31 sierpnia 2014

Dream on XI


23 sierpnia 1988 roku, Los Angeles

Po ostatnich wygłupach Motley Crue w Japonii, narkotykowych eskapadach Nikki'ego oraz konieczności odwołania trasy, zespół został zmuszony przez wytwórnię Elektra do natychmiastowego ukończenia albumu "Girls, girls, girls". Tak też się stało. Producenci nie odpuszczali chłopakom ani na chwilę. Było im obojętne czy muzycy w ogóle przeżyją tę sesję. Chcieli tylko odzyskać stracone pieniądze, wydając jak najszybciej nowy album. Przez prawie tydzień nikt nie wychodził ze studia. Płyta została nagrana i od razu trafiła do mix'u, aby ukazać się w sklepach najpóźniej pod koniec września. Nikki, Tommy, Vince i Mick myśleli, że na tym zakończy się ta katorga i wreszcie będą mogli poimprezować. Jednak Doc McGhee miał dla nich inną propozycję. Dosłownie, nie do odrzucenia. 
-Idziecie na odwyk. Wszyscy. 
-To wy idźcie a ja tu posiedzę - bąknął Nikki.
-Ty, to kurwa, lecisz jako pierwszy i to w podskokach! Przez Ciebie zespół jest w finansowych tarapatach! Mam Ci przypomnieć co odwalałeś w Tokio? - Pieklił się Doc. Nikki dobrze pamiętał jak nie popisał się przed Mr. Udo. W dodatku koledzy byli na niego wściekli. Wszystko było jego winą. Musiał ustąpić. W sumie cała kuracja odwykowa trwała ... siedem dni. Nikki uciekł z kliniki w Pasadenie szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Oczywiście tydzień nie wystarczy żeby wyleczyć się z uzależniania od heroiny i alkoholu, ale basista Motley Crue uważał, że przecież wszystko jest z nim OK. Pozostałym członkom zespołu było to nawet na rękę. Najbardziej ucieszył się Tommy, który wcześniej po uszy zakochał się w aktorce Heather Locklear. Poznał ją na jakiejś imprezie z klubie Tropicana i zupełnie oszalał na jej punkcie. 
_____________________________________________________________________
29  sierpnia 1988 roku, dom Tommy'ego Lee, Los Angeles

 -Hej, Heather? Tu Tommy.
-Co słychać?
-Jesteś w domu?
-Tak.
-Wiesz, że pokazują Cię w telewizji? Kanał 16.
(Chwila ciszy)
-To Heather Thomas, trepie - rzuciła i odłożyła słuchawkę. Próba zaimponowania Heather się nie powiodła. Żadna kobieta nie lubi jak się ją pomyli z inną. Tommy miał ochotę odstrzelić sobie swój pusty łeb.
_____________________________________________________________________
 30 sierpnia 1988 roku, Budapeszt, Węgry

Kolejnym koncertowym przystankiem na trasie KISS, po Paryżu, Londynie, Bochum, Reykjaviku i dwóch innych miastach, była Europa Środkowa. Dziś wieczorem zespół miał zagrać w Stadium Puskás Ferenc, w Budapeszcie. Ellen prawie zapomniała o wydarzeniach w Mieście Miłości, bo przecież nic takiego się nie wydarzyło. Inaczej było z Kirkiem, ale jego głowę zaprzątała teraz masa problemów osobistych. Ciągle nie dogadywał się z Rebeccą, a ona nie pozwalała mu o sobie zapomnieć. Ogólnie rzecz ujmując, nie ułatwiała niczego, a przypominał mu o niej Kwirk, z którym musiał się codziennie utulać. Właściwie nawet polubił już tego pieska i chciał go zatrzymać. Kolejny raz Ellen zniknęła mu jak poranna mgła. Wyzywanie siebie w myślach od idiotów niewiele dało. Postanowił, że za wszelką cenę postara się nawiązać z nią kontakt. Nie wiedział tylko, że teraz będzie miał przeciwnika. Po kilku tygodniach do Paul'a dotarło czemu w obecności Ellen zachowuje się jak pajac. Z pomocą przyszedł niezawodny Gene. 
-Nie mogę spać, jeść mi się nie chce, inne panienki mnie nie kręcą.
-Doktor Gene idzie z pomocą.
-Nie śmiej się, kurwa.
-Nie jesz, nie śpisz ... masz może mdłości?
-Co? Nie.
-Bo myślałem, że w ciąży jesteś - ryknął śmiechem Gene.
-Bardzo, kurwa, zabawne - Paul siedział w garderobie i jeździł palcem po blacie stołu.
-To tylko zauroczenie, przejdzie Ci.
-Myślisz?
-Wiesz co? Wygrałeś statuetkę Debila roku Paul. Zamiast skorzystać ze swojego statusu gwiazdy rocka i ją zwyczajnie uwieść i przelecieć, to biadolisz jak jakaś pizda u psychoterapeuty na kozetce. 
-Ale ja jej nie chcę tylko "przelecieć". Czaisz? Chciałbym z nią spędzać czas, patrzeć na nią, śmiać się z nią ...
-Pieprzyć ją ... - dołączył do wyliczanki Gene, ale Paul tylko rzucił mu pogardliwe spojrzenie. 
-Wiesz, idź lepiej policz swoje dziwki. Muszę się do koncertu przygotować -Gene wywrócił oczami i wyszedł, zostawiając kolegę samego. Do pokoju wpadła Ellen.
-Co dziś sobie życzysz założyć? Wyszperałam zajebistą ramoneskę i trochę ją odpicowałam - rzuciła Ellen od progu, wymachując skórzaną kurtką, z ponaszywanymi ścinkami w kolorze flagi Stanów Zjednoczonych i szeregiem agrafek na klapach.
-Założę nawet worek po cemencie jak tylko Twoje ręce mi go podadzą - wyszczerzył zęby Paul.
-Ooookeeej - przytaknęła nieco zbita z tropu. Była w trasie z KISS od jakiegoś czasu i powinna przywyknąć do tego zachowania Paula, którego nie rozumiała. Jest takim idiotą, czy ktoś mu dopłaca -myślała. Zupełnie nie załapała faktu, że muzyk mógł się w niej zadurzyć. Wykluczała to, bo romans w pracy na pewno nie był czymś dobrym. Zresztą, kiedy pracowała z Aerosmith to nikt nie zwracał na nią uwagi. Uznała wtedy, że jest zbyt skromna i mało atrakcyjna dla kogoś z tej branży. Paul nieustannie ją zadziwiał. Przebywanie blisko swojego idola uświadomiło jej, że nie wszyscy sławni ludzie są tacy zajebiści. Z przemyśleń wyrwał ją głos Paul'a.
-Może po koncercie wyskoczymy razem do knajpy?
-Ta, pewnie. Całą ekipą będzie fajnie. 
-Emmm. Miałem na myśli nas, dwoje. 
-My? We dwoje? W knajpie? Razem?
-Noo tak. Chyba nie będziesz pytać mamy o zdanie? - Odparł z uśmiechem Paul.
-Nieeee - mówiąc wypuszczała powoli powietrze z ust - nie wydaje mi się to dobrym pomysłem. 
-Bo? - Zmarszczył czoło Paul. 
-Bo dla was pracuję i wolę żeby nikt z obsługi nie gadał potem za moimi plecami - wypaliła. 
-Aa. O to chodzi - zamyślił się na chwilę  - Obiecuję Ci, że nikt się nie dowie - dodał kładąc rękę na sercu.
-To randka? - wyrwało się Ellen, bo ciągle nie mogła w to uwierzyć.
-Nie wiem - odpowiedział śmiejąc się z jej reakcji - może. Chciałabyś?
-Wiesz, nie wiem czy ....
-OK. Sorry, sorry. Po prostu wydajesz się miłą dziewczyną, chciałbym z Tobą spędzić miło czas. 
-Paul - zaczęła zmieszana - nie pójdę z Tobą do łóżka - choć może bym chciała - dodała w myślach. Paul poczuł, że znowu schrzanił.
-Nie, nie, nie. Czekaj. Wcale nie miałem tego a myśli. Wiem co sobie o mnie możesz myśleć, ale to jest zwyczajne, koleżeńskie zaproszenie na piwo po występie - koleżeńskie?! Co ja palnąłem  - uświadomił sobie błąd, ale nie było czasu tego cofnąć. 
-Jak tak to OK.
-OK?
-No, chyba.
-Jesteśmy umówieni?
-Chyba tak - odparła z nieśmiałym uśmiechem i opuściła garderobę. Nie wiedziała co o tym myśleć, bo w gruncie rzeczy pomysł jej się nie podobał, ale miała ochotę gdzieś wyskoczyć. Paul natomiast celebrował pierwszą, małą, zwycięską bitwę.

27 sierpnia 2014

Dream on X

Noc z 15 na 16 sierpnia, pokój Ellen w Hotelu Ritz

Jammowali całą noc. Kirk pokazał jej wszystkie tricki jakie znał, a Ellen patrzyła z podziwem. Wcześniej na prawdę chciała grać na perkusji, ale teraz, znając te wszystkie chwyty, gitara wydała jej się bardziej atrakcyjnym instrumentem. Przedtem tylko brzdękała sobie jakieś znane kawałki, od czasu do czasu. Totalnie wstydziła się zagrać coś przed Kirkiem ale w końcu uległa. To nie  był przecież egzamin do szkoły muzycznej. Zwyczajne, przyjacielskie jammowanie. Kirk uznał, że dziewczyna ma talent, ale powinna zainwestować w lepszą gitarę, bo ta była jak zabawka dla początkujących. Ellen przyjęła tę uwagę, ale przecież nie było jej stać na nowy sprzęt. Zresztą – perspektywy do zostania znanym muzykiem też jakoś nie było.
-Przecież ja nigdy nie będę grać na scenie – tłumaczyła Ellen – znasz w ogóle jakąś słynną gitarzystkę? Bo ja nie bardzo.
-Lita Ford.
-OK. Ona, ale … – przyznała mu rację Ellen, i było jej okropnie wstyd, że zapomniała o The Runaways.
-Jan Kuehnemund z Vixen – dodał szybko Kirk – mam wymieniać dalej? – Pytał z uśmiechem, nie przerywając gry i patrząc na Ellen.
-Dobra, dobra, dobra. Poddaję się – powiedziała unosząc ręce do góry – ale przyznaj, że dobrze mieć też jakieś znajomości.
-Metallica obyła się bez znajomości – ripostował Kirk, zadowolony że „wygrywa” batalię o karierę Ellen – ale na pewno zawsze lepiej, kiedy ma się plecy. Dobrze znać kogoś z branży. O! Zaraz! Ty znasz mnie! – Zawołał uradowany pokazując na siebie palcem.
-Tak, znam takiego jednego bardzo skromnego chłopaka z Metalliki – zaśmiała się – otarłam się też o Aerosmith, a teraz pracuję z KISS.
-Nosząc kurtkę za Stanleyem. To nie jest praca dla Ciebie – spochmurniał nagle Kirk.
-Chyba od czegoś trzeba zacząć – odparła Ellen. Było jej bardzo miło, że Kirk przejmował się jej losem, bo przecież gdyby zliczyć wszystko do kupy, to znali się zaledwie kilka godzin: wcześniej w Rainbow i ten wieczór w Ritz – panie Hammett, wie pan, która jest godzina? – Zapytała żartobliwie – mamy 03:15 nad ranem.
-Mam sobie iść? – Zapytał.
-Nie, ale jutro, a właściwie dziś wyjeżdżamy do Londynu. W ogóle nie spałam.
-To może jednak już pójdę. Zdrzemniesz się przynajmniej te parę godzin. Boże, ale pierdoła ze mnie. Zajmuję Ci tylko czas. Wybacz – powiedział i zaczął nieporadnie podnosić się z łóżka.
-Kirk, nie, na prawdę … możesz zostać. O, popatrz – Kwirk śpi jak zabity, chcesz go teraz budzić – próbowała go zatrzymać i nagle odruchowo chwyciła go za nadgarstek, ale szybko cofnęła rękę. Sytuacja zrobiła się trochę krępująca. Zapadła kilkusekundowa cisza.
-Obiecaj mi, że będziesz ćwiczyć – odezwał się w końcu Kirk i uśmiechnął się szeroko. Zgarnął Kwirka, gitarę na pasku przesunął na plecy a w wolną rękę wziął mały wzmacniacz. Ellen siedziała po turecku na łóżku. Kirk przez moment chciał ją pocałować w policzek na do widzenia, ale nie zdobył się na to. – Lars mnie pewnie szuka pod łóżkiem – rzucił, żeby tylko coś powiedzieć – dziękuję za rozmowę i wspólną grę. I … trzymaj się – dodał po czym odwrócił się w stronę drzwi.
-Dzięki Kirk – odparła Ellen – dobranoc.
-Dobranoc – spojrzał jeszcze raz w jej stronę i zniknął za drzwiami. Ale żadne z nich już nie zasnęło. Kirk wpełzł do pokoju najciszej jak się dało i wymacał ręką śpiącego na łóżku Larsa. Impreza była udana, bo alkohol czuć było już wychodząc z windy. Położył się obok kolegi i westchnął.
-Kerkpk, tooo yyyyy? – Wybełkotał w poduszkę Lars.
-Śpij – odparł i podłożył ręce za głowę. Do świtu leżał gapiąc się w sufit. Zasnął dopiero około 06:00 rano, licząc, że przy śniadaniu może zastanie jeszcze Ellen i weźmie od niej jakieś namiary. Znowu nie zapytał nawet jak ma na nazwisko. Ellen też nie spała. Spakowała swoje rzeczy, a o 06:00 stała już z bagażami przed hotelem. Wyjeżdżali z samego rana. Chłopaki z KISS byli ledwo żywi i żałowali wczorajszej nocnej eskapady. Tylko Gene się uśmiechał, bo trafił mu się trójkącik z dwiema ślicznymi Francuzkami. Drogi Ellen i Kirka kolejny raz się rozbiegły.

16 sierpnia 1988 roku, East Rutherford, New Jersey, próba Aerosmith na stadionie Giants

Steven miotał się właśnie między podestem perkusyjnym Joey’a a wzmacniaczami Joe’go, bezskutecznie próbując znaleźć miejsce dla swojego zestawu „małego rock’n’drollowca”, który obejmował: szklankę whisky oraz parę kresek „śniegu” na tacce. Wtem, potknął się o jeden z kabli rozciągniętych na scenie i wylał całą zawartość szklanki na jeden z Marshalli Joe. Ups - pomyślał - Joe mnie zabije. Muszę to pościerać, zanim się kapnie, tym bardziej, że wcześniej zwracał mi uwagę na tę szklaneczkę – i użył jednego ze swoich kultowych szalików, aby pozbyć się alkoholu ze sprzętu. Po czym cichutko oddalił się w przeciwległy kąt sceny. Joe natomiast przyszedł przygotować się do próby i zaczął podłączać gitarę do wzmacniacza. Steven zerkał tylko czy aby nie będzie katastrofy. Joe podpiął wiosło, odwrócił się do pustej widowni, jeszcze raz wykonał obrót w stronę wzmacniacza, podgłośnił do do dziewiątki, odkręcił się na pięcie i szarpnął struny wydobywając z nich soczysty riff. Jednak zamiast pięknego brzmienia gitary, wszyscy zgromadzeni wokół sceny usłyszeli huk, syk, ujrzeli kilka iskier oraz kłęby dymu a całość zapachniała spalenizną. Joe zastygł z palcami na gryfie. Odwrócił się powoli i wycedził przez zęby:
-Ktoś mi powie, dlaczego z mojego wzmacniacza leci biały dym? Czyżby się popsuł, bo ktoś na przykład wylał na niego whisky?
-Jak leci biały dym, to może papieża wybrał? – Odparł niewinnie Steven, jakby nie wiedział o co chodzi – To w końcu „piec” – z pieca przecież leci dym.
-Dym leci z komina idioto! Mówiłem Ci żebyś trzymał tę swoją przeklętą szklankę z dala od moich wzmacniaczy!
-Oj tam, oj tam, wielkie rzeczy! A zwróciłeś uwagę jak ładnie pachnie – Jackiem Danielsem.
-Wiesz, Steven. Idź się przewietrzyć lepiej, bo koka przeżarła Ci już mózg. Wróć jak zaczniesz odróżniać smrodki od zapachów, OK? Bo tu WALI jak z MURZYŃSKIEJ CHATY! Kurwa! – Pieklił się Joe. Steven postanowił nie zaogniać konfliktu i grzecznie oddalił się w stronę garderoby. Wrócił na backstage dopiero na kilka chwil przed właściwym występem i miał nadzieję, że Joe’mu już przeszło i nie wścieka się o ten wzmacniacz. Jednak na scenie podczas wykonywania utworu „Dude, look like a lady” zaczęło się coś dziać. Joe podchodząc do Stevena trącił go gryfem gitary w biodro, tak że Tyler się zachwiał. No i teraz dziennikarze napiszą, że Tyler nie potrafi ustać na scenie, bo jest pijany, Joe ty lamo! – pomyślał Steven. Joe zrobił to oczywiście niechcący, ale Steven od razu pomyślał, że to było w ramach zemsty za zniszczony piec. Więc kiedy standardowo uniósł statyw mikrofonu i wycelował go w publiczność, wpadł na pomysł odegrania się na gitarzyście. Wiedząc, że Joe stoi tuż za nim, obrócił się energicznie i rąbnął Perry’ego mikrofonem w plecy – niby niechcący. Joe zachował zimną krew i dograł utwór do końca. Przy następnym kawałku nie zamierzał jednak dawać za wygraną i sceniczne przepychanki trwały w najlepsze. Tym razem Joe dosyć perfidnie postanowił ukarać Stevena. Po prostu podszedł do niego i popchnął go w stronę publiczności. Steven znowu się zachwiał i próbował złapać równowagę, ale kiedy prawie mu się to udało, stopa zaplątała mu się w kabel i rypnął jak długi w pierwszy rząd publiczności. Stojące najbliżej fanki nie kryły zadowolenia. Prawie zerwały z niego ubranie. Wrzeszczały i ciągnęły go za włosy. Steven udawał, że wszystko jest OK i że to np. część występu, ale w myślach planował jak zabić Joe’go. W końcu zaczął wdrapywać się na scenę z pomocą ochroniarzy. Kiedy podszedł Joe, Steven podał mu rękę tak aby kolega z zespołu mógł go wciągnąć i wtedy Tyler z całej siły szarpnął Joe’go w swoją stronę. Razem wylądowali w tłumie fanów. Zza kulisów całości przyglądał się Tim Collins i tylko powtarzał: „Co się tu do, kurwy wyrabia!” A pozostali członkowie zespołu obserwowali ten kabaret, nic nie rozumiejąc, tylko spoglądali na siebie, a ich wzrok mówił: Nie wiem o co chodzi, ale wiem, że dobrze się to nie skończy. Ale jednak się skończyło, przynajmniej na moment. Obaj muzycy zrozumieli, że już dostali za swoje i nie ma sensu, z powodu jakiegoś uszkodzonego wzmacniacza, rujnować całego show. Niesieni na rękach przez fanów zaczęli śmiać się z tej sytuacji i nie mówiąc nic, po prostu podali sobie ręce. Wrócili na scenę i Steven podziękował wszystkim, że zgodzili się ponieść w górze „ich królewskie tyłki” – jak to ujął. Reszta występu na Stadionie Giants przebiegła bez zakłóceń. A za kulisami panowie nawet nie chcieli się tłumaczyć z tego co zaszło na scenie, mówiąc że to błahostka. Nie było o czym gadać, nic się nie stało.
-Hej Steven! Chodźmy na piwo do jakiegoś baru. Obiecałem Billie, że po występnie spędzę z nią trochę czasu, ale wiesz jaka ona jest, zaraz zacznie biadolić … – rzucił pomysł Joe, kiedy przebierali się w garderobie.
-No to wezmę Teresę, pogadają sobie. My zajmiemy się piwem a one sobą.
-Niech będzie – odparł Joe, akurat średnio zadowolony, że żona Stevena z nimi pójdzie. Uważał, że była walnięta. Nie przepadali ze sobą. Kiedyś, kiedy pokłócili się o jakiś fragment piosenki i Steven poskarżył się o to Teresie, ta w odwecie chciała nożycami ogrodowymi, odciąć Joe’mu kciuk, aby nie mógł grać na gitarze. Była zaborcza. Joe po cichu nazywał ją Tessi-Jihad. No, ale to było jakiś czas temu i w sumie przecież mogli spróbować się dogadać. A przynajmniej powinni spróbować – dla dobra ogółu. „Nie musicie się całować po tyłkach” – mówił Steven, „wystarczy, że będziecie się tolerować” – a skoro tak … Tyle Joe chyba mógł zrobić dla swojego „toksycznego bliźniaka”.

New Jersey, jakiś nieznany bar na rogu

Joe i Steven pili kolejne piwo a ich żony plotkowały jak najęte. Chyba się udało. Wszystko działało jak należy. Do chwili kiedy Teresa zapytała co właściwie wydarzyło się podczas wieczornego koncertu.
-Takie tam braterskie przepychanki – skwitował Steven, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
-Joe, mogłeś mojemu mężowi krzywdę zrobić – nie odpuszczała Teresa.
-Ale nic się nie stało! – Próbował ją przekonać Steven.
-Ale mogło!
-Zaraz Tobie się stanie, jak nie zamkniesz japy – mruknął pod nosem Joe.
-Coś Ty powiedział!? – Wrzasnęła Teresa.
-Ymhym. Jihad atakuje – prowokował dalej Joe.
-Kochanie daj spokój – próbowała załagodzić sytuację Billie, ale było już za późno. Teresa złapała nóż, którym wcześniej kroiła pizzę i zaczęła wymachiwać nim Joe’mu przed nosem. Ten nie pozostał dłużny i wylał resztę piwa na żonę Stevena.
-Co Ty odpierdalasz Joe! – Krzyknął Steven.
-Co JA odpierdalam?!? Twoja stuknięta żona grozi mi nożem!
-Tylko nie stuknięta!
-A jak to nazwiesz?! – Wrzasnęła Billie – Niedojebanie mózgowe?!
-Ty suko – odwarknęła Teresa – zabiję Cię! – I tak żony zaczęły się tarzać po podłodze, szarpiąc za włosy, a Joe i Steven prześcigali się w obrażaniu się nawzajem. W końcu wszystkich wyprosiła obsługa baru. Obyło się na szczęście bez uszkodzeń ciała, ale panie były na siebie tak obrażone, że nie tylko nie chciały wracać do hotelu jedną taksówką, ale także nocować w tym samym budynku. Nie było jednak czasu na szukanie innego zakwaterowania więc wszyscy wrócili do Borgata Hotel.
-Ale to było głupie, bracie – zaczął Steven, który wcale nie chciał kolejnej wojny z Joe.
-Dokumentnie – przyznał mu rację gitarzysta.
-Brakowało tylko kisielu – mówił przez śmiech Steven.
-Jak Teresa złapała Billie za włosy i krzyknęła „Co se teraz wyczeszesz!?” to było nawet zabawne – przyznał Joe.
-Stary, nigdy więcej żon, podczas trasy koncertowej.
-Załatwione – odparł i obaj uścisnęli sobie dłonie. Następnego dnia Billie i Teresa zostały odprawione do domów. Chłopcy znów byli wolni i mogli robić co chcieli. I oczywiście zamierzali z tego korzystać.

Dream on IX

17 sierpnia 2014 roku

Ewa ciągle była utrzymywana przez lekarzy w stanie śpiączki klinicznej. Zresztą, uszkodzony przez niedotlenienie mózg i tak prawdopodobnie do niczego się nie nadawał. Teraz nawet nikt jej już nie odwiedzał, tylko pielęgniarka przychodziła od czasu do czasu, żeby zmienić kroplówkę. Dziewczyna jednak nie reagowała na podawane leki. Nie chciała wrócić, nie miała do czego …

15 sierpnia 1988 roku, hall główny Ritz Hotel

-Niewiary-kurwa-godne, czaicie, że żabojady nie mają w barku piwa – mówił z niedowierzaniem James.
-Szkoda gadać, weźmy przykład z Gene’a i chodźmy na miasto – rzucił Bruce.
-Ej, a wiecie, że podobno francuskie prostytutki nie golą nóg i pach – wtrącił Lars przemawiając zza gazety, którą zajął się w oczekiwaniu na powrót Jamesa z barku.
-Fascynujące. Lepiej już chodźmy zanim ten fakt pochłonie Twoje myśli bez reszty – zarządził Jason, wywracając oczami. Przy wyjściu cała ekipa natknęła się na Ellen.
-O, witaj Helen – rzucił wesoło Paul. Uważał Ellen za bardzo atrakcyjną dziewczynę, lubił ją i podobało mu się jak wywiązuje się ze swoich obowiązków, dbając o sceniczny wygląd chłopaków – Helen to nasza „garderobiana czarodziejka” – wyjaśnił kierując te słowa do chłopaków z Metalliki -Świetnie się dziś spisałaś – dodał z uśmiechem, zwracając się ponownie do Ellen.
-Ellen, mam na imię Ellen i … dzięki – odparła – to moja praca.
-Heh, no jasne, Ellen, zapamiętam – powiedział Paul trochę zażenowany tym, że zapomniał jak dziewczyna ma na imię, nie wypadł przy niej najlepiej, już drugi raz zresztą. Wcześniej było mu okropnie głupio za to w jakich okolicznościach się poznali, a z biegiem dni wcale nie szło mu lepiej, co chwila palnął jakieś głupstwo, gdy ona była w pobliżu. Trochę nie rozumiał dlaczego tak się działo i czemu w ogóle się tym przejmuje. Taktem wykazał się za to Jason.
-Idziemy na miasto. Piwo, kluby i te sprawy. Może wyskoczysz z nami? – Zaproponował, choć przecież wcale się nie znali, ale uznał, że po prostu tak wypada, no i chciał przerwać niezręczną ciszę. I w tej chwili do głowy Ellen dotarło, że to są tu chłopaki z Metalliki.
-Jestem Jason, tak w ogóle, a to La …
-Wiem. Wiem kim jesteś…cie – odparła szybko, posyłając wszystkim uśmiech i jednocześnie szukając wzrokiem Kirka – miło Was poznać chłopaki, i dzięki za zaproszenie, ale wiecie, padam z nóg. Pójdę do siebie a Wy bawcie się dobrze.
-OK. To może tak już chodźmy, bo nam bary pozamykają – wtrącił Lars, który nie bardzo rozumiał czemu ucinają sobie pogawędkę z jakąś garderobianą i w ogóle czemu wszyscy są nagle tacy mili. W dodatku Paul pomachał tej dziewczynie na pożegnanie. A temu co? – myślał Lars.
-Jakbym ją znał – rzucił James do Larsa, przerywając tym samym jego rozmyślania.
-Może ją posuwałeś po jakimś koncercie – odparł Lars wzruszając ramionami. Był wyraźnie wkurzony, że ciągle jeszcze nie dotarli do baru.
-Jesteś głupi jak kowadło. Po prostu wydała mi się znajoma, jakbym ją widział gdzieś w Los Angeles, niedawno.
-Ej Paul, skąd znasz tę dziewczynę? – Zapytał Lars.
-Przyleciała z nami z Nowego Yorku. Potrzebo …
-Widzisz, jest z Nowego Yorku. Nie znasz jej – uciął dyskusję Lars.
-Czemu w ogóle pytasz – wtrącił Paul, bo wcześniejszą wypowiedź mu przerwano.
-Nieważne, James ma déjà vu, że tak powiem, skoro jesteśmy w Paryżu. Możemy wreszcie iść się napić?! – Zapytał retorycznie i cała piątka pomaszerowała chodnikiem w poszukiwaniu knajpy.

Tymczasem u Ellen

Ciekawe czemu Kirka z nimi nie było. Czy mają tu koncert? A może przylecieli na jakieś wakacje? Ale nie … był i Lars i James i Jason – miły chłopak tak w ogóle – nie polecieliby chyba razem żeby odpoczywać. Głupia jestem. Mogłam zapytać - zastanawiała się w myślach Ellen. W końcu postanowiła zapytać w recepcji czy cały zespół się tu zatrzymał.
-Proszę Pana – zagaiła.
-Je vous écoute? W czym mogę pomóc panience? – Zapytał starszy mężczyzna, ubrany bardzo elegancko.
-Chciałam zapytać, czy może w tym hotelu zatrzymali się muzycy z zespołu Metallica?
-Niestety tak – odparł mężczyzna, jakby z góry założył, że po ich wyjeździe zastanie tylko zdewastowane pokoje, pełne butelek po alkoholu i walających się zużytych prezerwatyw – ale nie mogę udzielić Ci więcej informacji, mon cheri.
-To wystarczy, merci – powiedziała. Wiedziała, że jej nowy przyjaciel gdzieś tu jest, ale co z tego. KISS wyjeżdżali jutro na kolejny koncert do Londynu. Nie będzie przecież biegać po całym Paryżu żeby szukać Kirka Hammetta.
-Excusez-moi! Proszę Pana! Tu nie wolno wnosić zwierząt – zawołał mężczyzna zza hotelowego lobby i Ellen mimowolnie spojrzała w stronę wejścia.
-Przepraszam … Mój … Nasz menadżer, Pan Schneider, on to chyba uregulował, proszę go zapytać, na prawdę – bronił się Kirk.
-O oui! Monsieur Hammett, tak, tak … mój błąd, proszę wybaczyć – powiedział prawie służalczo recepcjonista, jednocześnie powiększając w myślach skalę zniszczeń, spowodowanych przez zespół, o rozszarpane poduszki i pogryzione meble.
-Ta „bestia” nie bardzo Ci pasuje do wizerunku mrocznego heavy metalowca – rzuciła w stronę Kirka Ellen.
-Daj spokój – odparł, uśmiechając się szeroko – to moje przekleństwo.
-Całkiem fajny. Skąd go masz?
-Długa historia … Ale co Ty tu robisz?
-Mogę zapytać Cię o to samo – „odbiła” pytanie Ellen. Kirk stał przed nią z białym Yorczkiem na rękach i niewyobrażalnie cieszył się z tego spotkania. Wtem piesek zaczął się roić i próbował zeskoczyć na posadzkę.
-Chodźmy stąd – zaproponował Kirk – zatrzymałaś się tutaj? Możemy pójść do Ciebie? – Dopytywał. Chciał z nią porozmawiać, ale nie mógł zaprosić jej do swojego pokoju. W każdej chwili mógł wrócić Lars, o ile w ogóle gdzieś wyszedł.
-Do mnie? – Ellen średnio spodobał się ten pomysł. Jako podrzędny członek ekipy nie dostała zakwaterowania w najlepszym pokoju.
-Ja śpię z Larsem i wiesz …
-ŚPISZ Z LARSEM? – Wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
-Nie w tym sensie … to kolejna długa historia. Proszę, chodźmy do Ciebie – powiedział prawie błagalnie i Ellen się zgodziła.

W pokoju Ellen

-Mogę go puścić na podłogę? – Zapytał Kirk, bo Kwirk już nieźle wiercił się w jego ramionach -Obiecuje, że nie nasika, byliśmy na spacerze.
-Nie puszczaj tylko postaw – zaśmiała się Ellen, chwytając Kirka za słówko -Skąd go masz, jest uroczy?
-Tiaaa… „Prezent” od żony.
-Masz żonę – powiedziała bardziej do siebie.
-Niestety – odparł siadając na łóżku.
-Jak to „niestety”?
-To kolejna długa historia.
-Sporo masz tych historii. Tajemniczy jesteś. Nie musimy o tym gadać, jeśli nie chcesz, ale wyglądasz na przybitego. Czasem dobrze jest się wygadać, to pomaga. Podobno – Kirk od dawna potrzebował rozmowy, ale nie mógł znaleźć odpowiedniego słuchacza, poza tym wydawało mu się, że takie użalanie się jest nie męskie. Chłopaki pewnie by się z niego śmiali. Wiedzieli zresztą jak jest, a mimo to żaden z nich nie zaoferował wsparcia. W końcu jednak się złamał i opowiedział wszystko Ellen. Wyjaśnił jej sytuację z Rebeccą, że się nie dogadują i że od miesiąca nawet nie mieszkają razem. Powiedział o żarcie w postaci psa, o tym że właśnie rozpoczęli trasę i objaśnił powody dla których jest zmuszony dzielić pokój z Larsem.
-Tak to wygląda. Nie wesoło jak widzisz – zakończył.
-No cóż. Przykro mi, że Wam się nie układa, i że straciłeś Frankensteina … i że musisz spać z Larsem – dodała ostatnią frazę z uśmiechem -Wredna ta Twoja żona – powiedziała po chwili i szybko zrozumiała, że nie powinna tak mówić, nie jej ją osądzać.
-Ona jest jak Lars, tylko w spódnicy – żachnął się Kirk – czasami wydaje mi się, że oni powinni być razem, pasowaliby do siebie.
-Lars potrafi dopiec.
-Ma gadane. To jest taka gaduła … Może nie jest zbyt przystojny, ale uwierz, on potrafi wygadać sobie drogę do majtek każdej dziewczyny – powiedział i zatoczył ręką półkole, jakby chciał zaznaczyć w ten sposób, że cały świat może w jednej chwili znaleźć się pod wpływem gadatliwego Duńczyka – a Frankensteina udało mi się skleić – rzucił zmieniając temat -To takie dziecinne. Zbieranie figurek – dodał widząc, że Ellen nie zamierza mu przerywać.
-Nie prawda. Też lubię horrory, ale nigdy nie było mnie stać na kupowanie tych czasopism i figurek. Uważam, że to fajnie mieć takie hobby.
-Serio? – Zapytał unosząc brwi do góry, a Ellen przytaknęła głową – W ogóle to chciałem Cię przeprosić za to jak ostatnio uciekłem.
-W porządku, rozumiem.
-Obiecałem Ci, że razem pogramy. Masz gitarę? – Spytał a Ellen sięgnęła po swojego „MONSTER-a” – Czekaj, ja skoczę do pokoju po swoją, popilnujesz Kwirka?
-Jasne, leć – odparła, a Kirk w mgnieniu oka popędził do swojego apartamentu i przyniósł sprzęt: gitarę oraz mały wzmacniacz -Mówiłam Ci, że gram przeciętnie – obwieściła Ellen, kiedy już wrócił.
-Bo ta gitara to złom – odparł wskazując na japońskiego Stratocastera Maya.
-No przykro mi, że nie stać mnie na takie ESP jakie masz Ty. Poza tym ja swoją znalazłam w śmieciach.
-Żartujesz?
-Jakie życie taki rap: kawa-cukier, kawa-cukier – odpowiedziała żartując jednocześnie z raczkującej wtedy muzyki hip-hop, której oboje nie znosili. Kirk roześmiał się serdecznie i zaczął podłączać obie gitary do wzmacniacza – Wiesz, że chciałam być perkusistką – zagaiła Ellen.
-Daj spokój. Perkusiści mają mało zdjęć w gazetach – zażartował Kirk.
-Gdyby Lars Cię teraz słyszał – odparła z przekąsem i Kirk znowu się uśmiechnął. Trzeci raz w jej towarzystwie. Trzeci raz w ogóle, tego dnia.

Dream on VIII

15 sierpnia 1988 roku, Novato Open House, San Francisco

Dziś wszyscy członkowie Metalliki mieli zebrać się w ogromnym domu Jamesa aby omówić szczegóły podróży, skąd następnie zamierzali się udać na lotnisko, aby rozpocząć europejską trasę „Damage Justice Tour”, promującą album „…And Justice for All”. Lars, Jason i oczywiście James byli już na miejscu, spóźniał się tylko Kirk. Kiedy w końcu wtoczył się do salonu obładowany bagażami. Lars o mało nie zachłysnął się piwem.
-Kerkaneczko – zaczął zdrobniale – wiemy, że lubisz się bawić tymi wszystkimi figurkami, maskotkami, plakatami i całym tym creepy-gównem, ale z tym to już przesadziłeś – mówił Lars, wskazując ręką na małego, białego szczeniaczka rasy York, wijącego w ramionach Kirka.
-Taaa … coś mało „metalowy” ten twój nowy pupilek – dociął mu James.
-Wiecie co… Walcie się na ryj – odgryzł się Kirk, a mały piesek wyrwał mu się z rąk i pobiegł pod stół.
-Ej! On mi szcza na meble! Kirk, kurwa! – Wrzasnął James.
-Ej, ty – wołał na psa Kirk – Zostaw! Przestań! – Ale było już za późno, piesek załatwił potrzebę i przerażony wszystkimi nowymi ludźmi, którzy go otaczali, poczłapał w stronę Kirk’a i przycupnął za jego nogą.
-A idź w pizdu! – Syknął poirytowany i odepchnął małego Yorczka, który po jakimś czasie, cały trzęsąc się z przerażenia znowu potuptał do jedynej znanej mu osoby -Głuchy jesteś!? Mówiłem ci, żebyś szedł w pizdu!
-Nazwałeś psa „Idź-w-pizdu” – zapytał siląc się na uśmiech Jason – wiesz, to raczej kiepski, pomysł, bo jak się tego nauczy i zacznie reagować, to na każde „idź w pizdu” będzie do Ciebie przyłaził – dodał, a koledzy z zespołu przytaknęli z uśmiechem. To chyba pierwszy raz jak zaaprobowali coś co wyszło od Jasona. Może jednak nie był kozłem ofiarnym zespołu?
-Skąd Ty go w ogóle wziąłeś? – Zapytał w końcu James.
-Wyobraź sobie, że to „prezent” od Rebecci. Zostawiła mi swojego pieska, wiedząc że teraz wyjeżdżamy w trasę! I nie zgadniecie jak go nazwała.
-Nooo, czekamy?
-Kwirk*. Czaicie, nazwała psa Kwirk, żeby mnie wkurwić! – Wrzasnął z poirytowaniem.

*Z angielskiego „quirk”, znaczy „kaprys”.

Wszyscy zebrani wybuchnęli gromkim śmiechem.
-Kirk i Kwirk – rechotał James.
-No kurwa, to się jej udało! Chyba zaczynam ją lubić! – Skwitował Lars.
-To jej, kurwa, zbuduj pomnik! Albo chociaż wręcz medal! – Odparł zdziwiony brakiem zrozumienia u kolegów Kirk.
-Co z nim zrobisz? – Zapytał finalnie Jason.
-A ja wiem. To szczeniak jeszcze, nie mogę go zostawić, chyba wezmę ze sobą.
-Po moim trupie – odparł, niemogący powstrzymać śmiechu James.
-To zostawię Ci go tutaj, niech Ci dalej szcza na meble – odburknął Kirk.
-Ej, no już, już – próbował uspokoić kolegów Lars -strzelcie sobie w ryj po razie, potem buzi i spokój! Weź ten „czteronożny kaprys” ze sobą, bo nie ma czasu, zaraz nam samolot ucieknie.

Tego samego dnia wieczorem, Hotel Ritz, Paryż, Francja

Trasa promująca czwarty studyjny album Metalliki miała pierwotnie rozpoczynać się w Stanach Zjednoczonych, ale w wyniku niedopatrzenia, ktoś z wytwórni zabukował jej otwarcie na Europę. Kolejnym uchybieniem było zarezerwowanie noclegu w jednym z najdroższych paryskich hoteli – Ritz. Zespołu nie stać było póki co na opłacanie apartamentu, każdemu z osobna, więc tour manager Bobby ‚Slender’ Schneider, zadecydował, że panowie muszą pomieścić się w dwóch pokojach.
-Ja śpię z Larsem – zakomenderował Kirk, podnosząc rękę do góry, jakby zgłaszał się do odpowiedzi.
-Ale ja nie śpię z tym Twoim sierściuchem – odparł perkusista -śpij sobie z Jasonem.
-On ma kościste, wystające łokcie – zaczął Kirk.
-To akurat piesek będzie miał co obgryzać – ripostował Lars.
Spokój! – Krzyknął James – Ty z Kirkiem i Kwirkiem, a ja z Jasonem.
Zajebiście, dzięki tato – burknął obrażony Lars i poczłapał do pokoju za Kirkiem.
-Ciesz się, że nie chrapię – odparł Kirk, kiedy zainstalowali się już w pokoju.
-Też mi pociecha. Żaden z nas nie chrapie, geniuszu, za to wszyscy się ślinimy, łącznie z tym kundlem pewnie – mówił Lars, ścieląc łóżko. Tymczasem w drugim pokoju Jason rozpakowywał swoje rzeczy.
-Po co Ci ten młotek!? – Wypalił nagle James.
-Nigdy nie wiadomo, co Ci się może okazać pomocne w życiu.
-Racja. Ale cokolwiek by to było, młotkiem tego raczej nie rozwiążesz. Jezu! W ogóle jak Ty to wniosłeś!? To przeszło odprawę na lotnisku? Chryste … całe życie z wariatami …

W tym samym hotelu, na innym piętrze.

Po koncercie chłopaki z KISS udali się do swoich pokoi. Chociaż w przeciwieństwie do panów z Metalliki, każdy z nich miał w Ritz zarezerwowany własny apartament, woleli wszyscy zebrać się u Gene’a by wesprzeć w cierpieniu Erica Carr’a, który to przechodził przez trudny dla niego okres abstynencji. Bruce siedział na podłodze i pił piwo, co akurat specjalnie nie pomagało Ericowi. Gene zajmował miejsce przy stoliku i popijał zieloną herbatę. Ostatnia akcja w CBGB dała mu się we znaki. Jęczał przez pół dnia, powtarzając tylko: „Boli mnie łeb, śmierdzi mi z ust jak z klozetu, obrzygałem sobie buty …” i tak dalej. Chwilę potem do pokoju wpadł Paul i zaparzył sobie kawę.
-Gene – jęczał leżący na tapczanie Eric -Nie piję, nie biorę prochów … Nawet nie palę. Moja fujarka nie działa tak jak trzeba! – Zrobił krótką pauzę -Po co ja żyję!? – Zapytał dramatycznym tonem.
-Ale histeryzujesz – odparł Gene – fujarka Ci nie działa, bo ćpałeś na potęgę! No i nie wiem ja Wy, ale ja spać nie zamierzam. Idę na miasto. W końcu jesteśmy w Paryżu – dodał – Kto ze mną? Ty Eric oczywiście zostajesz, i tak wyglądasz jak śmierć na chorągwi, żadna laska, nawet ślepa, na Ciebie nie poleci.
-Koleś, on przed chwilą powiedział, że mu nie staje, więc o czym mowa – śmiał się Bruce.
-Wybacz. Nie słuchałem zbytnio.
-Ale z Was kumple – mamrotał Eric – tak mnie tu zostawicie!?
-Włącz sobie „Oprah” – zaśmiał się Paul, zamykając za sobą drzwi kiedy, wszyscy opuszczali hotelowy apartament.

Tymczasem u chłopaków z Metalliki

-Nie kładziesz się? – Zapytał Lars, wycierając ręcznikiem włosy.
-Muszę wyjść z Kwirk’iem na spacer. Poza tym, i tak nie zasnę.
-OK. To może pójdziemy razem i walniemy sobie jakiegoś drinka? Albo pięć?
-Lars … Sorry, ale dziś się nie nadaję na towarzysza kieliszka – odparł Kirk, który ostatnio coraz częściej do niczego się nie nadawał – weź Jamesa, albo Jasona – dodał i wyszedł z pokoju. Lars chwycił więc za słuchawkę i zadzwonił do pozostałych kolegów. Chętny na drinka był jak zawsze James, Jason też postanowił się dołączyć, chociaż praktycznie był już gotowy do snu.

Na korytarzu hotelu Ritz, w oczekiwaniu na Larsa

-Lars! Skończ się już pindrować! Nie idziesz na wybory miss tylko do baru – wołał Jason, stojąc pod drzwiami pokoju.
-Ale mam mokre włosy! – Odpowiedział, ale zamknięte drzwi wygłuszyły jego słowa. Wtem na horyzoncie pojawili się Paul, Gene i Bruce. James od razu ich zauważył i krzyknął, niby do Jasona, ale na tyle głośno żeby członkowie KISS go usłyszeli.
-O! Popatrz kogo my tu mamy! Człowiek-ekierka i dwóch rabinów! A gdzie Wam się zgubił Człowiek-lisek? – Zapytał James. Oba zespoły całkiem nieźle się tolerowały. KISS słuchał każdy, nawet chłopaki z Metalliki, gdy byli młodsi.
-Człowiek-lisek niedomaga – odparł uśmiechnięty Paul – a Wy na co tu tak czekacie?
-Na powtórne przyjście Chrystusa – rzucił Lars, wytaczając się z pokoju – Chcecie zaczekać z nami? – Zapytał i przybił piątkę z Paulem.
-Dzięki, mamy własną wizję końca świata – żachnął się Gene – ale Wy też coś nie w komplecie. Jest Człowiek-kartofel, Człowiek-goryl, Pan Lew … Brakuje tylko Zombie’aka.
-Zombie ma depresję – odparł Jason -Jeśli idziecie pić to jest nas już sześciu.
-Ja idę na podryw – rzucił Gene i przeczesał włosy – więc bawcie się sami – dodał i zniknął na schodach.
-A Wy? – Zapytał James.
-Chętnie się dołączymy. W końcu w kupie siła – powiedział Bruce i skierowali się razem do baru hotelowego.

Dream on VII

12 sierpnia 1988 roku, Motley House, Los Angeles

Chociaż każdy z członków Motley Crue miał już własny dom z basenem w Los Angeles, stara, dobra miejscówka jaką było Motley House, wciąż cieszyła się popularnością. Apartament niedaleko klubu Whisky a Go Go był pierwszym lokum zespołu, gdzie początkowo mieszkali wszyscy, oprócz Micka, który mieszkał wtedy ze swoją dziewczyną. Pomimo gruntownego remontu, na ścianie w korytarzu cały czas dało się zauważyć czarną smugę z dymu – tu Vince i Tommy ćwiczyli podpalanie Nikki’ego. Osmolona ściana była pozostałością z okresu kiedy, głównym punktem występów Motley Crue był stający nagle w płomieniach basista. Sixx przejął ten numer po Blackie’m Lawless’ie z W.A.S.P, który to z kolei miał już dość ciągłych poparzeń nóg. Prace nad albumem „Girls, girls, girls” szły raczej średnio. Chłopaki z Motley’a cierpieli na coś w rodzaju „zatwardzenia twórczego”, ale nic w tym dziwnego, skoro 3/4 składu nie radziło sobie z alkoholem i dragami. Tylko Mick był w miarę trzeźwy i tylko on dostarczał nowych riffów, kiedy wszyscy spotykali się w studio. Nikki i Vince natomiast upierali się, że są równie kreatywni co kolega i mają całą masę pomysłów na płytę.
-Vince, przypomnij mi, ile to miałeś ostatnio pomysłów na nowy album? – Zapytał zgryźliwie Mick.
-400 – odparł zamiast Vince’a,  rozbawiony żartem kolegi Tommy – ale zanim zdążę wypowiedzieć to zdanie do końca, nasza „platynowa księżniczka” będzie ich miała pewnie ze 406.
-Powinniśmy pojechać w trasę – rzucił Nikki – jedźmy do Japonii, tam nas, kurwa, uwielbiają – Jak powiedzieli, tak zrobili. Mr. Udo organizował koncerty Motley’a już wcześniej, był ich promotorem w Japonii i jednocześnie wielkim fanem tego zespołu. Zgodził się na współpracę niemal natychmiastowo. Tour menadżerem został Doc McGhee. Miał również sprawować opiekę nad zespołem podczas trasy europejskiej. Lot do Japonii został zorganizowany już na następny dzień.

13 sierpnia 1988 roku, samolot z Los Angeles do Tokio

Terror Twins. Takim mianem zostali przez prasę ochrzczeni Nikki i Tommy. I rzeczywiście, był to przydomek, na który w pełni zasłużyli. Podczas lotu do Japonii byli nieznośni. Cały czas rozrabiali i szprycowali się działkami kokainy. Tommy biegał po pokładzie samolotu, ze spodniami opuszczonymi do kolan i z maską smoka na twarzy. Udawał Godzillę. Vince spał, Mick patrzył na to widowisko z politowaniem i tylko Nikki uważał, że to zabawne. Doc nie panował nad sytuacją. Pozostali pasażerowie byli delikatnie mówiąc zniesmaczeni. Kiedy Tommy przestał wreszcie odstawiać swój japoński teatrzyk „no”, do akcji postanowił włączyć się Nikki. Uznał, że jeśli teraz zacznie wyśpiewywać „Gwieździsty sztandar” to będzie śmiesznie i adekwatnie do sytuacji. Darł się na cały samolot, pociągając co chwila Jack’a Danielsa. Kiedy butelka była pusta, Sixx pozbył się jej w najprostszy z możliwych sposobów. Rzucił ją zwyczajnie przed siebie. Pusta flaszka niefortunnie wylądowała na głowie jakiegoś japońskiego biznesmena, rozcinając mu potylicę. Zabawa się skończyła.

Tego samego dnia, na tokijskim lotnisku

Przeprawa paszportowa okazała się kolejnym piekłem dla Doc’a. Zespół został zatrzymany w związku z zamieszkami podczas lotu. Japoński biznesmen, trafiony przez Nikki’ego pustą butelką po whisky, zawiadomił policję. Czekający w hallu lotniska Mr. Udo robił za tłumacza, a Doc płonął ze wstydu przed japońskim promotorem. Udo był jednak bardzo wyrozumiały, bo zwyczajnie lubił chłopaków i zależało mu na pomyślnej trasie koncertowej w Japonii.
-Myślisz, że podobają im się moje tatuaże – mamrotał do Doc’a Nikki, kiedy policja odprowadzała ich do radiowozu.
-Weź i stul pysk. Wcale się nie zdziwię jak Ci złoją tyłek i ten wasz koncert w ogóle się nie odbędzie – odwarknął Doc. W drodze na komendę Nikki cały czas odpierdalał jakieś dziwactwa. Lizał szybę samochodu, abo próbował pocałować japońską policjantkę. Doc miał go po dziurki w nosie. Dobrze, że Mr. Udo nie odstępował ich na krok.
-Przestań na Boga – wycedził przez zęby Doc, kiedy Nikki w obecności komisarza i prokuratora postanowił podłubać w nosie i wywalił obie nogi na biurko. Miał w dupie czy pójdzie do więzienia.
-Pan komisarz pyta, jak doszło do tego niefortunnego zdarzenia w samolocie – tłumaczył słowa policjantów Mr. Udo. Doc spojrzał na Nikkiego, oczekując odpowiedzi. To w końcu on narozrabiał więc powinien się tłumaczyć, ale Sixx miał wtedy ciekawsze zajęcie – oglądał z uwagą swoje glam metalowe smarki.
-Nikki! Kurwa, zacznij współpracować! – Mówił z udawanym uśmiechem Doc.
-Niech się pierdolą – odburknął Nikki – PIERDOLCIE SIĘ WSZYSCY! – Wrzasnął rozbawiony.
-Pan Sixx mówi, że bardzo kocha Japonię – skłamał Mr. Udo widząc zdziwienie na twarzach policjantów. W końcu, po dwóch godzinach mordęgi udało się wypracować kompromis. Nikki niechętnie przyznał się do zajścia z udziałem jego, japońskiego biznesmena i butelką Danielsa. Przeprosił z udawaną skruchą i wymuszonym uśmiechem, raz jeszcze kazał się wszystkim pierdolić, czego oczywiście Mr. Udo nie powtórzył, i Doc zapłacił kaucję, a ciągle urażony, poszkodowany Japończyk zgodził się wycofać oskarżenie. Nikki był wolny. Koncert w Tokio odbył się z kilkugodzinnym opóźnieniem i zdaniem Doc’a był tragiczny. W hotelu nie było lepiej. Tommy narzygał na ścianę, bo jak się potem tłumaczył, chciał stworzyć coś na wzór Jacksona Pollocka. Vince rzucał z balkonu koktajle Mołotowa własnego projektu i wrzeszczał: „Powinniśmy was wszystkich zabić podczas wojny!”, a Nikki i Mick rozbrajali bar, wkurzając tym samym siedzących niedaleko gangsterów z Yakuzy.
-Dosyć tego – powiedział w końcu Doc – wracacie do domu. Było mu wstyd przed japońskim promotorem, bo wcześniej zabukowano jeszcze kilka innych koncertów w Azji, a potem w Europie. Ale decyzja została podjęta i Doc dzwonił już do pracowników wytwórni Elektra, z tłumaczeniami.
-Jak nie przerwiemy trasy, to oni z niej wrócą w czarnych, plastikowych workach – mówił do słuchawki. Elektra niechętnie zgodziła się na pomysł Doc’a. Pomimo iż tour był już opłacony i wydane pieniądze miały bezpowrotnie przepaść, wytwórnia nie chciała stracić swojej kury znoszącej złote jajka, jaką byli Motley Crue.

14 sierpnia 1988 roku, port lotniczy Tokio-Haneda

-Ja nie lecę – odburknął niczym naburmuszone dziecko Nikki – wy sobie lećcie w pizdu, a ja się wybiorę na własną trasę – mówiąc te słowa wszyscy z ekipy spojrzeli na niego z nieukrywanym zdziwieniem, ale Nikki nie miał tu na myśli solowej trasy koncertowej, tylko coś znacznie gorszego.
-Co to ma znaczyć Nikki San? – Zapytał spokojnie Mr. Udo.
-Chcę lecieć do Bangkoku – odparł Nikki. Teraz było jasne, że chodziło mu o solową trasę kokainowo-heroinową, z dala od wścibskich oczu paparazzi i ciągłego narzekania ekipy.
-Dobrze – odparł niespodziewanie Mr. Udo – ale ja i Doc San lecimy z Tobą. Nikk’iemu nie podobał się ten pomysł, ale nie miał wyboru. Doc odciął go od gotówki po wybrykach w samolocie, i zabranie ze sobą tych dwóch było jedynym sposobem na finansowanie wycieczki.
-Lecę z Tobą bracie! – Zawołał podekscytowany pomysłem Tommy.
-Lecisz … Na ryju do raju – odwarknął Doc – mam dosyć utulania się z jednym pojebem, a co dopiero z dwoma. Tommy wygiął usta w smutną podkówkę i spojrzał błagalnie na Nikki’ego, licząc że „brat” się za nim wstawi, ale ten już biegł do przeciwległej bramki, gdzie trwała odprawa na lot do Bangkoku.

Tego samego dnia wieczorem w hotelu Baiyoke Sky, Bangkok

Nikki dostał od Doc’a „kieszonkowe” wynoszące 1000$. Uradowany tym faktem, postanowił odwdzięczyć się menadżerowi i zamówił do jego pokoju 25 tajlandzkich prostytutek, przebranych za policjantki. Uważał, że to śmieszne, podczas gdy Doc srał w gacie z przerażenia, myśląc, że to na serio i znowu ktoś chce go aresztować. Dla Mr. Udo też załatwił parę panienek. Sam zresztą również postanowił zorganizować sobie małą orgię, zapraszając do siebie trzy śliczne dziewczyny. Jednak kiedy tylko przyszły, półprzytomny od nadmiaru heroiny Nikki, zamiast brać się do rzeczy, zaczął użalać się nad sobą. Ale ja jestem, kurwa, beznadziejny – myślał - zapłaciłem prostytutkom, żeby sobie z nimi pogadać. Kiedy w końcu do niczego przełomowego nie doszło, a Nikki obudził się po trzech godzinach, leżąc we własnych sikach, okazało się, że panie do towarzystwa sobie poszły, zabierając uprzednio resztę „kieszonkowego”, które dał Nikki’emu Doc. Nikki znowu był bez grosza. Zszedł do baru, gdzie spotkał Mr. Udo.
-Mr. Udo, fajnie było z dziewczynami?
-Moja żona to powietrze, którym oddycham.
-Hę …?
-Bez niej nie mogę żyć, jest moim tlenem – odparł spokojnie Udo i dopiero teraz Nikki załapał, że był tym, który postanowił to powietrze zanieczyścić, nasyłając na Udo stado dziwek. Stał tam teraz i czuł się jak ostatni kretyn.
-Nikki San – zaczął głosem mentora Udo – taki tryb życia Cię wykończy -Zaczyna się, kurwa, kazanie - pomyślał Nikki. W gruncie rzeczy bardzo lubił krępego Japończyka, ale teraz, będąc pod wpływem heroiny, nie potrafił docenić niczego co robili dla niego inni.
-Panie Udo, chciałbym pożyczyć kilka dolców, chcę pozwiedzać Bangkok, a Doc odciął mnie od gotówki – kłamał. Było jasne, że potrzebuje pieniędzy na dragi
-Pozwiedzajmy razem Nikki San – zaoferował Mr. Udo -Tylko nie to, kurwa – mówił w myślach Nikki.
-Chciałbym pobyć sam, przemyślę swoje zachowanie, powinienem przeprosić Doc’a, za to jak narozrabiałem, może kupię mu prezent? – Dalej bezczelnie kłamał, ale Mr. Udo miał do niego słabość i na prawdę chciał wierzyć w to, że Nikki wyjdzie na prostą. Kiedy wreszcie basista pozbył się nadopiekuńczego Japończyka, wyruszył na poszukiwanie dilera. Do towarzystwa, jako tłumaczkę, wziął sobie tajlandzką prostytutkę. Idąc ulicami Bangkoku spostrzegli w pewnym momencie odsunięty właz do kanałów, z którego wydobywały się kłęby pary. Scena jak z horroru. Obok stał pokurczony Chińczyk w brązowej szacie.
-Kto to?
-Wróżbita.
-O! Ale fajnie! Mogę dowiedzieć się co mnie czeka? – Zapytał rozbawiony Nikki, biorąc wszystko za dobrą zabawę. Wróżbita poprosił o 4$, Nikki podał mu dłoń, on położył na niej swoją, zacisnął ją i nagle gwałtownie odepchnął z miną jakby właśnie pogryzł cytrynę.
-Co on powiedział?
-Nie chcesz wiedzieć – odparła dziewczyna.
-Ej! Kurwa, właśnie wydałem 4$ na te brednie, więc chciałbym wiedzieć co on mówił!
-Powiedział, że umrzesz. Podał nawet datę i dodał też, że w tej chwili nie jesteś w stanie tego zmienić.
-Bzdura – burknął Nikki. Ale wtedy nie podejrzewał nawet, że Bóg zesłał mu aż tyle ostrzeżeń: Steven Tyler, Mr. Udo i jakiś popaprany wróżbita. Za jakiś czas, życie basisty Motley Crue miało posypać się jak domek z kart.

Dream on VI

10 sierpnia 1988 roku, San Francisco

Po zakończeniu nagrywania płyty „…And Justice for All” Kirk udał się na zasłużony odpoczynek do swojego domu w San Francisco. Przekręcił klucze w drzwiach i udał się z torbami na piętro. Jego oczom ukazał się taki oto widok: na podłodze walały się czasopisma o horrorach, figurki, zabawki przedstawiające postaci z filmów grozy i porozdzierane plakaty. Kirk stał chwilę w progu z wytrzeszczonymi oczami i na wpół otwartymi ustami.
-Co tu się, kurwa, stało – wyszeptał i zrobił niepewnie krok do przodu. Nagle, trach, coś zgrzytnęło pod jego stopą. Spojrzał w dół.
-Nie, tylko nie Frankenstein – jęknął i wziął figurkę w obie dłonie, tak jakby trzymał małe dziecko, z tym, że teraz to „dziecko” miało osobno głowę i osobno korpus. Prawie się rozpłakał. Dotarło do niego, że to Rebecca musiała tędy przejść jak jakieś tornado i zostawić po sobie taki bajzel. Oczywiście zrobiła to celowo, w odwecie za ostatnią kłótnię, w której Kirk powiedział jej, że jeśli nie przemyśli swojego zachowania i nie przystopuje z dragami to ją zostawi. Westchnął ciężko i jeszcze raz powiódł wzrokiem po pokoju.
-Puk, puk – padło nagle z czyichś ust. To James i Lars stali w progu pokoju i patrzyli z rozbawieniem na cały bałagan.
-Rebecca? – Zapytał retorycznie Lars a Kirk tylko przytaknął, wciąż trzymając w dłoniach pękniętą figurkę potwora Frankensteina.
-Znalazła i zniszczyła* – rzucił, silący się na poważny ton, James, ale nie wytrzymał długo i zaraz wybuchnął śmiechem, rozbawiony własną, celną uwagą.

 *W oryginale „Seek and Destroy” – znajdź i zniszcz, utwór Metalliki z płyty Kill’em All

-Wypierdalać stąd … – powiedział cicho Kirk, załamującym się głosem.
-Daj spokój, bra… – machnął ręką Lars.
-Nie słyszeliście! Kurwa, wypieprzać, ale już! Chcę być sam! – Wrzasnął i rzucił głową Frankensteina o ścianę, która teraz rozpadła się na dwa dodatkowe kawałki. Lars i James aż się wzdrygnęli i potulnie skierowali swoje kroki do wyjścia. Nigdy nie widzieli, żeby Kirk był w takim stanie, a już na pewno żaden z nich nie słyszał, żeby tak krzyczał, bo od wrzeszczenia na innych w zespole był James.
-Ta baba go wykończy – rzucił Lars, kiedy byli już na schodach.
-Mnie to mówisz? – odparł James. Kirk tymczasem siedział na łóżku i załamywał ręce.

Lars i James, 30 minut później

-Skoro Kirk będzie się dziś upijał zapewne w samotności to może weźmiemy ze sobą Jasona?
-Czemu nie – odparł James – gdzie on w ogóle mieszka?
-Chyba w jakimś hotelu – rzucił Lars. Rzeczywiście, Jason zatrzymał się w Fairmont, niedaleko Chinatown. Nie pochodził wszak z San Francisco więc nie miał tu domu. Kiedy otwierał drzwi kolegom z zespołu nie krył zdziwienia.
-Wyskoczysz z nami do Slidebar’u? – Zapytał od progu Lars. Jason uważnie przyglądał się chłopakom, ale ci wyglądali nadzwyczaj poważnie. Chyba tym razem nie zamierzają wykręcić mi jakiegoś numeru – myślał Jason. Bo to przecież on padał ofiarą wszystkich wygłupów jakie przyszły członkom Metalliki do głowy. Od kiedy zastąpił zmarłego Cliffa nie było dnia, żeby był w tym zespole traktowany serio. Ciągle się nad nim znęcano.
-Serio? – Wolał się upewnić.
-No tak, zbieraj się! Chyba, że masz inne plany – mówił James.
-A Kirk z nami nie idzie?
-Kirk płacze bo mu się mleko rozlało, bo mu się zabawki potłukły, bo go żona bije …
-Oj, weź już stul japę – przerwał Larsowi James – pierdolisz jak potłuczony. Do Slidebaru! – Krzyknął na koniec.

Dom Kirka

Kirk kończył układać porozrzucane czasopisma i figurki. Skleił też te przedarte plakaty, które dało się uratować, resztę, która była w gorszym stanie schował do pudła. Nie chciał ich wyrzucać, bo było mu ich zwyczajnie szkoda. Teraz trzeba było poskładać jakoś potwora Frankensteina. Hm - westchnął Kirk – to prawie jak tworzenie Cię od nowa – pomyślał, patrząc na figurkę – Victor też składał Cię z różnych części. Sięgnął po tubkę szybkoschnącego kleju, ale okazało się, że była już pusta. Wstał z podłogi i skierował się na dół po kluczyki do auta. W kuchni zobaczył przyklejoną do lodówki notatkę, napisaną ręką Rebecci.
„Mam nadzieję, że podobają Ci się moje porządki.

PS. Kluczyki od Granady są przy basenie.”
Przeczuwał, że coś jest nie tak. Poszedł na tył domu i zobaczył swojego Rolls Royca Granadę zaparkowanego … w basenie. Rebecca okazała się wyjątkowo okrutna, niszcząc z zemsty wszystko to, co Kirk kochał najbardziej – jego kolekcję horroru i samochód, który dopiero co kupił. Oparty o ścianę, wypuścił tylko głośno powietrze z ust. Po prostu nie mógł uwierzyć, że to się działo na prawdę.

11 sierpnia 1988 roku, dom Nikki’ego Sixx’a w Hidden Hills, Los Angeles

-Umrzesz.
-I Ty też.
-Mówię Ci serio, jak tak dalej pójdzie to będziesz leżał w dębowej trumience przed końcem roku.
-Oj, weź nie pierdol takich smutów! Steven, bierzesz co najmniej tyle samo co ja, więc weź mi tu, kurwa, nie nawijaj o zdrowym trybie życia! – Wrzasnął do słuchawki poirytowany Nikki.
-Posłuchaj starszego kolegi po fachu, dobrze Ci radzę, po prostu zwolnij.
-Czuje się dobrze, wszystko jest OK, OK?
-Jak chcesz, żeby nie było, że Cię nie ostrzegałem. Trzymaj się – rzucił do słuchawki i się rozłączył. Pierdolony Steven Tyler. Sam miał problemy z używkami, a jeszcze do tego miał czelność pouczać innych. Ale Nikki go lubił. Uważał Stevena niemal za swojego ojca, którego nigdy nie miał. Było mu miło, że ktoś się o niego martwi. Z tych rozmyślań wyrwał go dzwonek do drzwi. Diler. Nikki zerwał się z kanapy i pognał do wyjścia.
-Najlepszy towar, dla najlepszego klienta – usłyszał otwierając drzwi.
-Dawaj, załaduj mi – powiedział Nikki podwijając rękaw. Zamiast strzelić sobie działkę powinien raczej wziąć rewolwer i strzelić sobie w ten pofarbowany, popierdolony łeb. Nigdy nie powinien pozwolić na to, żeby ktoś inny wstrzykiwał mu działkę heroiny, ale teraz był tak zmęczony po ostatnim zjeździe, że nie miał siły nacisnąć tłoka strzykawki. Diler przygotował działkę i wstrzyknął ją Nikki’emu w ramię. Dawka była tak mocna, że nawet takiemu weteranowi jak Sixx zakręciło się przed oczami. Zatoczył się w miejscu i zwymiotował dilerowi na buty.
-Pardon …znaczy, chyba się nie przyjęło – wybełkotał i zemdlał. Chłopak od heroiny złapał jakiś t-shirt Sixx’a, wytarł nim obrzygane buty i jak gdyby nigdy nic zawinął się z miejsca wypadku. Wolał żeby go tam nie było, jeśli nie daj Boże coś złego się wydarzy. A miało się wydarzyć, już niebawem.

Dream on V

10 sierpnia 1988 roku, Weedsport, Nowy York, koncert Aerosmith, godzina 01:15 w nocy.

-Thank you and fuck you! – Krzyczał do rozentuzjazmowanego tłumu Steven – Dzięki, kurwa, jesteście, kurwa, nie do zajebania! Kocham WAS!! – Wrzeszczał ciągle, wisząc na statywie i strzelając po sali szerokim uśmiechem, podczas gdy reszta zespołu zdążyła już dawno zleźć za kulisy.
-Niech go ktoś sprowadzi – mamrotał kręcąc głową Tom, basista grupy.
-Nie trzeba, już idzie – rzucił Joe, odkładając swoją gitarę na bok. Istotnie, Steven już kierował się na backstage, stale jednak krzycząc coś i wymachując rękami w stronę publiczności. Szedł poubierany w te swoje oryginalne ciuszki, poobwieszany koralikami, bransoletkami, szalikami i innymi pierdołami tego typu. Na jednej ręce miał założone jednocześnie aż trzy zegarki, które przesuwając się po nadgarstku wchodziły w muzyczną interakcję z ćwiekowymi bransoletkami. Wyglądał jak choinka na święta.
-Skąd Ty to kurwa wiesz, jak stoisz tyłem do sceny? – Spytał kolegę zdziwiony Tom.
-Bracie, on jest obwieszony tyloma różnymi gadżetami, że jak się tylko zbliża, to słychać jakby stado Cyganów przed policją uciekało – zaśmiał się Joe.
-Ale było zajebiście! Daliśmy czadu! – Emocjonował się Steven -Jak tam te twoje KISS-y – rzucił w stronę Tima – jak coś, to wezmę prysznic i możesz nas ustawić, to pogadamy.
-Teraz to już musztarda po obiedzie – odparł Tim.
-Po obiedzie to ja wolę dobrą whisky – zaśmiał się Steven – ale co masz na myśli?
-Paul i Gene tak się wczoraj schlali w CBGB, że ledwo zdążyli na samolot i nawet nie wiem, czy jak dotrą do Włoch to będą w stanie grać koncert. Ale powinni mi odpalić działkę, bo załatwiłem im jakąś pannę do kostiumów. Kurwa, powinienem brać dwie gaże za opiekę nad dwoma zespołami – mruknął.

Tymczasem gdzieś nad Oceanem Atlantyckim w samolocie rejsowym z Nowego Yorku do Modeny.

-Ale mnie łeb nap … – przerwał Gene widząc surowe spojrzenie stewardessy -…napadowe bóle głowy mam – dokończył zniżając głos.
-Kto to jest? – Zapytał cicho Paul – wskazując na siedzącą naprzeciwko Ellen, która teraz spała jak dziecko, zwinięta w fotelu.
-A ja wiem … – zadumał się Gene i wzruszył ramionami.
-Słyszę jak trawa rośnie – powiedział Paul z tępym wzrokiem.
-Gówno słyszysz. Szum wody w kiblu co najwyżej. Jesteśmy nad oceanem, tu żadna trawa nie rośnie – odparł Gene z filozoficznym tonem, kiedy podeszła do nich ta sama srogo wyglądająca stewardessa i wręczyła im jakąś kartkę złożoną na pół.
-Pan Tim Collins kazał panom wręczyć ten list, jak się już ockniecie.
„Najebaliście się wczoraj w CBGB tak, że aby zataczaliście się od krawężnika do muru. Wsadziłem Was w samolot i zadzwoniłem do Steve’a, żeby Was odebrał w Modenie.

PS. Znalazłem Wam garderobianą, ma na imię Ellen i leci z Wami (ta blondynka) i ma moją rekomendację.

Liczę, kurwa, na odrobinę wdzięczności.

Tim.
Paul i Gene spojrzeli na siebie i tylko wzruszyli ramionami. Nieświadoma niczego Ellen dalej spała z uśmiechem na twarzy. Po mimo ogromnego podekscytowania zasnęła niemal natychmiast po starcie samolotu. Była w Nowym Yorku zaledwie kilka godzin, a wydarzyło się wtedy tak wiele. Po raz pierwszy leciała samolotem, w dodatku w pierwszej klasie i na przeciwko chłopaków z KISS! I miała nową pracę. Nie mogło być lepiej.

Dream on IV

08 sierpnia 1988 roku, autobus na trasie z Los Angeles do Nowego Yorku

Ellen nie bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić, choć plan był prosty jak riff do „Smoke on the water” Purpli. Rzuciła pracę i jeszcze tego samego wieczora wpakowała się do autobusu zmierzającego do Nowego Yorku. Jutro w Weedsport koncert grali Aerosmith i liczyła na to, że znowu uda jej się wkręcić do ekipy przygotowującej występy grupy. Trasa „Permanent Vacation” wchodziła właśnie w swoją trzecią fazę i wszyscy byli tam wykończeni. Jak na ironię, bo przecież tour został nazwany „Nieustające wakacje”, ale o wakacjach nie było tam mowy. Ellen siedziała na końcu autobusu, razem ze swoim skromnym bagażem i gitarą „MONSTER”. Gapiła się przez okno i obmyślała jaką gadką przekona promotora trasy Aero, żeby pozwolił jej z nimi pracować.

Tymczasem w obozie Aerosmith, Nowy York

-Joe! Joe!!
-Czego się drzesz!?
-Nigdzie nie mogę znaleźć Stevena, nie wiesz gdzie on się może szlajać? – Pytał Tim Collins, aktualny tour manager Aerosmith.
-Tim, na Boga, nie wiem, nie jestem do chuja jego menadżerem podróży, tak? Sprawdź dobrze w jego pokoju hotelowym, może gdzieś tam leży pod tą stertą szalików i kapeluszy – rzucił Joe, a Tim grzecznie skorzystał z rady gitarzysty i udał się do apartamentu Stevena. Tyler rzeczywiście był tam, gdzie Joe przewidywał, że jest. Siedział po turecku na łóżku, wpieprzał płatki kukurydziane i oglądał MTV. Leciał właśnie wywiad z Ronnie’m Jamesem Dio, który opowiadał o zakończonej z powodzeniem trasie „Dream Evil”.
-Ronnie, dałeś niezłe show na tej trasie, aż żal, że już dobiegła ona końca. Czy mogę zapytać, co planujesz teraz? Jaki będzie następny krok? - Pytał dziennikarz.
-Dzięki. Dalej? Hm … Hm, wiesz na pewno nie spocznę na laurach, ale należy nam się teraz dłuższa przerwa. Oczywiście planuję następny album i trasę, ale teraz wszyscy musimy trochę odpocząć.
-Odpocząć!? Co Ty opowiadasz! Wcale nie wyglądasz na zmęczonego, uważam że jesteś w świetnej formie!
-Heh, to chyba zasługa tego, że w przeciwieństwie do moich kolegów po fachu nie biorę tyle dragów – żachnął się Ronnie.
-Masz na myśli Ozzy’ego i jego wygłupy? Uważasz, że narkotyki są złe? Rozumiem, że ty nie bierzesz? - Dopytywał dziennikarz.
-Mam na myśli tych wszystkich ćpunów ogólnie i … nie, źle mnie zrozumiałeś, nie chodzi o to, że nie biorę w ogóle. Używki są dla ludzi, ale wszystko z umiarem. Ja przed występem wypijam pół piwa, wypalam pół skręta i jestem rozluźniony, a nie naćpany. Tu nie chodzi o to, żeby się schlać i upalić a potem tańczyć na grobach, nie.
-Używki są dla ludzi?
-Tak. Wymyślili je przecież ludzie – dla ludzi, dla takich którzy wiedzą jak z tego korzystać. No wiesz, ja nie widziałem nigdy na przykład, żeby małpa kurzyła hasz a owczarek alzacki wpieprzał kokę. Rozumiesz? – donosił głos z odbiornika telewizyjnego. Steven słuchał tego wywodu z otwartymi ustami i łyżką płatków w ręce, która zatrzymała się w pół drogi do jego otwartej japy.
-Bullshit – wymamrotał w końcu. Załadował łyżkę z płatkami do ust po czym wyłączył telewizor. W tym momencie do pokoju wpadł Tim.
-Wszędzie Cię, kurwa, szukam! – Wrzasnął od progu i tak trzasnął drzwiami, że Steven aż podskoczył na łóżku i wylał na siebie płatki.
-Ja pierdolę! No! Tim, co żeś kurwa narobił!? Ujebałem sobie nowiusieńki szaliczek …
-Chłopaki z KISS tu są!
-No i? A oni nie powinni być czasem we Włoszech czy gdzieś …- paplał Steven zbierając płatki z ubrania i prześcieradła.
-Mają przerwę w trasie i wpadli na moment do Stanów i już jutro wracają i pomyślałem …
-Kto bogatemu zabroni … – mamrotał dalej Steven odnosząc się do tych rewelacji zaprezentowanych przez Tima – Nie wiem co tam sobie pomyślałeś, ale wiesz, koleś, mam to aktualnie w dupie. Nie czas teraz na realizowanie twoich absurdalnych pomysłów i weź mi, kurwa, podaj wreszcie ręcznik, a nie stoisz jak sztacheta w płocie!

Nowy York bar CBGB.

Paul i Gene siedzieli przy barze i smętnie popijali swoje drinki. Był już wieczór, jutro trzeba było wracać na trasę do Europy, a połowa ich ekipy zatruła się w Modenie jakimś włoskim żarciem. Chłopaki w obawie, że „to gówno może być zakaźne” – jak powiedział Gene, ewakuowali się na cztery dni, aż za ocean.
-Nie mamy monterów do rozstawiania sprzętu na scenie – westchnął Paul – wszyscy, kurwa, jak nie srają to rzygają na potęgę. Nie mogą z nami jechać dalej.
-Spokojnie, Steve już na pewno znalazł kogoś na zastępstwo – odparł Gene. Istotnie, Steve Wood był świetnym menadżerem i bez trudu kompletował właśnie nową ekipę dla KISS – ja się o nas bardziej martwię.
-Co? Nie mów, że i Ciebie ta zaraza dopadła!?
-Nie, nie o to mi chodzi Paul. Po prostu połowa z naszych garderobianych też niedomaga. W czym my wyjdziemy na scenę? Kurwa, zachciało nam się grać bez makijaży to teraz mamy. Co wieczór trzeba się w coś stroić, a tak – mieliśmy każdy swój strój sceniczny i nie trzeba było kombinować.
-Może Steve … – zaczął Paul.
-Tak, Steve, kurwa. Jak on tego nie ogarnie to już nie wiem kto może nam pomóc. Za Steve’a! – Wzniósł toast Gene.
-Za Steve’a.

09 sierpnia 1988, Nowy York, wcześnie rano

Po trzydniowej, wyczerpującej podróży z Miasta Aniołów do Nowego Yorku, Ellen myślała tylko o jednym: gdzie można coś zjeść, napić się i przede wszystkim wykąpać. Człapała po Manhattanie w kierunku najsłynniejszego baru dla rockendrollowców – CBGB.
-Chlaliście tu, kurwa, przez całą noc! – Krzyczał na całe gardło Tim Collins.
-Allle o szo chodziii… – bełkotał Gene.
-Chciałem żeby Steven się z wami spotkał miałem taki ambitny plan, a wy co … – marudził Tim.
-Timmmy, Timmmy, Tiiiiiiimmy …- zawodził z kolei Paul -Zobaszymy szie że Stevenem innym razem, oki?
-Szto to Steven? – Mamrotał Gene, zatykając usta aby nie puścić pawia na kolegę z zespołu.
Szteven, kurwa, Sztevena nie żnaszszsz, ten no … saksofonista w W.A.S.P – wybełkotał Paul i zaniósł się pijackim śmiechem.
-No tak to wy rozmawiać z Tylerem nie będziecie, a on z wami zresztą też – powiedział rozczarowany Tim, kręcąc głową. Całej scence przyglądała się Ellen. Była jednocześnie w szoku widząc swoich idoli w takim stanie, oraz nie posiadała się ze szczęścia na widok Tima – menadżera Aerosmith, do którego przecież tu przyjechała.
-Panie Collins? – Zagaiła.
-Jezu, jeszcze jakaś groupie. Nie widzisz, dziecko co ja tu mam!? Daj mi spokój.
-Ale panie Collins, nie pamięta mnie pan? Pracowałam dla pana, to znaczy dla …
-Nie wiem co ty chcesz, ale Steven Tyler jest teraz zajęty i nie ma czasu dla panienek takich jak ty – co akurat było bzdurą, bo Steven zawsze miał czas dla młodych dziewcząt, ale Collins chciał po prostu pozbyć się kłopotu w postaci Ellen.
-Ja chcę pomóc, ja mogę … – próbowała dalej Ellen.
-Co Ty możesz dziecko. Uciekaj do domu – machnął ręką Tim, jakby chciał odgonić natrętnego komara.
-Allle fajna dupa – wtrącił Paul, trzymający koledze włosy, podczas gdy ten postanowił rzucić pawia za kontener przy barze.
-Chcę pracować w ekipie Aerosmith, tak jak cztery lata temu, zajmowałam się u was ciuchami, pamięta pan?
-Nie pamiętam, zresztą i tak nie mamy wakatu – odparł Tim, zbierając z ziemi Gene’a – trza was, kurwa teraz doprowadzić do ładu, bo zdaje się macie za trzy godziny samolot.
-Łuuuumiiejsz szyć? – Zagadał Gene.
-Tak, trochę – odparła zdezorientowana Ellen. W końcu większość ciuchów kombinowała sobie sama.
-Paul, biejrzemy ją, szie nam może przydacz szie …
-Aha – wybąkał tylko Paul, który ledwie trzymał się na nogach. Był tak zapatrzony w Ellen, że zdawało mu się, że widzi anioła. Ellen zupełnie już nie rozumiała sytuacji, ale Tim Collins załapał o co chodzi. Wiedział co przytrafiło się ekipie KISS w Europie i że potrzebują nowych pracowników. Wpakował w końcu Gene’a i Paul’a do taksówki i rzucił do Ellen:
-Chodź, jedziesz z nami.

Dream on III

07 sierpnia 1988 roku, sklep muzyczny Deliciuos Vinyl

-Nie, nie mamy nylonowych strun, przykro mi, wyszły – odparła Ellen jakby od niechcenia. Klient, młody mężczyzna w koszulce z Iron Maiden, odszedł od lady wyraźnie przybity, jakby informacja o braku strun nylonowych była zapowiedzią końca świata. Boże, kiedy ten dzień się skończy - myślała Ellen siedząc za ladą sklepu muzycznego o nazwie Delicious Vinyl. Pracowała tam od niemal 2 lat i zaczynało ją to już irytować. Zarobki były małe, wynajmowane mieszkanie było małe, cały świat zdawał się być coraz mniejszy od kiedy wróciła z trasy z Aerosmith i wylądowała na tym zadupiu świata z szumowinami ziemi. Chciała znowu się gdzieś wyrwać. Byłoby fajnie znów załapać się w trasę z jakimś zespołem, pojeździć z nimi, patrzeć co wieczór jak grają. Mogłaby nawet znowu prać gacie Stevena Tylera, żeby tylko wmiksować się w jakieś muzyczne towarzystwo. W tym momencie jej rozmyślania przerwał dźwięk dzwoneczka oznaczającego, że do sklepu wszedł jakiś klient. Dwóch chłopaków przeglądało zestawy perkusyjne z wyraźnym zainteresowaniem, ale Ellen wiedziała, że i tak niczego nie kupią. Żaden 13-stolatek nie ma przy sobie 500$ żeby kupić sobie choćby najbardziej tandetny bęben basowy. W końcu chłopcy porzucili oglądanie perkusji i podążyli w stronę Ellen.
-Są może koszulki ze Slayerem? – Zero reakcji ze strony Ellen.
-Proszę pani?
-A. Tak, co mówiliście chłopcy? – Ellen jakby ocknęła się ze snu. Zignorowała pytanie klientów, gdyż jej uwagę przykuła koszulka jednego z nich. Białe krzyże i to czerwonkawe tło. „Master of Puppets” Metalliki. Nagle przypomniał jej się wczorajszy wieczór w Rainbow.
-To są czy nie?
-A, koszulki, tak, tak – rozkojarzona sięgnęła pod ladę i wyciągnęła kilka wzorów. Chłopcy popatrzyli i wybrali dwa identyczne t-shirty.
-20$ – powiedziała Ellen, nabijając rachunek na kasę.
-Chryste! – wykrzyknął jeden z chłopaków, spoglądając na duży zegar wiszący w sklepie – Już po 15-tej! Matka mnie zabije jak zaraz nie pojawię się w domu, dostanę szlaban i nici z naszego koncertu Slayera! Randy, bracie, zapłać za mnie, potem oddam Ci kasę co do centa, ale teraz muszę lecieć. -Muszę lecieć. Tyle właśnie Ellen usłyszała wczoraj na do widzenia. Przyszła jakaś napierdolona jak Messerschmitt panienka, wydzierając się na wszystkich dookoła. Potem Kirk pozbierał ją z ziemi, jakby był jakąś Matką Teresą od Pijanych Dup i tyle go widziała. Mieli przecież razem pograć. Taa. Na co ja liczyłam. On nawet nie wie jak ja się nazywam.

Tymczasem w studiu wytwórni Universal.

-Wyglądasz jak gówno owsiane – powiedział rozbawiony Lars, dźgając Kirka pałeczką perkusyjną w bok.
-Daj mu spokój – rzucił James – Czemu się z nią nie rozwiedziesz – spytał, kierując te słowa do Kirka, który siedział na podłodze i brzdąkał coś na swojej gitarze.
-Nieee wiieem… Fajnie nam było razem.
-Dawno temu i nie prawda. Fajnie było jak się razem upijaliście i jak Becca dostarczała wam kilogramy kwasu … – odparł Lars.
-Becca!? – Prychnął James wyraźnie rozbawiony tym zdrobnieniem – Beka to była wczoraj jak ona się tarzała po podłodze w Rainbow.
-Byłeś wczoraj w Rainbow? – Zapytał zaskoczony Kirk.
-Pewnie. Widziałem jak podrywasz przy barze jakąś duperę i chyba się dobrze bawiłeś dopóki Rebecca nie wparowała.
-Nikogo nie podrywałem. Ta dziewczyna … My tylko … Ona mi spodnie wycierała bo piwo …
-„Wycierała mi spodnie” – rechotał Lars – tak to się teraz nazywa! Ha, ha, ha! Słyszałeś James!? Wycierała mu spodnie!
-Tylko się nie zesraj z tego śmiechu – rzucił poirytowany Kirk. James z kolei zignorował ten dowcip Larsa i majstrował zawzięcie przy stole mikserskim.
-Lars ma rację – rzucił.
-Z czym?
-Z tym, że Rebecca była tylko fajną laską jeśli chodzi o zabawę i tak dalej, ale popatrz. Ona tak się teraz stoczyła, że kompletnie nad sobą nie panuje. Ćpa prawie tak samo ostro jak te glam-cioty z Motley Crue. Mówię Ci zostaw ją bracie, bo i Ciebie pociągnie na dno, a tego nie chcemy.
-W co się tak bawisz przy tej konsolecie, co? Może i my się chcemy pobawić – zmienił temat Lars.
-W chowanego, kurwa – odparł ubawiony James – tak Jasonowi schowam bass na „… And Justice…” , że go kurwa, do końca życia nie znajdzie, he, he.

Tymczasem w tym samym studio, w sali nagrań obok.

-Oh babe, babe, babe ooooo, like babe …mmmmyym.
-Co to kurwa jest!? – Pytał sam siebie Mick Mars – Vince, kurwa, co ty odpierdalasz? – Próżno jednak było prosić się wyjaśnień od naćpanego w trzy dupy Vince’a. Mick siedział na wzmacniaczu Marshalla i jako jedyny w miarę trzeźwy członek Motley Crue starał się ogarnąć jakoś nagrania do „Girls, girls, girls”. Kurwa - myślał – Co za beznadziejny kawałek, słaby jak prezerwatywy z Burkina Faso.
-Jaag wam szie podobało chchłłłopaky? – Wymamrotał pijany Vince, który trzymał się na nogach tylko dlatego, że jedną ręką opierał się o statyw mikrofonu. Nikt mu nie odpowiedział. Nikki i Tommy uznali, że piosenka jest tak absurdalnie głupia, że aż śmieszna i z tego powodu zataczali się ze śmiechu po studiu, trzymając się za brzuchy. Tylko Micka to nie bawiło. Pomyślał z żalem, że takie gówno jakie przed chwilą zaśpiewał Vince, za jakieś 15 lat zaśpiewa jakiś gówniarz z Kanady z fryzurą ułożoną jak od garnka, i że wtedy to może nawet będzie hit dla napalonych trzynastek, ale nie teraz i zdecydowanie nie na tę płytę.
-Ja się poddaję. Nie wiem. Ogarnijcie się do chuja, a ja idę po piwo – powiedział zażenowany Mick i wyszedł. W korytarzu natknął się na Jamesa, który wpadł na ten sam pomysł i też wyskoczył po skrzynkę piwa. Minęli się bez słowa, patrząc tylko na siebie z pogardą.

-Czy te jebane kurwy muszą nagrywać w tym samym studiu co my?! – Wpadł do pomieszczenia studyjnego z miną taką jaką Dave Mustaine musiał mieć na twarzy w tej chwili gdy dowiadywał się, że wylatuje z Mety.
-Co za kurwy Cię znowu napastują? – Zapytał wesoło Lars.
-Te pizdy z Motley’a, coś tu nagrywają.
-Struna mi pękła – wymamrotał Kirk, który ciągle siedział na podłodze i ciągle molestował gitarę.
-Dobrze, że nie prezerwatywa – rzucił Lars i obaj z Jamesem wybuchnęli śmiechem – Kirk, musisz grać subtelniej, a ty szarpiesz te struny jak Jehowi klamkę – Lars nabijał się dalej z kolegi.
-Mamy jakieś struny na zmianę? – Zapytał Kirk nie zwracając uwagi na docinki Larsa.
-Nope. Za rogiem jest jakiś sklep muzyczny „Delicious …coś tam”, idź, przewietrz dupę i tam na bank kupisz jakieś struny do wiosła.

Tymczasem w Delicious Vinyl.

-Panie Walles?
-Taa.
-Chciałabym wziąć urlop, na … jakiś czas … bliżej nieokreślony.
-Żartujesz kochanieńka. Możesz dostać wolne popołudnie, albo weekend, ale długoterminowe wakacje odpadają. Widzisz ile tu jest pracy.
-Ale ja muszę.
Wiesz ile mam osób na Twoje miejsce?
-OK. Więc składam wypowiedzenie. Poproszę pieniądze za ostatni miesiąc. Przyjdę po nie jutro. Do widzenia panie Walles – rzuciła Ellen zostawiając szefa z wyrazem niedowierzania na twarzy. Zazwyczaj wystarczyło postraszyć ile to ma się innych chętnych do pracy i skutkowało. A ona po prostu to olała i zwolniła się z pracy. Ot tak. Postanowiła wcielić w życie plan o ponownym wyjeździe w trasę z jakimś zespołem. Miała dosyć siedzenia w Los Angeles.

Kirk w drodze do Delicious Vinyl.

Może chłopaki mają rację. Co mnie w sumie trzyma z Rebeccą. Nic. Chociaż, jak jest trzeźwa to całkiem nieźle się dogadujemy. Nie wiem … Muszę to jeszcze przemyśleć. „Klub >Whisky a Go Go< zaprasza dziś, na godzinę 21 na występ jedynego i niepowtarzalnego Alice’a Cooper’a. Po koncercie afterparty w barze Rainbow. Wstęp jedyne …” Rainbow. - Czytając informację na plakacie Kirk przypomniał sobie wczorajsze spotkanie z nieznajomą dziewczyną. – Cholera, przez tą akcję z Rebeccą nawet nie zdążyłem zapytać ją jak ma na imię, ani gdzie mieszka. Nic. Kurwa, totalna porażka. Wydawała się miła, mieliśmy razem pograć … - Podniósł wzrok i przeczytał szyld: „Delicious Vinyl” – To tutaj - Wszedł do środka i od razu podszedł do stojącego za ladą faceta.
-Macie struny do ESP MM-290?
-Taa, na pewno mamy, tylko czekaj, synu, widzisz jaki tu bajzel.
-Co się stało? Tornado przeszło przez sklep? – Kirk próbował być zabawny, tym bardziej, że sprzedawca chyba go nie poznał.
-Aj … Pracownica mi przed chwilą złożyła wymówienie, tak z miejsca. Wyobrażasz sobie? Ona to wszystko układała i, widzisz, nic teraz znaleźć nie mogę … Gdzie ja taką zaradną dziewczynę teraz znajdę. O mam! – Powiedział pan Walles wykładając odpowiednie struny na ladę – Może się minęliście, dosłownie przed minutą stąd wyszła, zupełnie nie wiem co jej odbiło, taką pracę rzucać, 5$ się należy.
-Nie, nikt mnie chyba nie mijał – Kirk rzucił 5$ banknot na ladę i zgarnął struny – Mam nadzieję, że szybko pan kogoś znajdzie, miłego dnia.

Dream on II

08 sierpnia 2014 roku

Ewa od dwóch dni leżała na intensywnej terapii w szpitalu wojewódzkim. Była po płukaniu żołądka i jaszcze kilku innych zabiegach odtruwających organizm, ale ciągle była w śpiączce. Rokowania były kiepskie. Przy łóżku siedziała matka. Ojciec jej nie odwiedził, zapewne zapijał się na umór pod jakimś sklepem. A tymczasem w świecie Ewy, w jej alternatywnym,wymarzonym świecie …

06 sierpnia 1988 roku, bar Rainbow na Sunset Strip Blvd.

Ciekawe, że on nie ma problemu z kupieniem alkoholu … przecież on wygląda jak dziecko - rozmyślała dalej nad fizjonomią Hammetta. Ale zaraz! Przecież to był pierdolony Kirk, kurwa, Hammett, gitarzysta Metalliki. Mógłby nawet chodzić z pieluchą na głowie a i tak miałby pod dostatkiem alko, drag i panienek. A propo tych ostatnich. Ellen zaobserwowała właśnie zbliżająca się pewnym krokiem, w stronę Hammetta, typową groupie. Wysoka, szczupła, brunetka. Wszystko „na miejscu”. Prawie wszystko odkryte. Tak. Najpierw szły jej cycki, a potem cała ona. Przemieszczała się wśród stolików ze wzrokiem mówiącym: „Dziś w nocy to ja go sobie porucham, a nie wy tępe dzidy.” Już stała obok Kirka i gładziła opuszkami palców jego ramię, jednocześnie szepcząc mu coś na ucho.
-Spieprzaj! Nie mam ochoty! – Wycedził Kirk, odpychając ręką dziewczynę tak mocno, że aż wylał sobie piwo na spodnie. -Kurwa, no jeszcze to! – Dodał, wywracając oczyma.
-No to jednak nie poruchasz – powiedziała Ellen sama do siebie, jakby wcześniej wyczytała w myślach co tamta napalona panienka kombinuje.
-No weź, chciałabyś takiego szczyla do łóżka? – Usłyszała pytanie i dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że swoją poprzednią myśl wypowiedziała nieświadomie na głos. Spojrzała w bok, gdzie siedział jakiś typowy fan glamu, sącząc whisky i gapiąc się na nią jak sroka w gnat.
-Nie twój interes – odburknęła Ellen.
-No, mój interes to się w twoim łóżku na pewno nie znajdzie – zaripostował tamten i odszedł od baru zabierając swojego drinka.
-Co za dupek – powiedziała znowu sama do siebie i spojrzała do swojego kufla, gdzie prześwitywało już dno. Chętnie wypiłaby jeszcze jedno piwo, ale to wiązało się z ponownym złożeniem zamówienia, a to z kolei z traumą pytania o odpowiedni wiek. Choć z drugiej strony była przecież w Rainbow, gdzie generalnie wszyscy mieli w dupie pytania o metryczkę. Znowu spojrzała na Kirka. Mamrotał coś pod nosem, wycierając ręką oblane spodnie. Pech chciał, że piwo postanowiło zrobić paskudną plamę w okolicach … krocza, co wyglądało … tak jak wyglądało. A wyglądało dosyć żałośnie. Ellen mimowolnie się uśmiechnęła, bynajmniej nie dlatego, że chciała się ponabijać, ale ten widok był po prostu przeuroczo zabawny. W końcu się zlitowała i sięgnęła do swojej torby po chusteczki.
-Masz – powiedziała, rzucając paczkę w stronę Kirka – Zrób ze sobą porządek.
-Yyyehm. Dzięki … chyba – wybąkał w odpowiedzi, jednocześnie patrząc na Ellen jak na jakieś UFO. Chusteczki nie wiele mogły pomóc, bo na jasnych jeansach plamę i tak było widać.
-Ja pierdolę, dlaczego mnie to spotyka – mamrotał ciągle Kirk, wycierając spodnie.
-Byłoby lepiej zdjąć i zaprać wodą – rzuciła jakby w eter Ellen.
-Sorry, przed chwilą tu była taka jedna, co chciała ze mnie te portki zdjąć, i uwierz mi posługiwała się o wiele ciekawszymi argumentami a mimo to jej nie wyszło, więc słabo się starasz.
-No tego kurwa za wiele! – Wrzasnęła Ellen – Człowiek chce pomóc, z  dobrego serca, ale nie! Tu, kurwa, wszyscy myślą chujem! A jak nie mają chuja to nie myślą już wcale! Nie myśl sobie, śliczny, że tutaj każda laska marzy tylko o tym, żeby Ci zrobić dobrze! Pierdolony Casanova! – Kirk patrzył na nią z oczami jeszcze większymi niż zwykle.
-Przepraszam … – zaczął i chciał dodać coś jeszcze, ale usłyszał już tylko szybką replikę od Ellen.
-Spierdalaj … -wycedziła i obróciła się na stołku tak, że Kirk widział tylko jej plecy.
-Ej, no sorry, słuchaj … Źle zaczęliśmy, OK? Mam podły nastrój, sorry, nie chciałem być … niemiły.
-Niemiły! Ty, kurwa, bezczelny jesteś! Niemiły to jest facet co mi codziennie rano sprzedaje bułki w piekarni na rogu! – Wywrzeszczała, patrząc na wyraźnie przestraszonego Kirka, tak jakby nigdy, nikt na niego wcześniej nie krzyczał. Nie doczekała się jednak odpowiedzi, bo zdziwiona twarz Kirka właśnie zmieniała swój wyraz i z przestrachu przechodziła w śmiech. Śmiał się, bardzo długo i bardzo głośno, tak, że można było oglądać jego niezbyt proste uzębienie. Teraz to Ellen wyglądała na zdziwioną. Takiej reakcji się nie spodziewała. W końcu nie wytrzymała i sama też zaczęła się śmiać.
-Sorry, wyglądałaś niemal jak wkurzony James, wtedy kiedy wszystkich rozstawia po kątach – powiedział Kirk kiedy wreszcie mógł zaczerpnąć powietrza. Wytarł sobie spływającą po policzku łzę,tą samą chusteczką, którą wcześniej wycierał spodnie. -Nie pamiętam kiedy ostatnio popłakałem się ze śmiechu, ostatnio jakoś nic mnie nie bawi – dodał.
-No to cieszę się, że udało mi się Cię rozbawić – wtrąciła. Napad złości już niemal minął jej całkowicie.
-Chcesz jeszcze jedno? – W odpowiedzi Ellen zmarszczyła tylko brwi, bo w pierwszej chwili nie załapała o co chodzi.
-Piwo? Czy masz ochotę na jeszcze jedno? Chciałbym się jakoś zrewanżować za te chusteczki, i za to jak Cię niechcący obraziłem – wyjaśnił Kirk dodając do pytania ten swój niesamowity uśmiech.
-Skoro pan nalega – odpowiedziała kurtuazyjnie i z nutą sarkazmu Ellen.
-Jaki pan. Zwykły Hammett, Kirk. Kirk Hammett.
-Yhym. Yep. Bond, James Bond – zażartowała i znowu oboje się roześmiali – Daj spokój, w tym barze wszyscy Cię znają, musiałbyś chodzić chyba z torbą na głowie, żeby Cię nikt nie rozpoznał – dodała z uśmiechem.
-Cena sławy – odparł z teatralnym gestem Kirk – Barman! – Krzyknął w stronę gościa, który zamiast zajmować się swoją robotą, podrywał jakąś pijaną panienkę – Jeszcze dwa piwa proszę! Sam też chętnie się napiję, biorąc pod uwagę gdzie wylądowało moje poprzednie piwo – dodał -Co cię zatem sprowadza do Rainbow, jeśli nie ochota zaglądania w spodnie muzykom? – Rzucił żartobliwie pytanie, mając nadzieję, że tym razem nie urazi dziewczyny.
-Sama nie wiem … – przeciągała odpowiedź – chyba po prostu lubię tu siedzieć.
-Grasz? – Zapytał wskazując wzrokiem gitarę Ellen opartą o ladę.
-Trochę, wiesz, jestem samoukiem i nie bardzo …
-Mogę Ci pokazać kilka sztuczek – przerwał jej wypowiedź Kirk.
-Aaahaaa, jeszcze mnie dobrze nie upiłeś, a już Ci „sztuczki” w głowie – zaśmiała się Ellen.
-Ej! To teraz ja jestem ten zły? Ty mnie pierwsza chciałaś rozbierać – ripostował Kirk – ale ja tak serio mówię, chętnie Ci pokażę parę riffów i …- przerwał. Do baru właśnie wkroczyła Rebecca, aktualna żona Kirka.
-Koteczku! – Krzyknęła w jego stronę, gdy go tylko namierzyła. Wymachiwała w górze rękoma i próbowała utrzymać równowagę idąc między stolikami. Była kompletnie pijana, upalona i naćpana. Kirk zerwał się ze swojego miejsca, zostawiając Ellen samą przy barze.
-Muszę  lecieć – rzucił na odchodne. Złapał Rebbecę w talii i próbował wyciągnąć do wyjścia zanim ta zacznie się rozbierać albo tańczyć na stole. Ellen została sama. No to sobie pograliśmy riffy, po chuju …- Pomyślała.