, co ja bym bez ciebie zrobił - odparł, a Simmons odetchnął z ulgą.
-No tak, bez mojej pomocy nawet droga do kibla by ci się pojebała - wyszeptał Gene sam do siebie, tak cicho że Paul nie mógł go usłyszeć.
-Ale wiesz, mam pomysł - kontynuował swój wątek Paul - ostatnio miałem sen ... z Ellen - kiedy wypowiadał jej imię Gene wstrzymał oddech, przeczuwając, że zaraz przyjaciel zaskoczy go kolejną fanaberią - i pomyślałem, że ona ... Powinniśmy nagrać teledysk. Z Ellen - powiedział. No pięknie, kurwa. Z deszczu pod rynnę -pomyślał Gene -Przecież jej za parę godzin już tu nie będzie.
-Eeee. Teledysk? W sensie videoclip? 
-Nie, kurwa, animację rysunkową metodą poklatkową! Jak Ellen wystąpi w teledysku, to już nie będzie anonimowa, tak? Zrobię z niej gwiazdę! I wiesz, najlepiej jak zaraz ją o tym poinformuję - dodał i skierował się do drzwi. Gene zareagował natychmiast.
-Ale wiesz, ona jest pewnie zajęta teraz, może jej nie przeszkadzajmy?
-To tylko moment. Powiem jej o tym pomyśle, a resztę omówimy po koncercie.
-To może ja jej powiem, co?
-Czemu Ty. To mój pomysł, poza tym chcę ją zaprosić na randkę. Zrobię jej niespodziankę i podczas kolacji zaśpiewam jej "Forever" - odparł Paul. No kurwa, na pewno padnie z wrażenia - pomyślał Gene, któremu grunt zaczął się palić pod nogami i nic nie mógł z tym zrobić. Wszystko zmierzało do katastrofy.

23 października 2014

Heavy Birthday!!

Dziś swoje 50-te urodziny obchodzi człowiek, który założył się z Yeti o to kto dłużej nie obetnie włosów.

Chodzi oczywiście o basistę Metalliki, znanego jako

Roberto Agustín Miguel Santiago Samuel Trujillo Veracruz!!!

Wszystkiego najlepszego!


W prezencie od Larsa będzie pewnie pozew ... ;)

19 października 2014

Komunikat

Co się stało?
Padło 1000 wyświetleń. 
Mam wrażenie, że to sporo, biorąc pod uwagę, że blog wisi na Internetach od sierpnia, czyli jakieś dwa miesiące, z czego przez miesiąc nie opublikowałam nic. 

Zauważyłam też, że potraficie nabić nawet 100 wyświetleń dziennie.
No i chciałabym podziękować, choć nie bardzo wiem komu.

Więc skoro statystyka jest zadowalająca (bo jest - mnie zadowala), to czemu odzew w komentarzach jest znikomy?
Zastanawiało mnie to od jakiegoś czasu i doszłam do następujących wniosków:

*być może wcale nie potrafię napisać dobrego, wciągającego opowiadania?
*może "Dream on" po prostu nie trafia w gusta czytelników?
*czy to wina źle dobranych bohaterów, narracji, a może moja?

Co zrobię?
Najprościej byłoby zamknąć bloga, ale zwyczajnie szkoda mi tego, co już zrobiłam, no i jakoś wkręciłam się w tę historię Ellen i Kirka i chciałabym doprowadzić ją do końca.
Jednakże z drugiej strony, skoro na opowiadaniu zależy tylko mnie, to mogę je sobie pisać, tak jak wcześniej "do szuflady" i nie narzucać się z tym innym. 

Decyzja jest następująca: będę kontynuować pisanie rozdziałów, ale nie będę ich póki co publikować. Czas pokaże, czy znajdą się osoby zainteresowane rozwojem wypadków. Jeśli tak - zacznę dodawać kolejne rozdziały, jeśli nie - blog umrze śmiercią naturalną i łatwiej mi będzie go zamknąć. 

Chyba tyle mojego biadolenia. 
Miało być jeszcze post scriptum, ale sobie darowałam.

17 października 2014

Dream on XVIII

15 października 1988 roku, LAX Internationale LA Airport

Co mam właściwie lepszego do roboty? - Steven zapytał sam siebie mając na myśli "niespodziankę" którą szykuje mu Nikki. Rozważał ten pomysł przez chwilę i ostatecznie postanowił skorzystać z zaproszenia kolegi. Trasa się skończyła, rozstał się z Teresą, czekał go proces w sądzie przeciwko dziennikarce Rolling Stone ... Chyba należała mu się chwila wytchnienia? A gdzie lepiej zapomina się o problemach jak nie w słonecznym Los Angeles w towarzystwie Nikki'ego Sixx'a? Choć akurat towarzystwo basisty Motley Crue wcale nie wykluczało bezproblemowej zabawy, ale tego Steven nie brał pod uwagę. -Nikki obiecał, że będzie bez przypału - powtórzył Tyler w myślach, kiedy jego prywatny samolot lądował na LAX Internationale Los Angeles Airport. W podróży nie mógł mu towarzyszyć Joe, gdyż obiecał Billie, że spędzą razem trochę czasu. Steven już dawno nie czuł się tak samotny. Teresy i tak w większości nigdy przy nim nie było, ale ... ale wiedział, że gdzieś tam jest i że może na nią liczyć w razie czego. Teraz nie mógł. Joe - jego "brat" - zawsze u jego boku, teraz wybrał rodzinne gniazdko aniżeli wspieranie przyjaciela. Po sprawie z Samanthą Cuddy tylko Nikki zadzwonił, by zapytać jak się czuje. Steven lubił tego chłopaka z San Jose. Był bezczelny, wyszczekany, zdolny i przystojny. Czyli miał wszystko to, co w mniemaniu Stevena powinna mieć gwiazda rocka. W dodatku Nikki patrzył na Tylera jak na Boga. We dwóch mogliby założyć jakieś kółko wzajemnej adoracji i na zmianę bić sobie brawo. -Szkoda tylko, że Nikki zapomniał mnie odebrać z lotniska - pomyślał Steven rozglądając się smętnie po pustym pasażu. Tymczasem Nikki wcale nie zapomniał o Stevenie, oni po prostu wcale nie umówili się na powitanie na lotnisku, ale o tym z kolei Tyler nie pamiętał. Wyszedł na gwarną ulicę Los Angeles i złapał taksówkę. 
Podczas kiedy taksówka Stevena stała w korku, w domu Nikki'ego trwały przygotowania do imprezy, która pomału zaczynała nabierać rumieńców.
____________________________________________________________________
15 października 1988 roku, dom Nikki'ego Sixx'a, Hidden Hills, Los Angeles

 Dom w Hidden Hills pękał w szwach od nadmiaru gości. Nie wszystkich zaprosił Nikki, ale wiadomość o bibie rozeszła się lotem błyskawicy i ludzie sami pchali się drzwiami i oknami. Sixx nawet nie starał się już tego kontrolować. Alkoholu było tyle, że można by pomyśleć, że jest czerpany z jakiejś studni za domem, narkotyki przyniósł prawie każdy, a nawet jeśli nie miał własnych, to w tłumie ludzi bez trudu można było namierzyć dilera. Muzyka grała głośno. Za głośno. Sąsiad Nikki'ego narzekał, że nie może oglądać jakiegoś programu w telewizji. 
-Tym gorzej dla niego - odparł wstawiony już Nikki rozpalając grilla na środku salonu - Gdzie Vince? - zapytał Micka, ale ten już przed rozpoczęciem świętowania był wstawiony i drzemał pod stołem. Tymczasem Vince był w Rainbow i rekrutował panienki na imprezę. Tommy powiedział, że wpadną z Heather później, ale jeśli ludzie będą odpierdalać za dużo dziwactw, to z miejsca się wynoszą. Lee nie chciał żeby wrażliwe oczy jego ukochanej zobaczyły za dużo typowego rock'n'rollowego życia. W sumie chciał tylko przedstawić Heather Stevenowi, więc ich przyjazd był planowany na późniejszą godzinę. 
-Steven! - Krzyknął uradowany Nikki na widok swojego idola - Niech no Cię uściskam!
-Ferny!*-Wrzasnął Tyler i poczochrał włosy Nikkiego, kiedy ten do niego podbiegł.
______________________________________________________________
*fern - z angielskiego paproć, w opowiadaniu Steven nazywa tak Nikk'iego gdyż uważa że jego włosy przypominają rosnącą w doniczce paprotkę :)
______________________________________________________________
-Mam nadzieję, że już tyle nie ćpasz - zapytał poważnym tonem Steven, jakby przypomniał sobie ich rozmowę telefoniczną z sierpnia, kiedy to postanowił pouczyć Nikki'ego o zdrowym trybie życia.
-Jasna sprawa - skłamał Sixx - zobacz, to wszystko dla Ciebie - dodał, zmieniając temat i wskazał ręką na dom pełen gości, chętnych panienek, alkoholu i innych polepszaczy nastroju - Dziś jesteśmy Królami Nocy - zakomenderował Nikki i poprowadził Stevena do salonu.
-To co? Rock the Night? - Zapytał Steven patrząc z podziwem na pracę Nikki'ego.
-Rock the Night!
__________________________________________________________________________________
15 października 1988 roku, hotel Royal Palms Resort and Spa, Phoenix

Tajemnicza, milcząca prostytutka Jngeborg przyczepiła się do gitarzysty Metalliki jak rzep do psiego ogona. I nikt nie wiedział dlaczego. W noc, kiedy Kirk usłyszał w TV o KISS i przypomniał sobie o Ellen, Ingeborg jakby spadła z Księżyca i uporczywie nie odstępowała Kirka nawet na krok. To było irytujące. Gdy dotarli razem do hotelu, Kirk pozwolił spać Himmler - jak ją nazwał - w swoim łóżku, a on sam zainstalował się na kanapie. I tak nie mógł zasnąć, ale w końcu, nad ranem przegrał walkę z Morfeuszem* i odpłynął do krainy snu.
_______________________________________________________________
*Morfeusz - w mitologii greckiej bóg i uosobienie marzeń sennych.
________________________________________________________________
O świecie do hotelu zwaliła się reszta chłopaków z Metalliki. Byli w świetnym nastroju. Nic zresztą w tym dziwnego. Lars przez cały czas nawijał wszystkim o tym co przydarzyło im się po koncercie.
-Wyobrażasz sobie? Szorowało nas pod prysznicem siedem, napalonych lasek! A jakie cuda one potrafią robić ustami! - Emocjonował się zwierzając się boy'owi hotelowemu.
-Nie na darmo nazywają się ORALNY Klub ROZKOSZY - przypomniał mu James.
-Kurwa! Ja je chyba zatrudnię! - Dodał jak zwykle myślący w kategoriach biznesu Duńczyk.
-Hej! A co wy na to, żeby zrobić jakiś kawał Kirkowi? Musi tu być gdzieś, w tym hotelu - zaproponował Jason a na ustach Larsa i Jamesa pojawiły się szerokie uśmiechy. 
-Chodźmy do jego pokoju - powiedzieli i zakradli się do apartamentu Kirka jakby byli na wojnie i zadanie wymagało absolutnej ciszy. Łóżko było puste. Było widać, że ktoś na nim spał, ale w pokoju nikogo nie było. Ingeborg wstała wcześnie słysząc męskie głosy w korytarzu i ukryła się w łazience, ale o tym panowie z Metalliki nie wiedzieli. 
-Gdzie on kurwa jest - zapytał szeptem Lars.
-Sprawdź pod łóżkiem - odparł James, który właśnie dostał ataku głupawki i nie mógł powstrzymać śmiechu.
-Mam pomysł - rzucił Jason i podreptał na palcach do windy. Wrócił w przeciągu kilku minut tachając z kuchni hotelowej wielką beczkę sosu pomidorowego. Wszyscy zrozumieli cel zadania bez słów. Zdjęli pościel z łóżka, wysmarowali je całe sosem i przykryli jak gdyby nigdy nic. Gdy skończyli, usłyszeli czyjeś kroki w przejściówce apartamentu. Kirk obudził się obolały na kanapie i kierował się do sypialni. 
-Szybko, do szafy - zarządził Lars. Jamesa musieli wszyscy trzymać za twarz, bo nie potrafił pohamować śmiechu. Kirk spojrzał na zasłane łóżko i uznał, że to na pewno robota Ingeborg. Miło z jej strony, że pościeliła - pomyślał, a ponieważ nie wyspał się na kanapie to postanowił glebnąć się chwilę na łóżku. Zanim się położył stwierdził ze zdziwieniem, że w całym pokoju pachnie czymś co przypomina sos do sphagetti, ale nie zastanawiał się nad tym długo. Rzucił się na łóżko i spostrzegł, że zatapia się w czymś co wydało mu się dziwną mazią. 
-Jak fantastycznie miękkie jest to łóżko w porównaniu z kanapą - wyszeptał, a szafa aż zatrzęsła się od tłumionych śmiechów. Jednak po chwili Kirk poczuł, że pościel jest mokra. Ocknął się i podniósł ręce do góry. Były umazane w dziwnej czerwonej substancji. Hammett zerwał się i usiadł na łóżku. Sos pomidorowy miał na połowie twarzy, włosach, rękach i ubraniu. Przez moment w ogóle nie załapał co się dzieje, aż z szafy wytoczyli się jego koledzy zanosząc się od śmiechu.
-Ja pierdolę! Wyglądasz jak potwór z bagien - rechotał James.
-Kurwa! Jakbyś grał w "Egzorcyście" - dodał Lars.
-Kirk Hammett w sosie pomidorowym, podano do stołu - wypalił Jason.
-O tak! Powinniśmy wsadzić mu w ryj jabłko i opiekać na ruszcie - podchwycił pomysł Lars.
-Co się nagle, kurwa, wydarzyło, że nabijacie się ze mnie a nie z Jasona?- Zapytał w końcu Kirk, którego dowcip ani trochę nie rozbawił - Jak nie siedzę z wami w kiblu i nie patrzę jak dwie dziwki obciągają wam na zmianę to jest powód, żeby się kurwa śmiać! Tak?! -Kirk prawie krzyczał. Lars spoważniał w mgnieniu oka, James też a Jason stał z miną mówiącą jakby właśnie przypomniał sobie czasy, kiedy to on był głównym obiektem kpin i też nie było mu do śmiechu. 
-Z drogi, kurwa, idę się umyć - Kirk przeszedł do łazienki przepychając się przez kolegów. Szarpnął za klamkę, otworzył drzwi i ... padł jak długi od uderzenia. Lars, James i Jason podbiegli by zobaczyć co się stało. Lars pierwszy przekroczył próg i całe szczęście, bo z racji tego, że był niższy uniknął kolejnego ciosu.
-Co do chuja! - Wrzasnął kiedy suszarka do włosów przeleciała mu przed twarzą. Do łazienki wpadli James i Jason. 
-Hej, to ta dziewczyna z Klubu Oralnego - obwieścił James - ta, której brakowało.
-Proszę, proszę - powiedział Lars i wyrwał Ingeborg suszarkę z rąk - czyli jednak Kirk też się dobrze bawił. Chciałaś mnie kurwa zabić?! - Spytał odkładając jej "zabójczą broń" na półkę. Ingeborg stała jak wryta. Oczy miała jeszcze większe niż normalnie. 
-Lars, kurwa, zejdź Kirkowi z palców - zawołał nagle Jason i Ulrich posłusznie przestawił ciężki but z dłoni gitarzysty na posadzkę - trzeba go podnieść - dodał. James i Jason złapali Kirka pod ręce i zaciągnęli do dużej wanny. Prezentował się wybitnie żałośnie. Uderzenie Ingeborg złamało mu chyba nos, ale krwi i tak nie można było odróżnić od sosu pomidorowego. 
-Kurwa, tylko żeby nikt go tak nie znalazł - zaczął Lars - on, kurwa, wygląda jak ofiara morderstwa w tej wannie. Co robimy? 
-Jajco. Niech leży. Ocknie się, umyje i gitara - odparł James, któremu porównanie Kirka do ofiary rytualnej zbrodni bardzo się spodobało - Dajcie aparat! - Wykrzyknął nagle i Jason poleciał po swój Polaroid. Zrobili kilka zdjęć i przez moment zastanawiali się czy nie wysłać tego do jakiegoś brukowca z lipną informacją, że ich gitarzystę zamordowali członkowie sekty satanistycznej. James odzyskał humor i zamierzał jeszcze coś odświrować. Lars i Jason natomiast postanowili mu towarzyszyć. Opuszczając łazienkę Lars zwrócił się do dziewczyny:
-No. Zajmij się swoim kochasiem, to w końcu ty go znokautowałaś.

 __________________________________________________________
Ponownie w Hidden Hills

Impreza u Nikki'ego trwała w najlepsze. Heather tak się spodobało, że ku zdziwieniu Tommy'ego postanowiła zostać dłużej. Tylko Vince ciągle nie dotarł na miejsce. Widocznie zasiedział się w Rainbow. Steven siedział na kanapie i próbował nawiązać konwersację z jedną z dziewczyn. 
-Siedzę w moim domu na Manui i napierdalam w harmonijkę i mówię: "Hej, wyjdę sobie na dwór, dwadzieścia dni nie wychodziłem", patrzę a tam minus 20 stopni no to zakładam pingle przeciwdeszczowe i popierdalam w klapkach przez ten śnieg. I zrobiłem bałwana i jeszcze drugiego, bo zajebisty mi wyszedł i biegnę przez ulicę a tam czerwone światło i ciężarówka jedzie Coca-Coli i mówię: "Ja pierdolę", zawracam bo szlag mnie trafił, jebany ... Czaisz? - wypowiedź Tylera nie miała najmniejszego sensu, gdyż był już pijany. Na Manui, która jest egzotyczną wyspą nie pada przecież śnieg, ale dziewczyny która udawała, że słucha, wcale to nie zaskoczyło. 
-Przelecisz mnie? -Wypaliła w odpowiedzi na Stevenową historyjkę o niczym.
-Sorry, nie rucham dziewczyn, które mają ryj jak maska gazowa - odparł i podniósł się z kanapy. Po mimo, że dom był pełen ludzi, którzy go uwielbiali, Steven czuł się wyalienowany. Wziął trzy butelki Danielsa i podreptał na plażę za domem. Wlazł do oceanu z flaszką w ręce. Woda była zimna a fale silne. Jedna z tych fal wytrąciła mu Jacka Danielsa i poniosła go na brzeg. Wziął kolejną butelkę i usiadł na mokrym pisaku. Ocean rytmicznie podchodził do jego ciała i wracał. Po kilu minutach Steven miał już mokre włosy i ubranie. Przy kolejnej fali stracił przytomność. 
Wtedy do domu wpadł spóźniony Vince prowadząc ze sobą stadko dziewcząt. Nikki od razu do nich podbiegł.
-Gdzieś ty tyle był?
-Wybierałem najlepsze, popatrz.
-Dobra, nie ważne, wprowadź dziewczyny a ja wezmę Micka i poszukamy Stevena - odparł Sixx i zatoczył się po pokoju. Mick był w tym samym miejscu co na początku imprezy. Pod stołem. I nawet udało mu się zdrzemnąć. Nikki wczołgał się pod niski stół i potrząsnął Mick'iem. 
-Eee, pobudka, musimy znaleźć Stevena - zaczął. Mick otworzył oczy powoli i rozejrzał się po salonie tak jakby nie wiedział gdzie jest. Chwilę zajęło mu zrozumienie czego chce od niego Nikki. W końcu obiecał, że pomoże basiście w poszukiwaniach i ostrożnie zaczął wypełzać spod stołu. Nikki nie był na tyle rozważny i podniósł się zbyt gwałtownie uderzając głową z impetem w blat. Padł jak zabity. 
-No świetnie - bąknął Mick i poszedł pytać ludzi kto widział ostatni Stevena. W kuchni zaczepił go Tommy, szukający Nikki'ego.
-Zrobiliśmy zmianę w leżeniu pod stołem. Ja wstałem a on się glebnął - odparł Mick i poszedł na taras, skąd zobaczył coś dziwnego na plaży. Coś co wyglądało jak mały, wyrzucony na brzeg wieloryb. Gdy podszedł bliżej okazało się że to Steven, który zaliczył zgon na piasku. Spróbował go wciągnąć do środka ale Tyler zaczął mamrotać, żeby ten go zostawił. Toteż Mick nie zamierzał się z nim siłować i wrócił na imprezę. Tommy wyciągnął już Nikki'ego z jego legowiska i oznajmił mu, jako gospodarzowi imprezy, że alkohol się kończy. Niestety Nikki nie mógł nic na to poradzić, bo sam ledwie trzymał się na nogach. Tommy więc sam pognał do sklepu za rogiem. Przez ten krótki czas, gdy Nikki leżał pod stołem, wyleciało mu z głowy że miał odszukać Stevena i skupił się na wyrywaniu panienek. Jego uwagę przykuła jedna, która cały czas trzymała się na uboczu. Była jedną z tych, które na imprezę przyprowadził Vince. Schludnie ubrana, z okularami na nosie i jakimś dziwnym ustrojstwem w rękach. Książka? Cokolwiek, Nikki i tak nie zamierzał pytać. Podszedł do niej z drinkiem w ręku i zagaił:
-Jak się bawisz mała? 
-Bywało lepiej - odparła jakby znudzona.
-Masz, to ci poprawi humor - powiedział i podał jej kieliszek, który wypiła na raz - Chcesz jeszcze jeden? - Zapytał, widząc szansę, na nawiązanie znajomości.
-Chętnie - odparła.
-Zaraz wracam - powiedział i poszedł po kolejnego drinka z szampana. Gdy napełniał kieliszek dla siebie i tajemniczej dziewczyny, zawołała go Heather, pytając o Tommy'ego. Nikki uspokoił ją, że ten skoczył do sklepu i lada moment powinien wrócić. Niestety ta krótka rozmowa wystarczyła, żeby Nikki'emu pomyliły się kieliszki. Do swojego wsypał wcześniej trochę koki. 
-Po lewej chyba mój - wymamrotał do siebie - a nawet jeśli nie, to kurwa, przecież i tak wszyscy tu ćpają. Ona nie jest wyjątkiem - A jednak była. Tajemnicza dziewczyna Nikki'ego nigdy wcześniej nie brała narkotyków i drink z kokainą, który omyłkowo dał jej Sixx zadziałał na nią błyskawicznie. Jakby upiła się w sekundę. W końcu Nikki zapytał ją czy nie poszłaby z nim do łazienki, na co ta się zgodziła, a przynajmniej tak to wyglądało, bo przytaknęła ledwie głową. Była narąbana. Nikki prowadził ją za rękę a ona potykała się o własne nogi. W toalecie zdarła z siebie kieckę i rozpięła Nikki'emu spodnie. Oparła się o bezwładnie o ścianę, a Sixx zaczął ją pieprzyć. Po chwili jednak musiał przestać bo zrobiło mu się niedobrze. Przeprosił dziewczynę i wyszedł na balkon skąd puścił pawia na ulicę. A potem zemdlał. Dziewczyna w łazience, której niefortunny drink namieszał w głowie, też w końcu straciła przytomność. 
__________________________________________________________________
Ponownie w hotelu Royal Palms Resort and Spa

 Ingeborg rozebrała nieprzytomnego Kirka i zmyła z niego resztki sosu pomidorowego. Dopiero teraz było widać, jak mocno przywaliła mu suszarką. Rozcięty łuk brwiowy i złamany nos. Podreptała po apteczkę, żeby opatrzyć rany. W przedpokoju minęła pozostałych chłopaków. 
-Ej! -Zaczepił ją Lars - Jak ty się w ogóle nazywasz?
-Ingeborg - odparła cicho ale z wyraźnym akcentem, który Lars od razu rozpoznał.
-Jesteś z Niemiec? - Zapytał.
-Ja, ich bin - przytaknęła w swoim języku i poszła dalej.
-Chłopaki, co powiecie na małą "nazistowską imprezę" - zapytał pozostałych Lars, bo właśnie wpadł na pomysł, żeby dokuczyć Ingeborg. Zrobili sobie czerwone opaski na ramionach (bez swastyk, bo nie było na to czasu) i na zmianę "hailowali", gdy Ingeborg opiekowała się Kirkiem. James nazbierał przed hotelem karaluchów, i zamiast podpalać je miotaczem ognia z lakieru do włosów jak to robili kiedyś, postanowili wsadzić je do rozgrzanego piekarnika, który był częścią aneksu w apartamencie. Kiedy robale zdychały, prostowały się na moment i kurczyły z powrotem, a oni krzyczeli na nie z improwizowanym, niemieckim akcentem. W końcu Himmler nie wytrzymała. 
-Hej - starała się im przeszkodzić - To nie jeszt żabawne. Wiele milionów ludżi tak żginęło! -Krzyczała mając na myśli obozy zagłady, ale oni nie reagowali. Kirk w końcu wywlókł się z łazienki, obudzony odgłosami ich kłótni. Bolała go głowa, miał spuchniętą twarz i nos, do którego nie mógł się dotknąć. Nie pamiętał, żeby się rozbierał, a w tej chwili miał na sobie tylko szlafrok, w dodatku włosy miał mokre, jakby ktoś je umył. 
-Czego się kurwa tak drzecie - powiedział trzymając się za głowę.
-Powiecz im żeby przesztali - zwróciła się do niego Ingeborg, a z jej oczu popłynęły łzy. Wybiegła z pokoju, nie chcąc się całkiem rozkleić. 
-Jesteście pojebani jak kilo kartofli spierdalających z talerza - podsumował ich głupią zabawę i wrócił do swojego pokoju. Ingeborg siedziała na łóżku i płakała.
-Himmler, nie płacz. Oni czasami są tacy niedojebani. Zachowują się jak dzieci, ale potem są normalni - powiedział i podał jej chusteczkę - Co mi się stało? -Zapytał aby zmienić temat.
-Uderzyłam cię niechcący szuszarką. Myślałam, że to którysz ż nich. Przepraszam - odparła pociągając nosem. Kirk westchnął. 
-Dziękuję, że się mną zajęłaś - odparł - w końcu postawiłaś na swoim i tak mnie rozebrałaś - zażartował, a Ingeborg się uśmiechnęła. 
-Nicz czi nie zrhobiłam - powiedziała z niewinnym uśmiechem.
-Tak jakby złamany nos to było mało - zauważył Kirk i oboje się roześmiali - Ale chyba powinnaś już iść. Nie wiem - zawahał się przed zadaniem tego pytania - powinienem Ci zapłacić? - Zapytał niepewnie i sam odpowiedział - Pewnie, że powinienem. Za opiekę i za to, że nie pozwoliłaś im mnie bardziej upokorzyć - dodał i wstał z łóżka. Podszedł do komody i wyciągnął portfel z szafki - Ale szkoda, że nie przywaliłaś na przykład Larsowi tą suszarką - rzucił i wyciągnął do niej dłoń ze zwiniętymi banknotami.
-Nie khcę - pokręciła głową. 
-Należy ci się. Weź.
-Nein.
-To co ja mam z tobą zrobić? - Zapytał patrząc na rudowłosą dziewczynę. 
_____________________________________________________________________
16 października 1988 roku, Hidden Hills

Impreza u Nikki'ego zmarła śmiercią naturalną, kiedy wszyscy już się narąbali, albo zwyczajnie poszli spać. Dziewczyna, którą Sixx zostawił pijaną w toalecie, ocknęła się nad ranem przerażona. Miała podartą sukienkę i nigdzie nie mogła znaleźć majtek. Bolała ją głowa i było jej niedobrze. W dodatku nic nie pamiętała. Wyczołgała się z łazienki i o własnych siłach przeszła przez salon, który wyglądał jak po przejściu huraganu. Wzięła swoją torebkę i z płaczem wyszła przed dom. Złapała taksówkę i odjechała. 
_____________________________________________________________________
 Retrospekcja z dnia 14 października 1988 roku, Hotel Hilton, Miami

Gene biegał po całym hotelu w poszukiwaniu Ellen, ale czający się za każdym rogiem dziennikarze, pytający o tajemniczego samobójcę, nie ułatwiali sprawy.
-Skąd ja mam, kurwa, wiedzieć. Jakiś typek zobaczył jakiś cień na gzymsie i zrobił larum - mówił poirytowany Gene do dziennikarki z kanału 7.
-Zastanawiał się Pan, jakie mogły być motywy, które zmusiły tego człowieka do podjęcia tak radykalnego rozwiązania? Może był to fan, który nie dostał biletu na wasz koncert? - Dopytywała kobieta. Gene tradycyjnie wywrócił białkami oczu.
-Taa, na pewno jakiś desperat. Nie wiem, kurwa! Nie jestem waszą, pierdoloną wyrocznią delficką! Jak nie przestaniecie za mną łazić to sam z przyjemnością skoczę nawet z samego dachu! - Wrzasnął i odszedł zostawiając dziennikarkę samą z operatorem kamery.
-Jesteś wreszcie! - Powiedział na widok Ellen i wciągnął ją do windy po czym włączył przycisk blokady i winda zatrzymała się między piętrami - Wiesz już co powiesz Paul'owi? 
-Powinnam mu coś odpowiedzieć? Ostatecznie przez ten głupi alarm nie dokończyliśmy naszej rozmowy, nie zdążył mi nic powiedzieć.
-No pewnie, to czekaj aż ci się oświadczy na scenie - wypalił Gene mając w myślach piosenkę, którą Paul zamierzał zadedykować Ellen na najbliższym koncercie.
-Gene ... Ale ja nie wiem. Lubię go, bardzo, ale ... 
-To za mało - przerwał jej.
-Nie możesz mi kazać go pokochać - zaczęła - Lepiej odblokuj windę, zanim znów uruchomimy alarm - dodała i Gene włączył przycisk jazdy w górę, a winda ruszyła. 
-Więc muszę powstrzymać Paula zanim zrobi coś głupiego - odparł zawiedziony odpowiedzią Ellen. Chyba miał nadzieję, że dziewczyna jednak czuje coś do Paula. Winda stanęła na ich piętrze. 
-Zrób coś dla mnie - odezwał się do Ellen kiedy szli korytarzem do swoich pokoi - Przemyśl to raz jeszcze. On Cię na prawdę bardzo kocha - albo tak tylko mu się wydaje -dodał w myślach i zniknął za drzwiami swojego pokoju. 
Ellen stała na środku korytarza nie wiedząc co ma dalej robić. Zatęskniła nagle za prostym, bezproblemowym życiem w Los Angeles i pracą w Delicious Vinyl. Przemknęło jej przez myśl, żeby rzucić to wszystko i wrócić do Kalifornii.

13 października 2014

Dream on XVII

Przed tą częścią wyjątkowo wstawiam ostrzeżenie. Z uwagi na to, że jestem chora, ledwie widzę na oczy i przede wszystkim nie myślę, to zobowiązuję się ostrzec czytelników, iż ten rozdział wyszedł mi skrajnie beznadziejny. Wybaczcie. 
 _____***____________***_______________***____________***_____

13 października 1988 roku, apartament Gene'a Simmonsa, Hotel Hilton, Miami

-O czym myślisz?
-Mój przyjaciel się zakochał.
-To źle?
-Nie wiem. Chyba dobrze, ale chodzi mi o to, że nie wiem czy dobrze ulokował swoje uczucia.
-Martwisz się, że wybrał złą kobietę? - Prostytutki jak nikt znały się na życiu. Gene to doceniał. 
-Jak ty właściwie masz na imię? - Zapytał kiedy dziewczyna usiadła okrakiem na jego torsie.
-A jak chcesz, żebym się nazywała? - Odparła zadziornie, a Gene powędrował swoją dłonią po jej piersiach.
-Tu nie chodzi o to, że uważam, że ona jest "zła" - wrócił do poprzedniej rozmowy, pieszcząc jednocześnie jej włosy.
-Aaa, więc może jesteś zazdrosny ... O przyjaciela. 
-Co? Czemu?
-On się zakochał i będzie spędzał teraz więcej czasu z nią, aniżeli z tobą.
-Wiesz, boję się raczej, że ona nie odwzajemnia jego miłości i skończy to się katastrofą - odpowiedział unosząc znacząco brwi, podczas gdy dziewczyna "rysowała" palcem po jego klatce piersiowej. 
-Jakiś ty opiekuńczy - mruknęła zalotnie. 
-Co powinienem zrobić? - Zapytał raczej siebie, ale ponieważ pytanie padło na głos to będąca z nim dziewczyna poczuła się zobligowana do odpowiedzi. 
-Dowiedz się przed nim o co jej chodzi i ... - ale nie dokończyła bo spadła z hukiem na podłogę obok łóżka -Co jest! Nie podobam ci się?! - Wrzasnęła trzymając się za głowę w miejscu, gdzie za parę chwil za pewne będzie miała guza.
-Nie, nie .. Jesteś kapitalna - mówił szybko zakładając jednocześnie spodnie - przyłóż lód bo będzie siniak - dodał, mając na myśli jej upadek. Sekundę potem nie było go już w pokoju. Paula może oszukać, ale mnie powie prawdę - myślał i szedł korytarzem w kierunku pokoju Ellen. 
_____________________________________________________________
Pokój Ellen

Zapukał dwa razy i wpadł do środka nie czekając ani na zaproszenie, ani na otwarcie mu drzwi i od razu usadowił się na kanapie.
-Gene! Ja pitole, rozjebałeś się jak u siebie! - Krzyknęła Ellen na widok zachowania Simmonsa - Ale dobrze, że jesteś i tak do ciebie szłam. Masz jakieś sugestie co do stroju na najbliższy koncert?
-W co ty pogrywasz z Paulem? - Wypalił bez ogródek. 
-W. Co. Ja. Pogrywam? - Wydukała bo nie zrozumiała pytania, ale Gene nie kwapił się by je powtórzyć, tylko ponaglił ją skinieniem głowy.
-A my w coś gramy? - Zapytała w końcu niepewnie. Dalej nie wiedziała o co chodzi.
-Kurwa, w mini hokeja na lodzie! - Ripostował przewracając oczami  -Dziewczyno! Co jest między tobą a Paulem?
-Miedzy nami? Nic. Praca. Nie wiem. O co ci chodzi? Może się przyjaźnimy, to tyle - odpowiedziała zdezorientowana i autentycznie zakłopotana.
-Ja pierdolę - szepnął - ty na prawdę nic nie wiesz ... - Gene patrzył na Ellen z rozczarowaniem.
-A o czym mam wiedzieć? - Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Dziewczyna naprawdę nie rozumiała powodu, tego nagłego wtargnięcia Gene'a.
-Miałem rację - powiedział do siebie.
-W czym? Gene? Wytłumaczysz mi wreszcie o co chodzi z Paulem? - Ellen potrząsnęła Simmonsem aby wyrwać go z odrętwienia. 
-Kurwa, dziewczyno. Co tu tłumaczyć. On Cię kocha - ON CIĘ KOCHA. Ellen słyszała echo tych słów jeszcze przez dobrą minutę zanim odzyskała przytomność umysłu - W ogóle nie wiem, jak mogłaś nie zauważyć ....
-To. Niemożliwe - wyszeptała w końcu, a Gene podniósł na nią wzrok. 
-Możliwe jak diabli. Na czym stoimy?
-Co?
-Gówno. Drogą szło. Podpierało się papierkiem i udawało, że jest cukierkiem - wypalił lekko zdenerwowany - Coś taka zaskoczona? 
-Bo nie sądziłam, że ...
-Dobra. Ckliwe historie dla sprzątaczek odkładamy na potem. Mamy problem. Musisz szybko zrobić rachunek sumienia w tym swoim małym serduszku i zdecydować, czy coś czujesz do Paula, a potem ... - przerwał, bo usłyszał kroki na korytarzu. Znał ten chód. To Paul - ja jebie, on tu idzie. Muszę spierdalać. Tylko którędy?
-Na okno i stań na gzymsie! - Rzuciła Ellen. 
-No chyba cie ...- posłał jej wymowne spojrzenie.
-Szybko! Nie ma czasu! - Gene zerwał się z miejsca i wlazł na okno. Kurwa. Dziewiąte piętro - spojrzał w dół i przełknął ślinę.
-Pospiesz się! - Ponaglała Ellen, kiedy Paul już pukał do drzwi -Chwileczkę! Zaraz! Już otwieram! - Zawołała -Wlazłeś już? -Szepnęła do Gene'a i nie czekając na odpowiedź przymknęła okno i przysłoniła zasłonkę. 
-Paul - odparła siląc się na pogodny ton i udając zaskoczenie -Wejdź proszę. 
-Ślicznie dziś wyglądasz - zaczął Stanley, a stojący na gzymsie Gene wywrócił oczami jak to miał w zwyczaju.
-Dziękuję. Zawsze jesteś dla mnie taki miły. 
-Chciałem z tobą porozmawiać. 
-Słucham? - Udała zaciekawienie choć dobrze już znała cel wizyty Paula. 
-Widzisz Ellen. Mam cię za przyjaciółkę. Miło nam się rozmawia, lubię spędzać czas z tobą... -przerwał i odetchnął, po czym kontynuował - ...uważam cię za piękną, zdolną, młodą kobietę, i chciałbym abyś była dla mnie kimś więcej niż tylko ...-wtem znowu przerwał, bo w budynku włączył się alarm głoszący ewakuację. Ellen skorzystała z okazji.
-Czyżby pożar? Paul, szybko, musimy opuścić budynek - złapała go za rękę i wyciągnęła z pokoju na korytarz, skąd pobiegli schodami do recepcji. Alarm nie był przeciwpożarowy. Nigdzie się nie paliło. 
-Co się dzieje? - Zapytał recepcjonistę Paul.
-Jeden z gości hotelowych widział stojącego na gzymsie mężczyznę. Samobójca jakiś chyba. Włączyliśmy alarm, bo wtedy automatycznie zjawiają się wszystkie służby bezpieczeństwa. Oczy Ellen były rozmiarów ślepków lemura. Kurwa, Gene - pomyślała. Korzystając z zamieszania odłączyła się od Paula i wybiegła na patio przed hotelem. Dziewiąte piętro, pokój 264, na prawo od apartamentów prezydenckich - powtarzała w myślach lokalizację swojego pokoju. Spory tłum gapiów stał już przed hotelem. W oddali słychać było jadącą karetkę, policję i straż pożarną. Spojrzała na front budynku. Gdzie on jest? Chyba nie skoczył? - Zastanawiała się patrząc z dołu w okno swojego lokum. 
-Świadek mówi, że to na prawo od prezydenckich, okolice 9 - 10 piętra - usłyszała rozmowę strażaków, którzy rozpościerali płachtę przeznaczoną do skoku. Ellen natychmiast pognała do środka. Skoro nie ma go na gzymsie, to kurwa, gdzie on się podział? Chyba nie dostał skrzydeł i nie odleciał - Wpadła do swojego pokoju. Pusto. 
-Co się pani tak kręci. Ewakuacja jest - skarcił ją ochroniarz. 
-Proszę jej nie ruszać - usłyszała za sobą głos ... Gene'a, który właśnie wyszedł z pokoju 269. Miał potargane włosy i ręcznik owinięty wokół bioder. -Co tu się dzieje? -Zapytał jakby nie wiedział o co całe zamieszanie. Ellen stanęła jak wryta i gapiła się w niego jakby zobaczyła ducha.
-Żyjesz ... - wybąkała. 
-Jeszcze jak, maleńka - dodał zawadiacko i uchylił szerzej drzwi od swojego pokoju. Na łóżku trzy nagie dziewczyny okładały się poduszkami - Chcesz dołączyć? - Zażartował ciągle udając zdziwionego jej reakcją.
-Muszą państwo wyjść. Mamy tu gdzieś samobójce i jest taka procedura, że trzeba opuścić hotel do czasu zakończenia akcji - odezwał się w końcu ochroniarz. 
-Samobójcę? - Prychnął Gene - Też nie mają skąd skakać. W San Francisco mają, cały kurwa, Golden Bridge do dyspozycji. Dziewczyny, idziemy - zawołał na swoje towarzyszki. Przechodząc obok Ellen puścił do niej oko a potem posłał jej znaczące spojrzenie. Karcące. Jakby chciał powiedzieć: "Ciągle mamy problem".

_________________________________________________________________________
14 października 1988 roku, dom Nikki'ego Sixx'a, Hidden Hills, Los Angeles
-Jak się trzymasz? 
-Chujowo i gówniano. Jak ktoś, kto jednego dnia jest bożyszczem nastolatek, a następnego uzależnionym zboczeńcem, którego wytykają palcami.
-Spójrz na to od innej strony. Jesteś znowu wolny, możesz robić co chcesz ...
-I co z tego?
Na przykład to, że mam dla ciebie specjalny prezent pocieszycielsko-rozwodowy.
-Stać mnie na dziwki, dzięki Nikki.
-Co robisz jutro? Masz czas?
-Zasadniczo tak ...
-Więc odwiedź starego przyjaciela w Mieście Aniołów.
-To drugi koniec Stanów, kurwa, bracie!
-Wsiadasz w samolot, kilka godzin i jesteś. No weź. Naharowałem się tu, żeby wszystko przygotować. Doceń to.
-Dobra. Ale bez przypałów, bo mam dosyć problemów.
-Się wie. To do zobaczenia jutro.
-Dzięki ... Chyba. Mam nadzieję, że nie pożałuję.
-Steven, bracie. Zaprawdę powiadam ci, że jutro ze mną będziesz w raju.
____________________________________________________________________
14 października 1988 roku, backstage po koncercie Metalliki na Stadionie Uniwersyteckim, Phoenix, Arizona

Doris znowu się spisała, a Lars, który od czasu dołączenia ogromnej statuy do obsady koncertowej, urósł z zachwytu co najmniej kilka centymetrów, wymusił na pozostałych członkach zespołu następujące słowa uznania: "Tak, Ty Lars Ulrich jesteś wirtuozem i ekspertem w dziedzinie urozmaicania naszych występów. Obyś żył wiecznie". James nie omieszkał dodać czegoś w stylu "bla, bla, bla", ale Lars się tym nie przejął. Najważniejsze było to, że wszyscy o niech mówili. No. Prawie wszyscy.
-Ej! Patrzcie co dają na kanale 7 - zawołał kolegów Jason.
-Czyżby znowu zgłębiali mój niedościgniony geniusz? - Zapytał Lars, pusząc się niczym paw.
-Nie tym razem. Pokazują relację z Hotelu Hilton w Miami. Spikerka powiedziała, że mieli tam wczoraj samobójcę.
-Wielkie rzeczy. Tysiące ludzi dziennie umiera i nie mówią o tym w wiadomościach - skwitował James.
-Ale w tym hotelu zatrzymali się chłopaki z KISS. Pokazują wywiad z Eric'iem i Genem - dodał Jason.
-KISS? - Zapytał Kirk jakby nagle o czymś sobie przypomniał.
-No tak. Pytają ich o całe zajście - komentował wydarzenia z telewizji Jason.
-... jednak do chwili obecnej nie udało się namierzyć domniemanego samobójcy. Policja przesłuchuje świadków i gości hotelu, wśród których jest popularny zespół KISS  - donosił głos z odbiornika. Kirk przepchnął się do przodu, aby lepiej widzieć ekran i podgłośnił TV.
-Póki co, to tyle informacji z Florydy. Zapraszamy na prognozę pogody - dodał kobiecy głos z telewizji. Wszyscy zaczęli się już rozchodzić, tylko Kirk wgapiał się w monitor jakby czegoś szukał.
-Bo cię wciągnie - rzucił James, ale gitarzysta nie zareagował, tylko smętnie odszedł w kierunku szatni. Tymczasem menadżer Metalliki, którym był niezmiennie Bobby Schneider, postanowił wynagrodzić zespół za tak efektowny powrót na trasę.
-Panowie, przedstawiam Wam dziewczyny, które dziś się wami zajmą - powiedział i wskazał ręką na osiem pięknych pań, przebranych za lolity - dla każdego po dwie - dodał, a Lars przetarł oczy.
-Cześć chłopaki - zaczęła jedna - Wita was Oralny Klub Rozkoszy Annie - na co James omal nie wypuścił z ręki hamburgera.
-O żesz Ty ... Kirk! - Krzyknął Lars - Chodź bo stracisz najlepszą noc swojego życia.
-Gdzie wasz kolega? - Zapytała dziewczyna, która wcześniej zaprezentowała koleżanki.
-Wiecie - zagaił Lars - nasz kolega ma ciężkie dni, może pozwólmy mu poodgrywać jeszcze swoją rolę cierpiętnika i przejdźmy do rzeczy - na co lolity skrzywiły buzie w smutne podkówki i spojrzały na "szefową".
-Kirk! Kurwa! Przyłaź tu bo rachunek się nie zgadza! Ma być po równo! - Wrzasnął James, ale nikt mu nie odpowiedział. Annie - szefowa - skinęła więc na dwie dziewczyny i kazała im poszukać Kirka.
-Chodźcie panowie - zwróciła się do pozostałych - czas na lekcję rozkoszy - powiedziała i dziewczyny, po dwie na każdego z członków Metalliki, zaciągnęły ich pod wspólny prysznic.
Kirk siedział w szatni i myślał o Ellen. Znowu. Więc jest w Miami. To nie daleko, mógłbym tam polecieć samolotem, nawet rejsowym - myślał. Dziś już nie zdążę ... A co jeśli jutro jej tam nie będzie. Grunt, że są w Stanach. Jest szansa ...- dywagował dalej, gdy nagle spostrzegł dwa cienie na podłodze. Podniósł głowę. Dwie dziewczyny - jedna bardzo szczupła, wręcz chuda z dwoma rudymi kucykami i druga, zdecydowanie ładniejsza, pełnych kształtów brunetka. Gapiły się na niego.
-Czego?
-Jesztesz szmutny. Warum? - Zapytała łamaną angielszczyzną ruda.
-He? - Kirk nie zrozumiał co powiedziała.
-Ingeborg pyta dlaczego jesteś smutny - odparła ta druga.
-Ingeborg? Kurwa, brzmi jak CYBORG - Kirk nie był zbyt delikatny. Ingeborg posmutniała, a Kirk widząc co narobił dodał:
-Przepraszam, nie chciałem Cię obrazić. Słuchajcie, wiem po co tu jesteście, ale nic z tego. Idźcie do Larsa, on zdecydowanie bardziej zasłużył na uwagę - brunetki nie trzeba było przekonywać, okręciła się na pięcie i wyszła. Ingeborg natomiast dalej patrzyła na Kirka.
-No już, zmykaj - zwrócił się do niej i machnął ręką, ale dziewczyna nawet nie drgnęła.
-Nie rozumiesz? Skąd ty w ogóle pochodzisz?
-Deutschland - odparła jednym słowem. 
-Super. Niekumata Niemka. Za jakie grzechy - powiedział po cichu i pomyślał, że Ingeborg mogłaby nasłać na niego Rebecca. Bo to takie w jej stylu - Słuchaj mnie uważnie - mówił powoli - NIE. JESTEM. ZAINTERESOWANY - przesylabizował i spojrzał na dziewczynę. Ingeborg dalej patrzyła na niego swoimi wielkimi zielonymi oczami. 
-Dobra. Rób co chcesz, ja jadę do hotelu - dodał i zerwał się z ławki. Minął Niemkę i wyszedł na korytarz. Gdy wsiadał do limuzyny usłyszał cienki głosik.
-Nie zosztawiaj mnie - Ingeborg podreptała za nim i stała na chodniku. Kirk westchnął. 
-Nie możesz ze mną jechać. Czaisz? - Ingeborg dalej wierciła go wzrokiem. Kirk odwrócił się i wsiadł do samochodu, a dziewczyna niespodziewanie wskoczyła za nim do środka. 
-OK. Czaję, że nie możesz wrócić nie wykonując .... "zadania", ale ja naprawdę nie mam ochoty na zabawy z tobą. Ani w ogóle z żadną dziewczyną w tej chwili - Niemka dalej milczała i kontynuowała "hipnotyzowanie" gitarzysty wzrokiem.
-Kurwa, ty mrugasz czasami? - Cisza.
-Masz kurewsko dziwne imię - Cisza.
-Skoro już ze mną jedziesz to będę się do ciebie zwracał Himmler - lekki uśmiech na ustach dziewczyny - podoba ci się? No to OK. Szofer. Jazda!



11 października 2014

Dream on XVI

12 października 1988 roku, hangar przy Presidio, San Francisco 

-Przepraszam za spóźnienie, utknąłem w korku.
-To trzeba zdjąć korki i nie utykać - zażartował Lars widząc w drzwiach zdyszanego Kirka. Nadszedł koniec krótkich, przymusowych wakacji i Metallica wracała na trasę. 
-Co to za cholerstwo? - Zapytał James wskazując na rozczłonkowaną, ogromną statuę Temidy, taką samą jaka została umieszczona na okładce "...And Justice for All". 
-Poznajcie Doris - odparł podniośle Lars, ale jakoś nie spotkał się z entuzjazmem kolegów - Co z wami, kurwa? Wysłałem wam koncept związany z urozmaiceniem naszych koncertów na faks - dalej brak zrozumienia wśród zespołu - Nie wierzę, no. Czy tylko ja interesuję się tym co się dzieje w zespole? - Popatrzył na Kirka, Jasona i Jamesa, a ci tylko mrugali zdezorientowani i gapili się na perkusistę jak sroka w gnat. W końcu odezwał się James.
-Ale po chuj nam urozmaicać koncerty skoro jest dobrze tak jak jest?
-A po chuj masz mózg jak go nie używasz? - Wypalił Lars - Siadać, kurwa, wszystko wam wytłumaczę - mały Duńczyk rozkazywał wszystkim niczym Napoleon - Wpadłem na pomysł, żeby podczas grania na scenie utworu "And Justice ..." pojawiała się wielka statua Temidy, która pod koniec koncertu rozpada się przy dźwiękach "Seek and Destroy", i dlatego też kazałem zrobić ten gigantyczny gipsowy odlew, złożony z kilku części. Scenografia na koncercie to ważna sprawa. Widzieliście występy DIO? On tam, kurwa, walczy z wielkim smokiem! - Emocjonował się Lars - No więc skoro on ma smoka, to my mamy Doris. A nazwałem ją Doris bo ... bo tak. - Zakończył.
-Dalej nie łapię dlaczego to takie konieczne - odparł James.
-Bo tak.
-Mi też to się to nie specjalnie podoba - dodał Jason.
-Bo? - Zapytał Lars.
-Bo nie - odpowiedział tamten a Kirk wzruszył ramionami, wyraźnie obojętny na sytuację.
-Mnie to tam zupełnie nie interesuje czym sobie chcecie urozmaicać występy - wyraził swoje zdanie gitarzysta.
-Dlaczego?
-Bo ponieważ. 
-No kurwa, Czterech Jeźdźców Dyskusji mi się trafiło. Bo tak, Bo nie, Dlaczego i Ponieważ! Poligloci pierdoleni! - Krzyknął zdenerwowany Lars - Doris i tak jedzie z nami i jebie mnie wasze zdanie.
-Tylko żeby nie było jak w Spinal Tap* - zaśmiał się James.
_________________________________________________________________
*Spinal Tap - na wpół fikcyjny zespół rockowy, o którym w 1984 roku nakręcono film fabularny stylizowany na dokument - "Oto Spinal Tap". Film przedstawia perypetie muzyków rockowych w krzywym zwierciadle. W jednej ze scen, podczas grania koncertu, na scenę zjeżdża z rampy scenografia wzorowana na Sonehenge, jednak w wyniku nieporozumienia makieta budowli wynosiła około pół metra i sięgała muzykom zaledwie do kolan, co wywołało efekt komiczny, odwrotny od założonego. Koncert zakończył się fiaskiem.
______________________________________________________________________

The Platinum Hotel, Las Vegas, Nevada, tego samego dnia wieczorem

Metallica zaczynała od koncertowania w sąsiednich stanach, aby potem udać się do Kanady i być może potem z powrotem do Europy. Tego wieczoru grali w Sam Boyd Stadium i podczas występu zadebiutowała Doris. Najpierw ogromny podnośnik ustawił wszystkie części pomnika i usytuował go na prawo od podestu perkusyjnego, aby spadające części nie zagrażały Larsowi. Następnie, gdy zbliżał się koniec setu, Doris zaczęła drżeć i chwiać się w rytm "Seek and Destroy", tak jak zaplanował Ulrich. Publiczność myślała, że zaraz dojdzie do katastrofy i rozentuzjazmowany tłum komentował żywo wypadki na scenie. W połowie utworu Doris zaczęła się rozpadać. Ludzie zaczęli krzyczeć, ale zespół grał dalej, jak gdyby nigdy nic. Upadek był kontrolowany. Nikomu nic się nie stało, a występ Metalliki był wręcz spektakularny. Lars pękał z dumy i zarządził afterparty w hotelu Platinum. 
Na tym etapie kariery zespołu, gdy panowie byli już rozpoznawalni, ulubioną rozrywką Larsa było meldowanie się w hotelach pod różnymi wymyślonymi nazwami. Zawsze gdy używali prawdziwych nazwisk hotel był oblegany przez stada fanów, obsługa nie nadążała a do sypialni pakowały im się dziewczyny w ilościach większych niż wypity alkohol. Groupies oczywiście były mile widziane, ale Lars wolał mieć kontrolę nad wszystkim. Meldowali się się więc jako Czterej Jeźdźcy Apokalipsy (albo Dyskusji, jak ostatnio ochrzcił zespół Lars), Władcy Lalek, Aktorzy Teatru Szekspirowskiego, Rzygacze i Demolanci albo Sześć Nóg i Cztery Jaja. Przychodzili do hallu, a tam boy hotelowy zwracał się do nich: "Witamy Aktorów Teatru Szekspirowskiego" a oni odpowiadali: "Dzięki Ci paniczu. Azaliż pokażcie nam kędy mamy iść, aby legnąć w naszych łożach?" Lars uwielbiał to mówić z ustami pełnymi krakersów. Nie dość, że mówił z europejskim akcentem, to jeszcze z pełną gębą ciastek. 
W hotelach na trasie działy się różne rzeczy. Często traciło się coś więcej niż tylko zdrowe zmysły. Na przykład teraz, w Las Vegas James stracił paczkę gibraltarskiego koksu zawiniętego w zasłonę. Trzymał go owiniętego w storę przekonany, że gdyby ktoś go z tym nakrył to łatwo się wyłga. Przecież w hotelu wszystko się może zdarzyć. I się zdarzało. Często. 
-Panie Hetfield, ta ilość kokainy uniemożliwia Panu opuszczenie stanu Nevada, jest Pan zatrzymany - mówił oficjalnym tonem mundurowy. 
-Ale Panie władzo. Te dragi to muszą być tego kolesia, co zatrzymał się tu wczoraj. Nie wińcie Amerykańca. Wińcie jakiegoś wędrownego Gibraltarca - tłumaczył się James.
-No dobrze, zbadamy tę sprawę. Póki co nie jest Pan zatrzymany ale kokainę weźmiemy. W końcu i tak nie jest przecież Pana, prawda?
__________________________________________________________________________
Apartament Paula Stanleya w Hotelu Hilton, Miami, tego samego wieczoru 

Po dwóch dniach Paul i Gene skończyli pisać piosenkę dla Ellen. Paul uznał z miejsca, że to arcydzieło i chce to OD RAZU grać na koncertach. Gene był podobnego zdania jednak uważał, że przekaz utworu jest zbyt mocny, zbyt poważny i nie nadaje się żeby grać to z dedykacją dla kobiety, zwłaszcza dla Ellen, bo co jeśli on ma rację? Jeśli Ellen nie kocha Paula i ten tylko się wygłupi, przysięgając jej miłość na zawsze. Ale Paul nalegał.


Widzę swoją przyszłość, gdy spoglądam ci w oczy
To twoja miłość obudziła moje serce do życia
...

Przeczytał na głos Gene i popatrzył błagalnie na Paula -Zmieńmy to, proszę.
-Nie ma takiej opcji! Jest idealnie!
-Paul jaka "jej miłość obudziła twoje serce", co? Ona nawet ci nie powiedziała, że cię chociaż lubi.
-Posłucha tego i padnie z wrażenia - upierał się Paul.
-Chyba ze śmiechu albo na zawał - ripostował Gene - jeszcze dopiszmy wers o tym jak patrząc na jej włosy widzisz wasze nienarodzone dzieci, albo lepiej, jak jej uśmiech podnosi ci ciśnienie. Najlepiej to w spodniach - załamywał się Gene.
-Nienarodzone dzieci! To genialne! Gene jesteś mistrzem - Paul wyraźnie nie wyłapał ironii w głosie przyjaciela, złapał kartkę i zaczął składać rymy.
-Kurwa, Paul! Zaraz ci wyjebię w ryj, bo już nie mogę! Oddaj tę kartkę - krzyknął i wyszarpnął Paul'owi notatnik - Słyszysz sam siebie?! - Zapytał retorycznie - Pomogłem Ci napisać balladę o miłości, a Ty to traktujesz jak tekst oświadczynowy, jeszcze po pierścionek z brylantem poleć, pojebie! Błagam cię ... Sprawdź najpierw, na czym stoisz, żebyś się nie przejechał jak walec po drodze - Gene bardzo martwił się o przyjaciela. Zakochany Paul był względnie do wytrzymania, ale Paul ze złamanym sercem był gorszy od apokalipsy zombie.
-Dziękuję ci, że tak się o mnie troszczysz, ale uwierz, mam przeczucie, że teraz wszystko będzie idealnie. Musimy tylko zagrać "Forever" na koncercie, a ja wcześniej zadedykuje tę balladę Ellen.
-Poddaję się. Jesteś gorszy od gówna, choć nawóz z niego robią - powiedział zrezygnowany Gene, a Paul uśmiechnął się pod nosem.
-Ale skoro chcesz, to spotkam się z Ellen i z nią porozmawiam. 
-Tak, chcę. Bo nie mam ochoty potem leczyć twojego zmasakrowanego serca, a wiesz, że łatwiej wyleczyć się z boreliozy niż z miłości do kobiety - oświadczył Gene i w tej sekundzie do pokoju wpadł Eric.
-Eee chłopaki, panny przyszły, spieszcie się bo zostawimy wam same brzydkie.
-Ja odpuszczam - odparł Paul.
-Gene? - Zagaił Eric -Bo zostaną ci same pasztety.
-Kto wybrzydza ten nie rucha, założę takiej torbę na głowę i też będzie- rzucił filozoficzną myślą Simmons - Zaraz do was pójdę. Daj mi potem znać - zwrócił się z powrotem do Paula.
-Masz to jak w banku, przyjacielu.
____________________________________________________________________
Ponownie w Platinum Hotel w Las Vegas 

Afterparty na cześć Doris trwały w najlepsze. Wszyscy byli w doskonałych humorach, nawet Kirk przestał strzelać smutnym uśmiechem po ścianach i włączył się do zabawy. Koledzy z zespołu wiedzieli, że rozstał się z Rebeccą na dobre i Lars uznał, że najlepszą terapią rozwodową będzie impreza z dużą ilością alkoholu, koksu i dziwek. Póki co efekt był niezły. Lars dodatkowo gawędził z zaproszonymi dziennikarzami i wspominał wieczorny koncert. Doris narobiła sporo szumu. Teraz każdy chciał, by Metallika przyjechała do jego miasta i dała spektakularne show z rozpadającym się wizerunkiem Temidy. 
-Fani się strasznie ekscytują, to nas nakręca - mówił Duńczyk do dziennikarza Kerrang -Ale trzeba być ostrożnym, bo bywa że im odbija.
-Co masz na myśli?
-Na przykład dziś, kiedy wracaliśmy na scenę na bis, ktoś rzucił petardę, która eksplodowała dokładnie między Kirkiem a Jamesem. Nic poważnego się nie stało, ale James ma poparzoną rogówkę, a Kirk przeciętą dłoń - rana na ręce Kirka była w kształcie uśmiechu więc gitarzysta dorysował jeszcze oczka i nosek, tak że powstała twarz. Ruszając nią, udawał że mówi - widzisz, popatrz tam - dodał Lars i obaj spojrzeli na Kirka, który machał do nich "wesołą rączką". 
-O czym gadacie - wciął się Jason.
-Dyskutujemy o fanach - wyjaśnił dziennikarz - masz jakieś swoje przemyślenia? 
-Pewnie. Niektórzy fani bywają tak popierdoleni jak stado pędzących kombinerek - zaczął Jason, a Lars zmarszczył czoło, bo nie zrozumiał metafory kolegi - Kiedyś musieliśmy przerwać koncert, bo ktoś rzucił na scenę butelkę.
-Tak - wtrącił Lars - wiesz, fani chcą sprawdzić czy my to na pewno my. Mają nas za jakichś bogów i czasami chcą zobaczyć, czy aby na pewno krwawimy tak samo, bo nie wierzą, że też jesteśmy ludźmi.
-Innym razem znaleźliśmy na scenie shuriken - wspomniał Jason.
-A co to takiego?
-Broń, którą miotali, kurwa, ninja! Dasz wiarę? - Wyjaśnił Lars i dodał - A potem James wziął to kurestwo i zaczął się bawić. Oczywiście nieumiejętnie pierdolnął się w łeb i rozciął sobie łuk brwiowy. Taaak, bywa strasznie i jednocześnie zabawnie - podsumował Ulrich.
____________________________________________________________________________
13 października 1988 roku, dom Nikki'ego Sixx'a, Los Angeles

-Lita? 
-Nikki? Czego chcesz?
-Słyszałem, że jesteś w związku, to prawda?
-W związku, kurwa, z czym?
-Z Kirkiem Hammetem, tym jebańcem z Metalliki.
-Co cię to gówno interesuje. Mogę sobie być nawet w Związku Radzieckim! Nie jestem twoją własnością, więc się odczep. 
-Ale Lita ...
-Jak już musisz wiedzieć, to mam chłopaka i dla twojego świętego spokoju, nie jest to Kirk Hammett.
-Mick widział cię z Hammettem w Redwood.
-I chuj ci do tego. Przyjaźnimy się. Zresztą, nie muszę ci się spowiadać - odwarknęła i rzuciła z impetem słuchawkę telefonu. Po drugiej stronie aparatu głośno westchnął Nikki. Nie chodziło o to, że może jest zazdrosny o Litę, ale o fakt, że może Hammett chce mu zrobić na złość i celowo spotyka się z jego byłą. Ot tak, tylko żeby go wkurwić. Z rozmyśleń wyrwał go dzwonek do drzwi. Za progiem stał Mick z kratą wybornej whisky.
-Mam już dosyć chlania tylko z moim odbiciem w lustrze - oznajmił. Nikki zrozumiał w mig. 
-Wiem co czujesz. Chodźmy się najebać.
-A widziałeś może to - zapytał Mick przekraczając próg salonu i wręczając jednocześnie gazetę w ręce kolegi.
-Nowy Rolling Stone. I co? Jest coś o nas co powinienem przeczytać? 
-Nie, ale napisali o Stevenie - odparł Mick, a Nikki szybko odnalazł w spisie treści interesujący go artykuł. Motley Crue i Aerosmith kumplowali się w tym czasie i obu zespołom leżał na sercu los tych drugich. 
-Ale chujowo - podsumował Nikki, gdy skończył czytać - zadzwonię potem do Stevena, pewnie jest totalnie rozjebany. Kto to w ogóle napisał? - Spytał i zerknął jeszcze raz na artykuł - Samantha Cuddy ... Nie znam.
-Obyśmy tej zołzy nigdy nie poznali - odparł Mick i otworzył po butelce Danielsa. Między druga a trzecią flaszką, Nikki zaczął świrować. Wyciągnął spod kanapy swoje Magnum 357 i zaczął ładować do niego naboje. Mick z nieznanych powodów podkręcił radio, ale piosenka niebawem się skończyła i zaczęła lecieć jakaś audycja. Nikki pociągnął kolejny łyk whisky i wycelował w odbiornik z krzykiem: "Skurwysyny! Zabiję was!" Wydawało mu się, że głosy z radia to jacyś ludzie, którzy wdarli się do jego domu. Sixx zaciągnął się buchem ze skręta, wypuścił biały dym i władował cały magazynek Magnum w drzwi. Ale wciąż słyszał głosy. Załadował broń ponownie i tym razem wyżył się na kolumnie głośnika. Jednak głosy słyszał dalej: "Witajcie, tu DJ Doug słuchacie radia Flash FM". Basista kompletnie stracił panowanie nad sobą. Strzelał do głośnika dopóki ten zupełnie nie zamilkł. To Mick w przebłysku świadomości odkrył jak wyłącza się radio. Potem jeszcze widzieli spacerujących po ogrodzie kosmitów i Mick zadzwonił do firmy ochroniarskiej. Nikki czołgał się po podłodze od szafy do łóżka, od łóżka do pralki i szukał wyimaginowanych wrogów. Mick wydzwaniał do West-Tech (firmy ochroniarskiej) co kilka minut, mówiąc że po ogrodzie łażą kosmici a nad domem lata oddział S.W.A.T. W końcu kiedy West-Tech wysłał kogoś by to sprawdził, o mało nie doszło do katastrofy bo Nikki celował do ochroniarza wierząc, że jest on kosmitą. Kolejne patrole ochroniarskie omijały dom Nikki'ego z daleka. W końcu obaj z Mickiem padli zalani w trupa na podłodze w salonie.

10 października 2014

Dream on XV

11 października 1988 roku, Motley House, Los Angeles

-Ja jebię. Musicie tak przy wszystkich - jęczał Vince, patrząc jak Tommy obściskuje Heather. Po mimo zawodzenia Nikki'ego dziewczyna dziwnym cudem uległa w końcu  perkusiście Motley Crue - Nie no, serio, weźcie sobie pokój i tam dyskretnie wpychajcie sobie języki do gardeł - dodał przykładając sobie do głowy mrożonkę. Wracając z pubu niechcący przypierdolił w latarnię i nabił sobie nie lada guza.
-Gdzie Mick? Powinien tu już dawno być - zapytał Nikki ale nikt mu nie odpowiedział, więc basista pochylił się nad stołem w celu przejęcia od Vince'a paczki mrożonych brokuł, po czym położył ją sobie na twarzy. Wtem usłyszeli jak otwierają się drzwi. Do salonu wszedł Mick. Wyglądał strasznie. Miał twarz opuchniętą od alkoholu, był zgarbiony i ledwie chodził. Wszyscy wlepili w niego wzrok. Wszyscy, poza Tommym i Heather.
-Bez komentarza - zaczął Mars - jeśli wyglądam tak gówniano jak się czuję, to nie mówcie mi tego - dodał i opadł na kanapę obok Vince'a - Kto ci zrobił feng shui na twarzy? - Zapytał zwracając się do Nikki'ego.
-Pierdolony brudas z Metalliki. Hammett - rozcięta warga i siniak pod okiem, tego nie dało się ukryć nawet najgrubszą warstwą podkładu. 
-Widziałem go dwa dni temu z Litą w Redwood. Wyglądali mi na parę. 
-Coooooo!? - Nie kryjący zaskoczenia Nikki zareagował z większym zaangażowaniem, niż sam się spodziewał. W dodatku mała ranka na wardze znowu się otworzyła i stróżka krwi pociekła na podłogę. Mick i Vince przyglądali mu się zaciekawieni. Dlaczego tak się interesuje Litą? To chyba zamknięty rozdział - przemknęło Mick'owi przez głowę. 
-Kurwa, nakapałem krwią - rzucił Sixx tylko po to, żeby odwrócić uwagę kolegów - Idę po ścierkę - wstał i pokierował się do łazienki.
-Co z nim? - Zagaił Vince - I od kiedy tak dba o czystość? Rozumiesz coś z tego?
-Nie i chyba nawet nie będę się starał zrozumieć. A wytłumaczy mi ktoś TO - w tym momencie wycelował palcem w Tommy'ego i siedzącą na jego kolanach Heather - zjawisko?
-Wierz mi, to jeszcze bardziej pojebana sprawa - odparł Vince i ponownie przyłożył do czoła mrożonkę.Tommy i jego ukochana postanowili pójść jednak za radą wokalisty i zaczęli mozolnie wchodzić po schodach do sypialni. Mozolnie, bo Heather obejmowała udami biodra perkusisty więc ciężko było im się przemieszczać. 
-Ale się przyssali - rzucił Nikki, który właśnie wrócił ze szmatą do podłogi w ręce i osobną mrożonką dla siebie - Jednak Tommy nie przestanie mnie zaskakiwać.
-Jakieś szczegóły? -Zapytał Mick.
-To było tego wieczoru, kiedy pobiłem się z Hammettem ... - zaczął opowieść Nikki.
_________________________________________________________________________
04 października 1988 roku, retrospekcja wydarzeń z Rainbow

-Idź i czaruj swoją panią, a ja przypudruję nosek.
-Żebyś wiedział, że ją oczaruję - odpowiedział Tommy, ale Nikki nie usłyszał dokładnie co jego przyjaciel mówił. Był już zajęty wciąganiem białej kreski. Tymczasem Tommy starając się podreperować relacje z Heather, zarezerwował dla nich najlepszy stolik w Rainbow i zaprosił tam dziewczynę na romantyczną kolację. Nie czekał długo. Chwilę po dwudziestej trzeciej na schodach pojawiła się ona. Dziewczyna w bieli. Anioł. Stała na schodach w iście hollywoodzkiej kreacji. Rozejrzała się po sali i gdy ujrzała Tommy'ego zaczęła iść w jego kierunku. Zeszła powoli, bez słowa, roztaczając swój urok, niczym w "Przeminęło z Wiatrem". Tommy'emu wydała się tak zajebista, że chciał podbiec do niej i zerwać całe ubranie.
-Wyglądasz nieziemsko - powiedział, biorąc ją delikatnie za rękę. 
-Dziękuję. Będziemy tu jeść? - Zapytała rozczarowana. No tak, bar Rainbow nie należał do najbardziej romantycznych miejsc w Los Angeles. Po mimo, że Tommy zapłacił już za stolik, szybko zaoferował zmianę lokalu. Wszystko aby tylko jego urocza przyjaciółka znów mu nie uciekła. W dodatku widok na zataczającego się Nikki'ego nie należał do najprzyjemniejszych, a już za moment miał się rozpocząć spektakl z bicia po mordzie przez Kirka Hammetta. 
-Znam świetną włoską restaurację, w każdej chwili możemy tam jechać - zaproponował Tommy, widząc kątem oka jak gitarzysta Metalliki okłada pięściami jego przyjaciela. Normalnie oczywiście zaraz poleciałby aby wesprzeć Nikki'ego, ale nie w tej chwili. Dlaczego on mi to, kurwa, musi teraz robić - myślał. 
-Chodź, wyjdziemy na zewnątrz i złapię taksówkę - rzucił do Heather. Kiedy stali na chodniku, Tommy nagle oznajmił, że musi na sekundę wrócić do Rainbow, bo rzekomo zapomniał kurtki. Tak na prawdę chciał pobiec z odsieczą dla Sixxa ale gdy wpadł na salę, było już po wszystkim. Minął się z Kirkiem Hammettem, którego wyprowadzała ochrona, a Nikki siedział na podłodze, zalany krwią i wykrzykiwał same obelgi pod adresem gitarzysty Metalliki.
-Wybacz, wybacz, że nie pomogłem - szeptał do Nikki'ego Tommy, kiedy pomagał koledze wstać z klęczek - ale też nie wiem co Ci odpierdoliło. Idziemy z Heather do włoskiej knajpy. Trzymaj za mnie kciuki. Odwiedzę cię później - rzucił i wypadł w pośpiechu, aby Heather nie musiała dłużej na niego czekać. Resztę wieczoru spędzili w Valentino, jedząc włoskie specjały. Rozmawiali o wszystkim, potem oglądali jakiś kabaret. Robili chyba to co robi się na randkach. Heather była wcześniej z wieloma bogatymi sztywniakami, aktorami, prawnikami ale chyba nigdy z gwiazdą rocka. Tommy uznał to za swój atut. Sprawił aby dobra, poprawna i poukładana dziewczyna zamarzyła o typowym "złym chłopaku". I o dziwo, udało się. Fortel był dobry. Po kolacji Heather zaproponowała żeby pojechali do niej. W jej rezydencji kontynuowali swój romantyczny wieczór, pijąc szampana. Tommy był zbyt oszołomiony tym sukcesem, aby zrobić kolejny krok. I dobrze. Jednak gdy spotkali się następnego dnia żadne z nich nie miało już oporów. Szybko wylądowali w łóżku, ale cała akcja trwała tylko kilka sekund, bo oboje byli okropnie napaleni. Ale potem zrobili to jeszcze raz, i kolejny i następny, aż doszli do wniosku, że się w sobie zakochali. Tommy pognał jak na skrzydłach do Nikki'ego, aby zdać mu relację ze szczegółami. Nawet nie zauważył, że Sixx ma podbite oko i nie odniósł sie do sytuacji z Kirkiem, nadawał jak przekupa na targu, a gdy skończył, szybko wrócił w objęcia Heather. Nikki za to mógł czuć się najbardziej poinformowanym człowiekiem na świecie.
________________________________________________________________________________
Ponownie w Motley House

-No, i tak to mniej więcej wygląda ... - skończył opowieść Nikki. 
_____________________________________________________________________________
Artykuł o Stevenie Tylerze w magazynie Rolling Stone napisany przez Samanthę Cuddy czytany przez Tima Collinsa w jego gabinecie w Nowym Yorku

" SYNDROM  ZAPIJACZONEGO  FRONTMANA"

Nie można mu odmówić talentu i charyzmy. Z pewnością jest jednym z gigantów rocka - jest najbardziej żywiołowym frontmanem na aktualnej scenie muzycznej Ameryki. Tysiące fanek nie potrafi oderwać oderwać od niego wzroku, kiedy szaleje podczas wykonywania swoich utworów. Ale czy aby na pewno Steven Tyler zasługuje na miano ikony? Czy chcemy aby Steven Tyler był autorytetem dla naszych dzieci? Dla naszych córek? 

Steven Tyler to w rzeczywistości narkoman, alkoholik i podły kobieciarz. Miałam wątpliwą przyjemność spotkać się z wokalistą Aerosmith po zakończonej trasie "Permanent Vacation Tour". Kiedy dotarłam do jego nowojorskiego apartamentu, leżał w łóżku przypominającym barłóg, a jego menadżer nie potrafił go docucić. W całym domu śmierdziało alkoholem. Wszędzie walały się puste torebki po kokainie oraz strzykawki. Na pewno gdybym poświęciła więcej uwagi temu osobliwemu wystrojowi wnętrza, odkryłabym też damską bieliznę i zużyte kondomy. 

Pan Tyler prezentował się żałośnie. Chwiał się na nogach, a na sobie miał przepoconą koszulkę z wyraźnymi śladami wymiocin. Bełkotał.
Tim Collins (menadżer zespołu - przypis autorki) nie potrafił zapanować nad swoim podopiecznym, do tego sprowadził na nasz wywiad gitarzystę zespołu - Joe Perry'ego. Pan Perry również stawił się na spotkanie w stanie nietrzeźwym. Jednak jako profesjonalistka, postanowiłam przeprowadzić wcześniej umówiony wywiad. Byłam rzetelnie przygotowana, ale duet Tyler-Perry nie zamierzał ze mną współpracować. Zostałam wyśmiana, obrażona, upokorzona, a jak by tego było mało, Pan Tyler złożył mi erotyczną propozycję i próbował mnie molestować, kładąc mi ręce na piersi.

Oto prawdziwe oblicze bohatera Ameryki, cierpiącego na syndrom zapijaczonego frontmana, Stevena Tylera.
Zwracam się więc do Państwa z pytaniem: Czy aby na pewno takich idoli nam potrzeba?

Relację spisała dla Państwa Samantha Cuddy.

-Dziwka - podsumował Tim Collins odkładając gazetę - a wy swoją drogą też się nie popisaliście - zwrócił się do Joe'go i Stevena, którzy wgapiali się w czubki swoich butów - nie można było udzielić jej tego wywiadu?! Normalnie!?
-Ale ... -zaczął Joe.
-Żadnego ale! Zabraniam wam komentować tę sprawę i odnosić się jakkolwiek publicznie do Samanthy Cuddy. Spróbujemy wytoczyć jej proces o zniesławienie. 
-Jak Teresa to przeczyta to będę w dupie - jęczał Steven. 
-Już jesteś w dupie! I nie wiem czy możesz być w większej - krzyczał Tim. 
-Możemy ją pozwać o zniesławienie, skoro w artykule w większości napisała prawdę? - Spytał niepewnie Joe.
-No jeszcze jej pogratuluj może warsztatu pisarskiego! Co z tego, że napisała prawdę. Prawda jest jak dupa, każdy ma swoją i my przedstawimy w sądzie własną. 
-Jadę do Teresy - rzucił Steven i poderwał się z kanapy.
 ____________________________________________________________________________
Tego samego dnia, wieczorem. Willa Stevena Tylera i Teresy, Boston

Steven biegł po ogromnych schodach, do głównego wejścia. Nadszedł już zmrok i po drodze potknął się o jakieś pakunki. Spostrzegł co to takiego, dopiero gdy Teresa włączyła światło rozjaśniające front domu. Zadzwonił do drzwi.
-Teresa. Co znaczą te walizki przed domem? Wyjeżdżasz? - Zapytał gdy żona otworzyła mu drzwi.
-Nie, kurwa, ty wyjeżdżasz - odparła zirytowana.
-Ale dopiero przyjechałem ...
-Jesteś idiotą. Skurwysynem. Dziwkarzem. Narkomanem. I kłamcą. Coś pominęłam?
-Czytałaś ...
-Od rana wszyscy sąsiedzi przychodzą do mnie z tym artykułem! Moi rodzice wydzwaniają i płaczą mi do słuchawki! Nie, kurwa, nie czytałam! Bierz walizki i wypierdalaj - rzuciła na koniec - Po resztę rzeczy możesz wrócić jak mnie nie będzie - dodała zamykając Stevenowi drzwi przed nosem. Zaczęło padać. Steven stał przed ich wspólnym domem a deszcz spływał mu po twarzy. Przynajmniej nie było widać jak płacze. Właśnie stracił jedyną osobę, na której mu zależało. Odwrócił się, wziął bagaż do ręki i poczłapał w stronę zaparkowanego na poboczu auta. To koniec - pomyślał. Z jeden strony mu ulżyło, ale z drugiej wiedział, że to oznacza, że znowu będzie sam. Był taki jak mówiła Terasa, ale był też jednocześnie bardzo wrażliwy i w gruncie rzeczy chciał by ktoś go kochał. Pociągnął nosem i odpalił silnik Bentleya. Było już tak późno, że nawet Bóg sobie poszła. Stevena czekała długa, samotna podróż z powrotem do Nowego Yorku.