28 grudnia 2014

Dream on XXVII

24 grudnia 1988 roku, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

-Jjjjeeeeeee ... dżyyyyyy ..... aaaaa ..... otwórz hangar, samolocik ląduje - powiedział Simmons, trzymając w górze łyżkę z gorącą zupą i imitując nią lot samolotu. Zawiesił się z tą dziecinną zabawą tuż przed ustami Paula, czekając aż ten łaskawie zje to co przyjaciel podawał mu jak choremu w szpitalu. Niestety, bez rezultatu.
-Dobra sam zjem - odparł i załadował sobie łyżkę do buzi. Była wigilia i Gene nie chciał zostawiać Stanleya samego. Dlatego teraz siedział z nim w domu na przedmieściach Yorktown i usiłował zmusić do zjedzenia czegokolwiek. 
Od ostatnich tragicznych wydarzeń, niewiele się zmieniło. Paul bardzo żałował tego co się stało, ale nic nie mógł zrobić. Miliard razy błagał Gene, aby powiedział mu gdzie jest Ellen, ale on zawsze odpowiadał to samo: "Nie wiem". Oczywiście wiedział, ale Paul'owi powiedział tylko tyle ile uznał za słuszne; że zabrał ją do hotelu, tam się ogarnęła i powiedziała, że odchodzi. Taka skrócona wersja wydarzeń. Zmyślona na potrzeby przedstawienia sytuacji Stanley'owi. Simmons widział jak przyjaciel cierpi, ale postanowił dochować obietnicy danej dziewczynie. 
-Umrzesz, jak nie będziesz jadł - zaczął złowrogim głosem Gene pochłaniając pieczonego indyka, ale Paul znowu go zignorował. Gene westchnął i odłożył udko na talerz - Paul - zaczął znowu, tym razem poważnie - mam już dosyć twojego wisielczego humoru, tego że muszę gadać sam do siebie, jak jakiś pierdolony świr z rozdwojeniem jaźni i tego, że mnie kurwa ignorujesz! - Wrzasnął.
-A ja mam dosyć tego, że zachowujesz się jakby się nic nie stało - odparł w końcu Paul.
-Czyli jednak potrafisz mówić. Brawo. To znaczy, że nie przypierdoliłem ci aż tak mocno - odpowiedział w swoim stylu Simmons -Wiesz, jaki masz problem kolego? - Zapytał pochylając się nad Paulem -Ciągle to wszystko roztrząsasz. Zapomnij o niej i o tym co się stało.
-Jak możesz tak mówić?! - Oburzył się Paul -Jak mam zapomnieć o dziewczynie, którą kocham!
-Którą kocham aż tak bardzo, że w przypływie tej wielkiej, pierdolonej miłości, postanowiłem ją zgwałcić po pijaku - powiedział Gene, przedrzeźniając Paula i zamilkł szybko widząc jak łzy napływają przyjacielowi do oczu -Weź bez takich. Chyba mi się tu nie poryczysz, nie? Dobra, sorry, przesadziłem z tym ostatnim.
-Nie. Masz rację, ale ... ja ... tyle razy wracałem w myślach do tego wieczoru i ... po prostu .. nie wiem. Nie wiem dlaczego to zrobiłem.
-Paul. Popatrz .. ja też kogoś straciłem, tak? Ellen była moją ...-zawahał się przed użyciem słowa "przyjaciółka", bo nie chciał bardziej urazić Paula - ... kumplowaliśmy się. A teraz jej nie ma. Nie wróci. Nie stanie tu nagle w drzwiach i nie powie, że "narozjebywałem żarcie jak w chlewie", że "choinka jest do kitu" i że "zamiatanie prezerwatyw pod dywan jest obrzydliwe" - powiedział udając głos Ellen - Musisz zaakceptować, że to już koniec.
-A jeśli nie potrafię? -Zapytał Paul, a Gene zdecydował się na radykalny krok. Nie chciał tego robić, ale uznał, że tylko to może coś pomóc.
-Ellen powiedziała, że cię nienawidzi. Że nie chce cię nigdy więcej widzieć, że się tobą brzydzi i że powinieneś się za to smażyć w piekle po śmierci - skłamał. Ellen nigdy nie wypowiedziała tych słów. Powtarzała tylko, że się boi, ale tak na prawdę nigdy nie życzyła źle Paulowi. Gene zaryzykował i zmyślił te słowa na poczekaniu. Brutalne, ale liczył, że to otrzeźwi przyjaciela i w końcu zapomni o feralnych wydarzeniach sprzed ponad miesiąca. Popatrzył w prawo. Chciał zobaczyć jak Paul to przyjął. Twarz Stanleya stężała. Zacisnął usta i milczał. Widać było, że rozważa te słowa. Zabolało. 
-Muszę się przejść - wyszeptał i wstał od stołu. Gene usłyszał już tylko jak Stanley zakłada kurtkę i trzaska drzwiami. Westchnął. Właśnie stracił apetyt. Podszedł do komódki w salonie i wziął z niej listy i kartki, które przyszły przed świętami. 
-Życzenia, życzenia, życzenia ... - mruczał pod nosem, przekładając świąteczne pocztówki. Nawet ich nie czytał. Jego uwagę przykuła ulotka zapowiadająca zbliżający się festiwal na Florydzie. "Monsters of Rock" - wygrawerowane wielkimi literami z przodu. "Wśród gwiazd: Aearosmith, KISS, Metallica ...". Gene pokręcił głową i podarł ulotkę informacyjną.
-Mam nadzieję, że Kirk jej tam nie przywiezie - westchnął. Wrócił do przeglądania poczty. Jego uwagę przykuł list jako jedyny zapakowany do kolorowej koperty. Jako nadawca widniał napis: "Pierdolona METALLICA" sporządzony ręką Larsa. W środku dwie kartki. Zaczął czytać pierwszą: 

"Witajcie pierdolce! 
Witajcie pierdolone pierdolce!
Metallica w składzie L+J+K+J życzą Wam pierdolonych, zimnych jak skurwysyn, udanych świąt! 
Nażryjcie się i do zobaczenia w pierdolonej Tampie*! 
Chuj wam w dupę.
Merry Xmass".

Gene skończył czytać życzenia od Metalliki z wielkim uśmiechem na twarzy. Sięgnął po następną kartkę.

"Wszystkiego dobrego na święta.
Założę się, że choinka w salonie, jest do kitu"

W tym momencie przerwał czytanie i podniósł wzrok na żałosne drzewko w salonie po czym przytaknął z uśmiechem i powiedział do siebie:
-Żebyś wiedziała maleńka.

"U mnie wszystko dobrze, nie martw się.
Powiedz Paul'owi, że mu wybaczam.
 Tęsknię. 
E."

-Heh. Szkoda, że właśnie mu powiedziałem, że go nienawidzisz. - Gene zagryzł dolną wargę i pokręcił głową. Podszedł do kominka i wrzucił tam kartkę od Ellen, aby mieć pewność, że Paul jej nie znajdzie. Ogień zaskwierczał wesoło i mały liścik zniknął w płomieniach. 
________________________________
*Tampa to miasto na Florydzie, jest to miejsce, w którym ma odbyć się wspomniany festiwal "Monsters of Rock".
______________________________________________
Wieczór wigilijny, hostel Houdson na przedmieściach Nowego Yorku

Rebecca opierała się o słup z ogłoszeniami i paliła kolejnego papierosa. Nie zauważyła kiedy dołączył do niej Duff.
-Co ty robisz! Jesteś w ciąży, nie możesz palić! - Wrzasnął i wyrwał jej kiepa z rąk. Rebecca spojrzała na niego z dezaprobatą.
-Już nie. Miałam skrobankę. Sorry ale nie zostaniesz tatusiem - odparła i wyjęła z paczki kolejnego papierosa. Duff patrzył z niedowierzaniem. Jak mogła to powiedzieć tak spokojnie? Jakby miała to w dupie.
-Zabiłaś .. nasze ... dziecko? - Wydukał.
-Oj nie dramatyzuj tak! Jak nie to, to będzie następne. Jeszcze się dorobisz. Ja nie mam czasu na bachora - powiedziała. Duff nie potrafił na to odpowiedzieć. Wprawdzie miał już Rebecci powyżej uszu i żałował, że się z nią związał, ale ... mieli mieć dziecko. Nie żeby chciał zostać ojcem roku, ale w końcu ... W każdym razie, zabolało. Stał tam i gapił się na nią. Po chwili dołączył do nich Axl.
-Ej - zaczął - ty brudna dziwko - szturchnął Rebeccę w ramię - w ramach świątecznego prezentu, podjęliśmy z chłopakami decyzję, że ...
-Zabiła moje dziecko - wyjęczał McKagan.
-Co? Ach tak - Axl najwidoczniej nie przeżywał tak mocno i postanowił kontynuować wątek - no więc, skoro ta magiczna więź dodatkowo już was nie łączy, to podjęliśmy z zespołem decyzję, że nie podróżujesz więcej z nami i .... wypierdalaj - zakończył z uśmiechem. Rebecca była niewzruszona. Stanęła na przeciwko Rose'a i zaczęła swoją ripostę.
-Cudownie dziubaski. I tak nie jesteście mi już potrzebni. Odchodzę - odparła i rzuciła niedopałkiem papierosa we włosy Axla, po czym schyliła się po swoją torbę i odeszła. Axl ciężko oddychał, bo Rebecca już zdążyła mu podnieść ciśnienie. Z hostelu wygramolił się Slash, bo był ciekawy jak dziewczyna przyjmie to, że ją wyrzucili. Stanął za Axlem i zapytał.
-Już po wszystkim? - Nie uzyskał odpowiedzi, ale skoro Rebecci nie było nigdzie wokół, Duff stał jak słup soli, a Axl miał minę jakby była Hammetta właśnie mu naubliżała to - musiało się udać. 
-Dobra, chodźcie do środka, zimno jest - powiedział gitarzysta - A ty Rose się tak nie wściekaj ... wyglądasz jakby ci się miało gówno w dupie zagotować - dodał. Teraz mogli świętować, bo pozbyli się problemu, a okazja była, według Slasha podwójna, bo hostel w którym się zatrzymali nazywał się prawie tak samo jak on. Houdson-Hudson. Wystarczający powód, żeby się napić.
Rebecca szła przez Yorktown Hights i nie ruszało ją kompletnie nic. Była tylko zadowolona, że może szerzyć destrukcję. Teraz celebrowała to, że udało jej się na koniec wkurwić Axla. W końcu zorientowała się, że zbliża się w okolice domu Paula Stanleya. Mechanicznie zaczęła się rozglądać i nagle spostrzegła na ławce kogoś.
-Dziwne. Jest wigilia. Tego gościa nie powinno tu być, wszyscy teraz świętują w domach - szepnęła do siebie. Zakradła się trochę bliżej i rozpoznała Paula. Pomyślała że podejdzie i zapyta co się stało. Gdyby to był ktoś inny, nie przejęła by się, ale teraz miała przeczucie, że chodzi o coś w czym maczała wcześniej palce. Chciała wiedzieć. Błyskawicznie przybrała minę dobrej pani i podeszła. 
-Czemu jesteś tu sam? - Zaczęła, celowo udając, że znowu nie rozpoznaje słynnego muzyka. Paul nie podniósł głowy i nie spojrzał na nią, ale odpowiedział. 
-Bo zasłużyłem na to - bąknął. 
-Nikt nie zasługuje na to, żeby być samemu w święta.
-Nawet jeśli ten ktoś zrobił coś okropnego osobie, którą kocha? - Zapytał, a Rebecca uśmiechnęła się w myślach.
-Nawet wtedy - rzuciła wyświechtanym frazesem i odeszła. Po tej odpowiedzi Paula, wiedziała, że cokolwiek się stało, musi to dotyczyć Stanleya i tej "małej kurewki", jak nazywała Ellen. A skoro już jej coś się stało to i Kirk musi o tym wiedzieć. Jeszcze nigdy nie była tak zadowolona. Właśnie otrzymała najlepszy prezent na święta.
________________________________________
24 grudnia 1988 roku, przed północą, Sunapee, dom Stevena Tylera, New Hampsire

Nikt nie podnosił słuchawki, więc Joe pofatygował się do Stevena osobiście. Tym razem jednak nie zamierzał mu robić kazań, bo wydarzyło się coś jeszcze gorszego. Wjechał na oblodzony podjazd domu Tylera, a ponieważ nie było odśnieżone to samochód Perry'ego zakopał się na kilka metrów od schodów domu.
-Kurwa! - Zaklął i uderzył ręką w kierownicę. Zaczął gramolić się z auta i przedzierać przez śnieg. Przed progiem obstukał buty z nadmiaru śniegu, który się do nich przyczepił i zajrzał przez szybkę we frontowych drzwiach. W kominku wygasło, ale telewizor włączony. Zaczął się tłuc do drzwi.
Steven leżał na podłodze. Spał jak zabity. Nawet nie zważając na to, że obrzygał kanapę. Walenie do wejścia zaczynało być uciążliwe. Najpierw myślał, że to po prostu tak pulsuje mu w głowie. W końcu otworzył oczy. Nie. To definitywnie nie w jego głowie. Ktoś napierdala w drzwi, aż chałupa się trzęsie. Wstał powoli. Najpierw na czterech podszedł do odbiornika telewizyjnego, bo chciał go wyłączyć. Nie mógł jednak znaleźć pilota więc wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Uporczywe, teraz już kopanie, w drzwi anonsowało, że ktoś przyszedł i że nie zamierza szybko odejść. Steven wstał do postawy wyprostowanej. Trochę się zachwiał, ale złapał równowagę. Przesunął noga pudełko po pizzy i spojrzał na bałagan w salonie.
Ulubiona narzuta na kanapę mamy - obrzygana. 
-Idę! Idę! - Krzyknął w stronę drzwi - Kurwa, ja tu świętuję ... - mamrotał. Przekręcił zamek w drzwiach i wrzasnął z przerażenia. Joe właśnie zamachnął się kamieniem nad głową.
-Kurwa! Nie zabijaj mnie! - Krzyknął Steven i potknął się o nogę upadając na plecy. Joe zatrzymał rękę w powietrzu i popatrzył na kamień.
-Już miałem rozpierdolić tę jebaną szybkę, żeby sobie otworzyć - odparł i odrzucił "broń". -Czego mi nie otwierasz idioto! - Powiedział i wszedł do środka nie czekając na zaproszenie. -Ale syf - bąknął pod nosem patrząc na dom Stevena.
-Daj mi spokój Joe. Idź sobie, nie chce z tobą gadać - wymamrotał Steven ciągle przerażony, że Joe czaił się na jego życie -Ale mnie wystraszyłeś.
-Mick dzwonił - odparł Perry, ignorując narzekania Tylera - Nikki przedawkował. 
-CO?! - Wrzasnął i otrzeźwiał w jednej chwili jakby ktoś wylał nie niego wiadro zimnej wody i dodatkowo kopnął w dupę - Żyje? Co z nim?
-Nie wiadomo - wyszeptał Perry i popatrzył wymownie na przyjaciela. 
_________________________________
25 grudnia 1988 roku, chwila po północy, Motley House, Los Angeles
 Vince obrócił się na łóżku i przyłożył telefon poduszką, żeby zagłuszyć jego dzwonek. Do niego Mick zadzwonił na końcu*, ale tylko dlatego, że wiedział, że będzie go trudno dobudzić. Pierwszy wiedział Tommy, który dał znać Mickowi, który zadzwonił do Joe, aby ten poinformował Stevena.
-Nikki jest w szpitalu, przedawkował - padło ze słuchawki, kiedy blondyn łaskawie postanowił odebrać.
-Jezu! Żyje? 
-Nie jestem pewien ... Nie wiele wiadomo.
-Zadzwoń do mnie, jak tylko dowiesz się czegoś więcej, ok? - Rzucił do słuchawki Vince i zaczął szybko zakładać spodnie i koszulkę, aby pojechać do szpitala. Nie wiedział czy Nikki żyje ... Nie wiedział nawet, do którego szpitala powinien jechać, ale widział, że przyjaciel go potrzebuje. Wtedy telefon zadzwonił ponownie. Boris, kierowca limuzyny, która odwoziła Nikki'ego do domu powiedział, że to on go znalazł i zadzwonił na pogotowie, i widział jak sanitariusze wkładali do karetki ciało Sixxa, przykryte prześcieradłem.
Neil odłożył słuchawkę. Nigdy nie płakał, ale tamtej nocy nie wytrzymał. Kochał tego aroganckiego sukinsyna, przeszli razem przez prawdziwe gówno i teraz nie wyobrażał sobie, że go zabraknie. Kopnął łóżko ze złości.
Znowu telefon. Jakiś dziennikarz zadzwonił, żeby poprosić o podanie treści nekrologu do gazety. Vince się wściekł. Rzucił słuchawką i zaklął. 
-Czyli to prawda? -Zapytał na głos.
__________________________________
*W rzeczywistości Vince był tym, który dowiedział się pierwszy. Poinformował go tour menadżer Rich Fisher.  
_______________________________________________
Tommy Lee i Mick Mars w drodze do szpitala Cedars-Sinai, Los Angeles

Tommy był cały roztrzęsiony. Ciągle powtarzał, żeby kierowca taksówki jechał szybciej. Mick zachowywał więcej zimnej krwi i zdrowego rozsądku. Kiedy dojechali na miejsce Lee wystrzelił z samochodu i popędził w stronę recepcji. Mick z powodu swojej choroby, o której dalej nikt nie wiedział, poczłapał za nim, tak szybko na ile pozwalał mu bolący kręgosłup.
-Ja w sprawie Nikki'ego Sixxa! - Wyrzucił z siebie jednym tchem Lee.
-Właśnie wyszedł - odparła pielęgniarka.
-Jak to wyszedł?! Gdzie wyszedł?! W radiu mówili, że nie żyje!
-No mówię Panom, że wyszedł - odparła spokojnie - powyjmował sobie wszystkie rurki, odkleił plastry, powiedział nam żebyśmy się od niego odpieprzyli i wyszedł -Tommy i Mick stali jak sparaliżowani. Jeszcze nie dotarło do nich to, o czym przed chwilą powiedziała im pielęgniarka.

..::RETROSPEKCJA::..
 Nikki Sixx na chwilę przed przybyciem do szpitala jego przyjaciół.

Głosy ucichły i teraz mógł leżeć spokojnie i nikt mu nie przeszkadzał. Fajnie było zemdleć i nie słuchać jak jakiś policjant się na niego wydziera. Nie wiedział na jak długo odpłynął, ale gdy ocknął się po raz trzeci, nikogo nie było w sali. Nikki zaczął wyrywać ze swojego ciała rurki i kabelki, które monitorowały jego stan zdrowia. *Pik-pik-pik* Aparatura wskazująca ilość uderzeń serca pikała miarowo. 
-Czyli jednak żyję - odparł i pociągnął kabelek. Usiadł na łóżku. Był w samych gaciach. Klatka piersiowa bolała go niemiłosiernie. Nic dziwnego, niedawno ktoś wbił mu w serce dwie wielkie igły. Do sali wszedł lekarz dyżurny i pielęgniarka.
-Co pan robi? Pan powinien leżeć - powiedział zaskoczony doktor. Nikki wzruszył ramionami i zeskoczył z łóżka na posadzkę, wymijając zszokowaną służbę zdrowia.
-Proszę wracać! - Krzyknęła pielęgniarka.
-Dajcie mi spokój! Odpieprzcie się wszyscy ode mnie! - Wrzasnął i poszedł korytarzem do wyjścia, tak jak to zrobił w Pasadenie. Wyszedł na chodnik przed szpitalem. Rozejrzał się i ruszył w stronę domu do Hidden Hills. Szedł po ulicy, potykając się czasem o swoje nogi. Był jeszcze słaby. Nagle jakiś samochód z piskiem opon zahamował przed nim. Wyskoczyły z niego dwie zapłakane dziewczyny i stanęły Nikki'emu na drodze.
-To naprawdę Ty! Ty żyjesz!? - Krzyczały jedna przez drugą.
-O czym wy gadacie? Pewnie, że żyję - odparł -Mogłybyście podwieźć mnie do domu? - Zapytał i dziewczyny zaprosiły go do swojej czerwonej Mazdy. Otoczyły go prawdziwą troską - to były dopiero fanki! Jadąc autem, Nikki nasłuchał się wiadomości z radia, gdzie cały czas powtarzano, że nie żyje. Zaczynało go to bawić. Po powrocie do domu, zmienił nagranie na swojej automatycznej sekretarce, które od tej pory brzmiało następująco:
"Cześć, tu Nikki Sixx. Niestety nie mogę odebrać, gdyż jestem martwy"*.

_________________________________
*Nagranie na automatycznej sekretarce Nikki'ego, po tym jak przedawkował, brzmiało niemal identycznie. Tak, ten idiota naprawdę coś takiego nagrał ...

26 grudnia 2014

Heavy Birthday!!

O tej dacie nie można zapomnieć!
Jak zapomnicie to wiecie co będzie?

No więc... 
Dziś, 26-go grudnia swoje 51 urodziny obchodzi perkusista Metalliki

LARS "POZEW" ULRICH!!!

Co z tego, że nie potrafi utrzymać taktu jak gra ...
Co z tego że, potrafi zjebać każdy swój utwór na żywo ...
Co z tego, że "jest mu zimno, nie ma swetra, jego czoło ma pół metra" ...
Co z tego, że wygląda jak Hannibal Lecter ...
Co z tego, że ma wzrost Hobbita ...
Co z tego, że ma śmieszny akcent ...
Co z tego, że prawdopodobnie jest gejem ...
Co z tego, że zanim skończę pisać to zdanie, Lars przyniesie mi dwa pozwy ... 

CO Z TEGO? 

Ano to, że Lars mimo wszystko jest najzajebistrzym perkusistą na ziemi!
Dobra, żart, jest chujowy, ale ...
Jest najlepszym menadżerem,
wspaniałym, ciepłym człowiekiem, wielką, cholerną gadułą i w liceum został królową balu! 

Nie no, tak już na serio ... Kocham Cię Larsiku:* Nie obrażaj się!
Życzę Ci wszystkiego najlepszego na te następne pół wieku przed Tobą,
graj nam długo i koślawo tak jak to potrafisz najlepiej.
Życzę Ci też - jak i Twoim fanom - nowej płyty, na którą czekamy!
Oraz masy pączków, które spożywasz nawet wtedy gdy śpisz!

METAL UP YOUR ASS!

Teraz ciekawostka.
Wiecie czemu Kirk grając na żywo partaczy swoje solówki?
Żeby nie było słychać koślawych bębnów Larsa. :D

Czas na zdjęcia. Komentuje: Kirk Hammett.

Bez komentarza. Tego się nie da opisać.

 Pierwsze garnki. Lars zrobił je z kartonów. 

Takie tam, Torben Ulrich ze swoją córką ...

 A nie, jednak z synem ...

 Młody, gniewny, z pryszczami na twarzy i z miną "oddajcie mojego misia!!"
 Definitywnie - photoshop. On tak nigdy nie wyglądał.

 O Boszszsz, piękny jak egzekucja komornicza ^^

Chodzący seks. Ten po lewej oczywiście. Gościa z prawej nie znam, tylko się o mnie opiera. 

 Nameless!! Co ty dodajesz?! Tego miało nie być!

Pstryk! I leci pozew, kurwa!
 

22 grudnia 2014

Dream on XXVI

UWAGA! ACHTUNG! WARNING! Morning ... Rolnik .... 
Z powodu opóźnień na blogu, wynikających z mojego nieogarnięcia ... dupa tam ... spowodowanych jak zwykle oczywiście przez Larsa (tak, pamiętajcie drodzy czytelnicy "literatury prymitywnej" - jak coś się zjebało to ZAWSZE przez Larsa ... i chuj, że mnie pozwie ...) byłam zmuszona nieco przyspieszyć akcję opowiadania, tak by wyrobić się na odcinek świąteczny, na którym mi bardzo zależało. Wszelkie luki będą uzupełnione DODATKAMI, które już zapowiedziałam gdzieś tam, w komentarzach, ale dodatki owe zacznę wstawiać zapewne jako bonusy po zakończeniu akcji "Dream on" (a to chyba już niebawem). W każdym razie zapraszam na część XXVI - świąteczną.

Korzystając z okazji, składam wszystkim czytelnikom tegoż bloga najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia, życząc Wam wielu wspaniałych prezentów pod choinką, dużo radości i uśmiechu na co dzień, aby wena na pisanie towarzyszyła Wam przez cały następny rok i jeszcze dłużej! SCARY XMAS! 

Nameless & Lars
PS. W prezencie od Larsa - tradycyjnie - świąteczne pozwy dla wszystkich.


(Nie pytajcie mnie co James ma na głowie. Nie wiem.
Lars powiedział, że "pluszowego kutasa ....").

~~***~~***~~***~~***~~***~~***~~***~~
30 listopada 1988 roku,  ośrodek w Pasadenie, Los Angeles

Trzynaście dni. Trzynaście to dobra liczba. Nie, wcale nie pechowa. Nie dla Nikki'ego Sixxa, który po dokładnie trzynastu dniach spierdolił w podskokach z ośrodka walczącego z uzależnieniami w Pasadenie. Zostałby tam może i dłużej, bo już zaczynał się dobrze bawić, ale po pewnym telefonie od Vince'a krew mu się w żyłach zagotowała i uznał, że dosyć już tych przymusowych smutnych wakacji. 
-Co!? - Wrzasnął do słuchawki Sixx.
-To co słyszałeś. Doc nas wychujał - odparł Vince po drugiej stronie.
-Zapierdolę go jak stąd wyjdę - warknął wściekły basista i rzucił słuchawką. Vince nawet nie zdążył zareagować.
Po tej krótkiej, nerwowej wymianie zdań, która rozsierdziła Nikki'ego, basista wrócił do swojego pokoju, gdzie w pośpiechu zaczął pakować swoje rzeczy. Wychodząc na korytarz minął się z pielęgniarką. Dziewczyna w białym kitlu, stała przez kilka chwil totalnie zdezorientowana, aż w końcu krzyknęła za Sixx'em.
-Dokąd to?! Panie Sixx, czas na spotkanie AA.
-A chuj ci w dupę! - Odszczeknął i jak gdyby nigdy nic przeszedł korytarzem do wyjścia. Po prostu. Bez żadnych sztuczek, kłamstewek, nawet nie pod  osłoną nocy. Nikki Sixx właśnie opuścił klinikę w Pasadenie, mrucząc pod nosem, że "zabije tego skurwysyna". Doc'a oczywiście. 
Sprawa wyglądała następująco. Doc McGhee, aktualny menadżer Motley Crue ostatnio wyraźnie kręcił coś na boku. Niestety chłopakom z zespołu nie przeszłoby to przez myśl nawet gdyby Doc niespecjalnie ukrywał się z tym co planuje. Aż w końcu sam im powiedział. Nie spodziewał się chyba tylko takiej reakcji z ich strony. W jego mniemaniu oddawał im przecież cholerną przysługę. Ale miał już dość. Każdego dnia przeklinał Boga, że dał się zaangażować w opiekę nad tak nieobliczalnymi ludźmi jak Motley Crue. Miarka przebrała się dwa razy. Raz, podczas pobytu w Japonii i kolejny raz po pechowej imprezie u Nikki'ego. Na trzeci raz Doc nie zamierzał czekać. Chciał się wycofać po cichu, ale z klasą. Zaaranżował ostatni koncert zespołu, który miał odbyć się na festiwalu Monsters of Rock na Florydzie, na początku przyszłego roku. Towarzystwo zapowiadało się doborowe. Swój udział potwierdzili wcześniej miedzy innymi KISS i Metallica. 
Doc tłumaczył Vince'owi, Tommy'emu i Mick'owi zasady udziału w imprezie.
-Nie ma żadnego headlinera. Wszystkie zespoły grają na tej samej poprzeczce. Każdy ma tyle samo czasu, aby zrealizować swój set - mówił, po czym jak gdyby nigdy nic przedstawił układ kolejności w jakiej mają zaprezentować się kapele: KISS, Metallica, Aerosmith, Motley Crue, Ozzy Osbourne, Bon Jovi. 
Początkowo nic nie zaniepokoiło chłopaków, ale po rozmowie na ten temat z Joe Perrym i Stevenem Tylerem zaczęli podejrzewać, że Doc gra na dwa fronty. Joe wyjaśnił im prawdziwe zasady Monsters of Rock, z których wynikało zgoła zupełnie co innego. Jak się okazało Doc podjął współpracę z Bon Jovi, bo dość miał wyskoków Motley Crue, a wepchniecie ich na MoR miało być ich ostatnim wspólnym koncertem. W dodatku McGhee każdemu mówił co innego, bo zależało mu tylko żeby sprowadzić dwa "swoje" zespoły na to samo miejsce i zgarnąć podwójną gażę. Ale największą szpilę wbił im na koniec i to tak bardzo obruszyło Nikki'ego. Wyszło na jaw, że przedstawiona kolejność w jakiej mają zaprezentować się kapele jest oszukana. Również gadka z tym, że na festiwalu nie ma jednej, głównej gwiazdy jest kłamstwem. 
Headlinerem miały być trzy z sześciu zespołów, każdy na inny dzień, każdy supportowany przez ten drugi. I tak pierwszego dnia Bon Jovi wspierali Aerosmith, drugiego dnia przed Ozzym występowała Metallica, a na koniec Motleye mieli zagrać na rozgrzewkę przed KISS.
-Zaraz, zaraz - zauważył Mick - wychodzi a to, że gramy na końcu jako jakieś zapchajdziury koncertowe?
-W dodatku mamy mieć trzydziesto minutowy set, podczas gdy Bon Jovi ma godzinę przed wami? - Dopytywał Tommy, a Joe tylko smętnie przytaknął.
-Serio nie wiedzieliście? - Zapytał Perry - I daliście się wkręcić w taką imprezę? 
-Ale nas Doc zrobił w chuja! I do tego faworyzuje Bon Jovi! - Wrzasnął Vince - Dzwonię do Nikki'ego, musi wiedzieć - odparł. Godzinę później Sixx stał już przed Motley House.


______________________________
Tego samego dnia, Motley House, Los Angeles

Doc'owi nie powiedzieli, że już wiedzą. Siedział tam i zastanawiał się dlaczego atmosfera jest taka napięta. W końcu usłyszeli walenie do drzwi.
-Otworzysz? - Zapytał Vince patrząc na Doc'a.
-Czemu ja? To wasza chata - odparł, ale ani "platynowa księżniczka", ani Mick czy Tommy nie drgnęli. A łomotanie do drzwi nie ustawało - Dobra, pójdę ... - odparł zrezygnowany. Podszedł do klamki i pociągnął drzwi do siebie.
-Wiesz co Doc - zaczął Nikki. To on tłukł niemiłosiernie do drzwi i marzył o tym, żeby McGhee mu otworzył. Plan udał się, ponieważ Vince sprytnie zaaranżował wcześniej całą akcję. Doc otworzył usta ze zdziwienia, ale nic nie powiedział.
-Wiesz co Doc - powtórzył - Wypierdalaj! Jesteś zwolniony jak chuj! 
-Ale ...
-Srale-bale! Wiesz co? Zdaje się, że nie jesteśmy ci potrzebni, masz przecież pierdolone Bon Jovi! - Kontynuował swoją tyradę Nikki. Posypało się jeszcze kilka epitetów i Doc został zaszczuty jak pies. Ubłagał tylko, żeby zespół nie rezygnował z imprezy, bo wszystko się posypie. Nikki zdecydował, że wystąpią, ale o pieniądzach Doc może zapomnieć. "Nie będziesz wpierdalał z dwóch koryt, świnio!" - powiedział na podsumowanie. Sixx był wściekły. Nie dość, że oszukał ich menadżer to jeszcze Steven go zawiódł. Nie odwiedził go w Pasadenie ani razu. A przecież obiecał.
__________________________________
10 grudnia 1988 roku, dom rodzinny Stevena Tylera w Sunapee, New Hampshire

Siedział na kanapie i przełączał kanały w telewizorze. Nawet nie oglądał. Nie był w stanie bo wkurwiało go to całe przedświąteczne zamieszanie. Od miesiąca pokazywano bożonarodzeniowe promocje w sklepach, puszczano świąteczne dżingle a prezenter pogody z kanału 24 miał pierdoloną czapeczkę Mikołaja!
 Ja pierdolę, ochujeć można. Wszystkich ich do kurwy pojebało i to zdrowo - przeklinał w myślach Steven. Psioczyłby pewnie dalej, ale jego ponure myśli przerwał dzwonek telefonu. Dryyyyń. Drrryyyyń. DRRRYYYYŃ!
-Kurwa! Zadryndasz jeszcze raz i ci, kurwa, przypierdolę! - Krzyknął rzucając pilotem od telewizora przez siebie. Urządzenie przełączające kanały wylądowało na staroświeckiej wazie należącej do mamy Stevena i rozniosło ją w pył - Zajebiście - mruknął - Steven jeden, mamusia Stevena zero - podsumował. 
DRYYYŃŃŃŃ - znowu dzwonek.
-Idę kurwa! - Zawołał jakby to miało coś dać. Podniósł słuchawkę.
-Czego nie odb .... *pip-pip-pip* - pikanie w słuchawce oznaczało, że Steven się rozłączył. Joe dzwonił już pierdylionowy raz, a on nie chciał z nim rozmawiać. W ogóle z nikim nie chciał gadać. Wrócił na kanapę przed telewizorem i był zmuszony oglądać kanał 24, na którym leciała "Dynastia". Pilot leżał pod  oknem, a Steven nie zamierzał po niego wstawać. 
Musiał zadzwonić. Musiał. I przez tego pierdolca znowu muszę myśleć. Czemu nie mogę zamknąć oczu i odpłynąć gdzieś w niebyt. Zaraz! Kurwa, mogę! - Wstał ociężale z kanapy i poszedł do apteczki po małe co nieco. Był speed i grzybki. Po speedzie nie ma mowy o spaniu, ale po grzybkach można mieć odlot a potem iść w kimono z mózgiem zawiązanym na supełek. A jak wezmę oba? Najpierw jedno, potem drugie - zadecydował. 
Gdy narkotyk zaczął działać, Steven w przypływie zajebiście dobrego nastroju, wyszedł na ganek domu w Sunapee. Jezioro obok zamarzło na kość. Władował się do jeepa i ruszył przed siebie. Zaczął kręcić kółka jeepem na lodzie. Darł mordę jakby był na pierdolonym Titanicu, ale ubaw miał pierwszorzędny. Zakręcił samochodem jeszcze pięć kółek i zjechał do brzegu. Cudem było, że lód nie popękał. Wytoczył się radośnie z wozu i wrócił do domu. W kominku już wygasło i było zimno, ale Steven nie czuł chłodu. Speed działał. Cudownie upalony i rozjebany usiadł na wersalce. W telewizji dalej leciał kanał 24-ty. Żeby uniknąć zjazdu poczęstował się grzybkami. Teraz miał odlot na jaki liczył. Osunął się na podłogę i odpłynął. Wreszcie nie musiał myśleć o ostatniej rozmowie z Joe, której wspomnienie doprowadzało go do szału, nie musiał myśleć o Nikki'm który był jego przyjacielem i jutro obchodził urodziny, nie musiał myśleć w ogóle.

..::RETROSPEKCJA::..
Było to na dzień przed ucieczką Nikki'ego z kliniki.
-Mogę spytać co robisz? - Zagaił Joe.
-Pilotuję U.S.S Enterprise* - odparł wrzucając nieposkładane ciuchy do walizki - mów mi Kapitanie Kirk*.
-Jedziesz odwiedzić Nikki'ego?
-Nie, kurwa! Wiesz co? Mam tego dosyć! Jak ja się zachowuję?! Kurwa! Ja to nie ja! Gdzie jest stary Steven Tyler!? Utknąłem tu, w tym pierdolonym mieście, opiekując się tym pojebem, Nikki'm. Wracam do mojego dawnego życia. Do mojego NORMALNEGO życia! W dupie mam to wszystko! Wyjeżdżam!
-A Hope? Dziewczyna z baru? - Dopytywał Joe.
-Ach tak, przed wyjazdem mogę ją przelecieć - odparł złośliwie.
_______________________________
*U.S.S Enterprise to statek kosmiczny ze "Star Treka", dowodzony przez kapt. Jamesa Tiberiusa Kirka.
_______________________________________
23 grudnia 1988 roku**, Hidden Hills, Los Angeles

Nikki był jeszcze bardziej zgorzkniały niż przed odwykiem. Zdradził go Steven, którego miał za przyjaciela, koledzy z zespołu prawie postawili na nim kreskę, a ich menadżer okazał się kłamcą i chujem. Nie miał nikogo. Był sam w wielkim domu. Urodziny 11 grudnia spędził z butelką whiskey i prostytutką. Teraz zbliżały się święta a on znowu siedział sam. Na czarną godzinę miał zachowaną małą paczuszkę, którą wywiózł z Bangkoku. Perska heroina. Najczystsza na rynku.
-Ty będziesz moją przyjaciółką - powiedział i załadował sobie igłę pod skórę. Poczuł jak narkotyk pędzi przez żyły do jego serca i uderza do mózgu. Jeszcze nigdy nie czuł tego tak mocno jak teraz. Wywrócił białka oczu i stracił przytomność. 
Ocknął się leżąc nieruchomo na jakimś łóżku, które miało kółka. Wszystko rozmazywało mu się przed oczami. Jakiś głos dochodził do jego uszu.
-Tracimy go!
Chciał się podnieść i zobaczyć co się stało. Ku swojemu zdziwieniu uniósł się do góry lekko, jakby w ogóle nic nie ważył. Spojrzał w dół i zobaczył siebie. Swoje ciało przykryte prześcieradłem, które pielęgniarze z pogotowia pakują do karetki. Niedaleko stał Boris, kierowca limuzyny, która przywiozła go do domu. Trzymał się za głowę i chodził w kółko. Nagle coś jakby pociągnęło go za nogę i zmusiło do powrotu na dół. Poczuł ukłucie w okolicach serca. Potem następne. 
-Nikt nie umrze w mojej pieprzonej karetce! - Usłyszał głos. Otworzył oczy i zauważył, że dwie strzykawki z adrenaliną wystają z jego lewej piersi i znowu zemdlał. Ocknął się w szpitalu, gdzie jasne światło jarzeniówek drażniło jego oczy. Znienacka zasypał go grad pytań.
-Skąd miałeś to gówno?
-Kto ci to sprzedał?
-Jesteś uzależniony od heroiny.
-Odpowiadaj pierdolony ćpunie! - Ten ostatni głos należał do policjanta. Nikki chciał zaczerpnąć powietrza, ale tylko się zakrztusił. Teraz wiedział, że żyje. Zanim stracił przytomność ponownie, przypomniał sobie postać małego, karłowatego wróżbity z Bangkoku. "Powiedział, że umrzesz".
______________________________
**W rzeczywistości Nikki przedawkował rok wcześniej w 1987, również na dzień przed Wigilią.
___________________________________________
24 grudnia 1988 roku, Novato Open House, San Francisco

Metallica dała jeszcze kilka koncertów na Wschodnim Wybrzeżu, po czym zawinęła żagle i wróciła na święta w rodzinne strony. Kirk był wniebowzięty, bo Ellen od ponad miesiąca podróżowała z nimi. Sama czuła się trochę jak intruz, bo Lars nie był zadowolony z tego, że dziewczyna wszędzie z nimi jeździ. Pamiętała jak podsłuchała kłótnię chłopaków w jednym z hoteli, w których się zatrzymali.

..::RETROSPEKCJA::..
-Ja się naprawdę zgodziłem żeby ona z nami jechała? Bo jakoś, kurwa, nie pamiętam! - Pieklił się Lars.
-Zgodziłeś się w ramach prezentu dla Kirka - odparł spokojnie Jason.
-No kurwa, musiałem być nieźle napierdolony. To się nie liczy!
-I co? Wypierdolisz dziewuchę na ulicę? - Zapytał James - Poza tym jestem prawie pewien, że to ta sama, z którą widziałem Kirka w Rainbow, parę miesięcy temu.
-I chuj z tym! A czy ja wożę swoją pannę ze sobą!? - Kontynuował Lars, a Jason i James powstrzymali śmiech. Jedyną "panną" Larsa była w tej chwili gipsowa Doris. Innej nie miał.
-Baba w zespole to zło! To tak jakby wziąć babę na pokład statku - to przynosi pecha. Zobaczycie, wszystko się przez nią spierdoli - podsumował Ulrich.
Ellen zmartwiły te słowa, ale nie była zdziwiona. W końcu nie była mila widziana, a w dodatku znalazła się w zespole tak nagle, że nawet nie zdążyła zaprotestować. Czuła się niepewnie, a w dodatku nie była tam potrzebna. To znaczy była - tak twierdził Kirk, ale tak naprawdę tylko snuła się na backstage'u i zajmowała się Kwirkiem. Słowa Larsa ją zabolały i chciała nawet odejść. Spakować się i wrócić do Los Angeles. Jedyne co ją przed tym powstrzymywało to Kirk. Jemu na prawdę zależało by została. Byli już chyba parą, w pewnym sensie. Gdy tylko przyjeżdżali do nowego miasta Hammett zaraz zabierał ją do kina. Uwielbiali wspólnie oglądać horrory i nabijać się z reakcji publiczności. Wieczorami razem grali albo po prostu gadali ze sobą. I właśnie to tak bardzo irytowało Larsa. Bo jakaś dziewczyna "ukradła" mu kolegę. Jak mogli być zespołem, skoro Kirk pojawiał się tylko na występie, grając swoje partie jakby odwalał robotę i znikał. Gitarzysta, widząc zasmucona dziewczynę, wypytał co się dzieje. Po objaśnieniu sytuacji postanowił porozmawiać z Larsem. W obecności Ellen.
-Tylko do końca trasy. Obiecałeś. 
-Ale jak jestem spity to gadam głupoty - bąknął pod nosem, bo obecność dziewczyny sprawiała, że nie do końca wyrażał swoje myśli wprost.
-Nie jesteś "z Pity" tylko z Danii - zażartowała Ellen. Dowcip słowny "z Pitą" opowiedział jej kiedyś Gene i bardzo go polubiła. Lars przygryzł wargę żeby się nie zaśmiać, ale Kirk już szczerzył zęby jak wampir na czosnek. Duńczyk nie wytrzymał.
-Do końca trasy - odparł - ale i tak cię nie lubię - dodał śmiejąc się, co oznaczało że tylko się zgrywa.

..::TERAZ::..
 Wigilię mieli spędzać w domu Jamesa. On oczywiście nie mógł do nikogo pojechać na święta, bo jego mama od dawna już nie żyła, a ojciec zostawił ich gdy miał szesnaście lat. Kirk miał już tylko mamę, bo jego ojciec też nie wywiązał się z rodzicielskich obowiązków, i gdy paręnaście lat wstecz, w dniu urodzin Kirka pobił jego i jego mamę, zniknął jak kamień w wodę. Jason pochodził z zupełnie innego stanu i zdecydował, że na drugi dzień świąt pojedzie w rodzinne strony, ale Wigilię spędzi z chłopakami. Tylko Lars miał "normalną" rodzinę, do której zawsze mógł pojechać i wiedział, że zostanie przyjęty z otwartymi ramionami. Był jedynakiem, dlatego cała  uwaga skupiała się na nim. Postanowił jednak, że zostanie ze swoim zespołem. Nie będzie przecież zgrywał maminsynka. Ellen miała spędzić ten czas z nimi i oczywiście z Kirkiem.
Po miesiącu okazało się, że całkiem nieźle dogaduje się z Larsem. Miała tak samo cięty dowcip jak on, a wszystko to za sprawą wcześniejszego przebywania z Gene'm. Co jak co, ci dwaj byli do siebie bardzo podobni z charakteru, co Ellen szybko odkryła i zaczęła wykorzystywać. Larsowi z kolei podobało się, że ma z kim prowadzić słowne potyczki i polubił nawet dziewczynę, ale nie zamierzał tego nikomu obwieszczać. No nie przyzna się przecież do błędu. 
Na kilka godzin przed kolacją wigilijną okazało się, że Metallica nie ma choinki. Nikt nie pomyślał o tym, że trzeba ustawić drzewko w salonie! Było już za późno. Nie mieli skąd wziąć choinki i nie mieli nawet ozdób. W przypływie mądrości James zaproponował, że może ukręcić jakieś świerkopodobne drzewko z alejki u sąsiada, ale Ellen kategorycznie nie zgodziła się na kradzież. 
-Co teraz?
-Czekaj, mam jeszcze jeden pomysł - rzucił Hetfield i popędził do piwnicy. Wrócił po kilku minutach taszcząc pudło z zielonymi butelkami po Carlsbergu, którego Lars zamawiał z Danii na kilogramy wręcz.
-Wychlaliśmy tyle tego piwska, że z pustych butelek można by zrobić użytek - powiedział radośnie, po czym zaczęli ustawiać flaszki w kształt stożka imitującego choinkę. Nawet nie trzeba było przystrajać. Dużą popularność swojego czasu zdobyło świąteczne drzewko Motley Crue, o którym gadali wszyscy. Ustrojone w prezerwatywy i tampony, dumnie upiększało Motley House. Teraz Lars mógł ogłosić światu nową, lepszą choinkę. Z Carlsberga. Pod drzewkiem ustawiono "szopkę" w której zamiast biblijnych postaci stali Dracula, Wielka Stopa, Frankenstein, Wilkołak i inne figurki z kolekcji Kirka. Na czubku Lars usadowił pentagram z drutu.
-Gwiazdka musi być - odparł, ale misternie upleciony znak szatana smętnie przekrzywił się w lewo. I przekrzywiał się cały czas, aż Lars dał sobie spokój z poprawianiem go.
-Boże - westchnęła Ellen - Wy nawet bluźnierstwo potraficie spierdolić.
Zostało już tylko gotowanie, którego doglądała "pani Hammett", jak złośliwie wołał na nią Duńczyk.
-Co jest w tym garze? - Zapytała zaglądając do kociołka z którego unosił się przykry zapach.
-Zupa z elfów i cebuli - odparł James - chcesz zjeść?
-Nie lubię cebuli - zripostowała i podeszła sprawdzić jak radzi sobie Lars. -Może temu bigosowi to już dość?
- Milcz kobieto gdy artysta tworzy.
- To może chociaż zamieszaj?
- Ja nie mieszam, ja zmagam się z tworzywem - odparł i teatralnie zamachał ręką w powietrzu. Za moment mogli siadać do stołu. Kirk ustawiał prezenty pod idiotycznie wyglądającą choinką, a Jason ganiał Kwirka po całym domu, bo uparł się, że założy mu małą świąteczną czapeczkę.
Na stole wylądował już świąteczny indyk. W zasadzie jedyne danie, które dało się zjeść. Reszta była raczej wątpliwej jakości. Nie zabrakło natomiast alkoholu i słodyczy. Wieczerza minęła w prawdziwie świątecznej atmosferze. No może poza bekaniem Larsa przy stole. James po kilku głębszych był w nastroju na anegdotki i żarty.
-Słuchajcie tego! Będzie zagadka. Co to jest? W zielonym kubraczku, wśród zielonych krzaczków, ma podkulone nóżki i chwyta tłuste muszki?
-Lars nudzący się po występie? - Zażartował Jason.
-Właściwie chodziło o żabę, ale po twojemu też pięknie - odparł James. Lars niepostrzeżenie wymknął się wcześniej, aby wrócić do przyjaciół w stroju Mikołaja. Stanął pod choinką i zawołał.
-Ho, ho, ho wy tępe kurwy! Czas na prezenty!

13 grudnia 2014

Dream on XXV

 Lars napisał jakieś takie chujostwo.


17 listopada 1988 roku, trasa z Sunset Strip do Pasadeny, Los Angeles

Steven rozważał w myślach, czy aby decyzja sądu o umieszczeniu Nikki'ego w Pasadenie była dobrym rozwiązaniem. Z Sunset do kliniki odwykowej dzieliło ich zaledwie 18 mil. Autem to jakieś 30 minut jazdy. Wliczając korki - maksymalnie godzina. W dodatku Pasadena i tamtejsza klinika przypominały bardziej kurort wypoczynkowy dla bogatych sław aniżeli miejsce, gdzie leczy się z uzależnień. No i Nikki przecież raz już stamtąd zwiał. Kto by nie zwiał? Mnie samemu udało się spierdolić kilka razy. Pamiętam, że na pierwszym odwyku wylądowałem w 1983 roku ... W tamtym czasie byłem tak samo upalony jak Nikki i też miałem wszystko w dupie - wspominał w myślach Steven. Stali teraz na czerwonym świetle, gdzieś na skrzyżowaniu w okolicach Chinatown. Joe siedział obok i patrzył przez szybę. Nikki wiercił się niespokojnie na tylnym siedzeniu i Steven bał się, że jeśli światło stopu będzie świecić dłużej, to Sixx zaraz wyskoczy z auta i pogna przed siebie. Wyrok sądu wcale go nie przerażał. Właściwie miał to gdzieś, bo liczyło się tylko to, że nie siedzi w pudle. 
-Nareszcie zielone. Ile, kurwa, można stać na stopie... - wymamrotał i dał gazu.
-Steven ... - zaczął nagle Nikki. Od początku jazdy się nie odezwał. W ogóle milczał od prawie dwóch dni, bo wiedział, co teraz go czeka. Wiedział co się zaraz stanie i nie był zadowolony. Nie chciał tam jechać.  Chciał się bawić, ale z drugiej strony ...
-Hmm?
-Jak tam będzie? To znaczy, wiesz ... Dam sobie radę, nie? - To pytanie zdziwiło Stevena, ale postanowił uspokoić przyjaciela. 
-Pasadena to wspaniały ośrodek - Kurwa! Idioto! Nie masz mu zachwalać tego jak hotelu na Seszelach - skarcił się w myślach i zaczął jeszcze raz - Na zjazd, znaczy ... na odtrucie, nie dostaniesz psychotropów, tylko klonidynę. To obniża ciśnienie. Nie chce ci się ruszać, mięśnie nie działają, więc nie dostaniesz udaru - odparł prawie z uśmiechem i spojrzał w lusterko. Odbicie Nikki'ego było przerażone.
-Zajebiście - wydukał Sixx - brzmi lepiej niż Gwiazdka ...
-Toś go pocieszył - odparł Joe i Tyler się zamknął. Rzeczywiście, nie miał bladego pojęcia jak wesprzeć przyjaciela - Nie łam się Sixx, będziemy cię odwiedzać - dodał po chwili Joe, a jak wrócisz, wyprawimy Tommy'emu i jego pannie wesele jakiego to miasto dawno nie widziało! Masz garniak? - Zagadał, aby zmienić temat i rozjaśnić nieco ponurą atmosferę.
-Taa ... Obrzygany - westchnął Nikki.
-To będziesz miał we wzorki - odparł Perry i znowu zamilkł. Rozmowa się nie kleiła, w powietrzu można było zawiesić siekierę. Jeszcze 15 minut i będą na miejscu ...
Auto Stevena wjechało na obszerny dziedziniec kliniki. Budynek z zewnątrz na prawdę prezentował się jak pięciogwiazdkowy hotel. Wysiedli z samochodu i wyjęli bagaż Nikki'ego. Na szerokich schodach czekał na nich doktor Choan. Niski, krępy Chińczyk przypominał Nikki'emu wróżbitę z Bangkoku, którego spotkał na ostatniej feralnej trasie. Tamten przepowiedział mu wtedy śmierć. Sixx skrzywił się na to wspomnienie. Rozejrzał się po okolicy i z zadowoleniem przyznał, że może nie będzie tak źle. Pielęgniarka poprowadziła go do jego pokoju. Całkiem ładna pielęgniarka. Tak to można się kurować - pomyślał taksując wzrokiem jej tyłek. Steven i Joe zostali przed wejściem.
-Jak długo tu zostanie? - Zapytał Joe.
-To zależy od stopnia uzależnienia - odparł lekarz - może dwa tygodnie, może miesiąc ...
-Miesiąc? To cholernie długo - zauważył Steven. Przeczuwał, że Nikki tak długo tu nie wytrzyma.
-W każdym razie, zrobimy co w naszej mocy, aby pomóc panu Sixx'owi - Bla, bla, bla, bla, bla ... doktorskie frazesy. Mi jakoś nie pomogliście - pomyślał Steven.
-Możemy się pożegnać?
-Oczywiście. Zapraszam - kiedy szli korytarzem usłyszeli jak pielęgniarka wykłada Nikki'emu zasady panujące w klinice: "Żadnych prochów - to jasne. Żadnych panienek. Żadnego jedzenia w pokoju. Żadnego ....." i tak dalej. Naturalnie Nikki planował złamać każdą regułę, albo chociaż spróbować. Zresztą, i tak nie słuchał. Gapił się w cycki pielęgniarki i żuł gumę.
-Zostawiacie mnie? - Zapytał z wymuszonym uśmiechem.
-Musimy. Ale wpadniemy z wizytą.
-Trzymaj się - odparł Steven i przytulił Sixxa. Joe tylko uścisnął mu rękę. Nie chciał się obmacywać jak jakaś baba.
-Idziemy? Czy zamierzacie się jeszcze popłakać? - Zażartował. 
-Zamierzam się tylko posikać - odbił piłeczkę Nikki i ostatni raz spojrzał na przyjaciół zanim zniknął za drzwiami swojego pokoju.
________________________________________
18 listopada 1988 roku, Raddison Hotel, Nowy York

-Wiesz, że muszę tam pojechać? W zasadzie oboje powinniśmy.
-Nie wrócę tam.
-Wiem, że to trudne, ale Ellen ...
-Gene. Nie - powiedziała stanowczo i nakryła się kołdrą.
-Pojadę z tobą. Musicie porozmawiać.
-Nie.
-Okej, nie naciskam. Sam pojadę.
-Weź moje rzeczy. Nie zależy mi na ciuchach, ale zabierz gitarę. Mógłbyś? 
-Pewnie - westchnął i wstał z krzesła. Miał nadzieję, że gdy pojedzie za miasto, Paula nie będzie w domu. Sam też nie miał ochoty jeszcze go oglądać, bo czuł, że jeszcze nie potrafi nad sobą zapanować. Wyszedł na korytarz i zaczął rozmyślać.
Oby go nie było. Wiem, że trzeba coś z tym zrobić. Ellen odejdzie, wróci do domu, ale mimo wszystko ... Muszą porozmawiać. Przecież to musi się dać jakoś wytłumaczyć! Niech go nie będzie ... Z drugiej strony ciągle mam ochotę wyrwać mu jaja.... Czemu zawsze ja muszę rozwiązywać beznadziejne sytuacje?! -Zszedł po schodach na parking i w ciągu najbliższych trzydziestu minut miał już być za miastem.
__________________________________________
Tego samego wieczoru, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

Gene wszedł do domu i rozejrzał się dookoła. Wszystko wydawało się leżeć tak jak wtedy, gdy zabierał stąd Ellen. Kolacja na stole nie dokończona, zimna i zaczynająca pleśnieć. Kilka pustych butelek, krew na szafce. 
-Nawet ci się, kurwa, nie chciało posprzątać - powiedział szeptem. Nikt mu nie odpowiedział, więc Gene z ulgą odetchnął. Przeszedł w głąb salonu i spojrzał na kanapę. Ręka sama zwinęła się w pięść i musiał złapać się futryny, żeby się opanować. 
-Czego się nie odzywasz - warknął na Paula, który siedział na podłodze i tępo gapił się w ścianę. Obok stała kolejna butelka whiskey. Paul powoli odwrócił głowę i spojrzał na przyjaciela. Czy byli jeszcze przyjaciółmi? Chciał o to zapytać. Chciał zapytać o wiele rzeczy, ale nie miał odwagi. 
-Teraz zdecydowanie powinniśmy wrócić do makijaży - powiedział Gene, patrząc na pobijaną twarz Stanleya. Nie sądził, że aż tak mocno go wtedy uderzył - Przyszedłem tylko po jej rzeczy - dodał, a Paul gwałtownie się poruszył.
-Nie wstawaj! Nie obiecam ci, że nie oberwiesz znowu - ostrzegł go Simmons. Ręce ciągle mu drżały, a w głosie było słychać irytację. Paul zrezygnowany wrócił do poprzedniej pozycji i dalej świdrował wzrokiem ścianę.
-Chcę ... Muszę z nią porozmawiać - wyszeptał, kiedy Gene mijał go aby udać się po schodach na górę do pokoju Ellen. Simmons zagryzł dolną wargę i zamknął oczy. Odczekał moment, żeby nie wybuchnąć. Zacisnął i rozluźnił pięści. Czekał. 
-Muszę się jej wytłumaczyć - kontynuował żałośnie Paul -Gene, zabierz mnie do niej ... Błagam.
-Wolałem jak się nie odzywałeś - powiedział cicho Gene. Paul zignorował jego wcześniejsze ostrzeżenie i poderwał się z miejsca, ale nic już nie powiedział. Teraz tylko stał i gapił się na kolegę.
-Ona nie chce cię widzieć. Boi się, wiesz? Stary ... Spieprzyłeś po całości. Ellen nie wróci, ale akurat nie powinieneś się dziwić. Nie powie nikomu co się stało, więc ci się upiecze. Ja też się nie wygadam. Nikt się nie dowie. Niech karą będzie to, że zostaniesz do końca życia ze świadomością, że ją skrzywdziłeś - dodał Simmons. Jego słowa zabrzmiały jak wyrok, aż sam się tego przestraszył. Źle czuł się w roli pośrednika między Ellen a Paulem. W dodatku nie chciał stawać po stronie tylko jednego z nich. Czuł, że Ellen jest dla niego jak młodsza siostra. Bardzo ją polubił i nie mógł pogodzić się z faktem, że ktoś chciał ją skrzywdzić. A tym kimś był jego najlepszy przyjaciel. Nie chciał go skreślać.
-Wszystko jest takie pojebane - skomentował na głos to o czym pomyślał. Poszedł na górę i zaczął pakować do torby to, co należało do Ellen. Rzeczywiście, nie było tego dużo, a może po prostu nie mógł znaleźć reszty rzeczy? Nie zastanawiał się nad tym. Na koniec złapał starą gitarę i wrócił do salonu. Paul stał tam gdzie wcześniej. Z żałosnym wyrazem twarzy i bezsilnością wymalowaną na niej tak wyraźnie, że ślepy by zauważył. 
-Teraz lepiej żebyś o niej zapomniał. Weź się w garść, przyjadę później - rzucił Gene i wyszedł.
__________________________________________
Ponownie w  Radisson Hotel, Nowy York

Kirk doszedł już prawie do siebie. Rana na czole zaczynała się goić, opuchlizna zeszła z twarzy. Ktoś go ogolił i umył, bo z zadowoleniem zauważył, że przestał śmierdzieć. Mało pamiętał z tego co się wydarzyło. Wiedział, że James go znalazł gdzieś w rynsztoku i przytaszczył do hotelu. Znowu wziął do ręki gitarę i zaczął grać. W końcu zdecydował, że nie może dłużej siedzieć w pokoju, bo zwariuje. Wymknął się na korytarz, gdzie z miejsca wpadł na Gene'a. 
-O, zguba Metalliki się znalazła - odparł Simmons. Nie miał pojęcia co działo się kilka pokoi dalej. Miał teraz własne problemy.
-Co tu robisz? - Zapytał równie mocno zdziwiony Kirk.
-Naprawiam grzejniki - wypalił tamten - Kurwa! A co się robi w hotelach?!
-Skąd masz tę gitarę? - Oczy Kirka błyskawicznie się rozszerzyły. Simmons trzymał w ręce średniego rozmiaru torbę podróżną, a na pasku przewieszonym przez ramię gitarę. Stratocaster Maya. Dobrze mu znany model japońskiej gitary, charakterystycznie obdrapany z napisem MONSTER.
-Skąd to masz! - Wrzasnął, aż Gene podskoczył.
-Nie rzucaj się Hammett, kurwa! Bo później cię nikt nie sklei! - Gene był zaskoczony gwałtowną reakcją Kirka. Gitarzysta Metalliki w jednej chwili nabuzował się tak bardzo, że byłby gotów uderzyć Simmonsa, bez wcześniejszych ostrzeżeń.
-Skąd. To. Masz?! - Wycedził. Basista nie wiedział jak skomentować tę sytuację. Dlaczego Kirk się tak wściekł?
-Musiałeś mocno w ten swój kudłaty łeb przypierdolić, bo odwala ci jak nigdy - odparł Gene. Odgłosy kłótni dochodzące z korytarza zaalarmowały Ellen. Wynurzyła się z pokoju.
-Co się dzieje Gene? Kirk?! Co ty tu ...
-Ellen - wyszeptał i w jednej chwili się uspokoił. Uśmiechnął się szeroko i podbiegł do stojącej w progu dziewczyny. Objął ją w pasie i mocno uścisnął. Gene stał jak wryty.
-Co się do licha wyprawia?! - Zapytał. Ellen niezdarnie wyplątała się z objęć Hammetta, który wcale nie zamierzał jej puścić. Ciągle trzymał swoje ręce na jej biodrach i dziewczyna zaczynała się czuć nieswojo. Z opresji wyrwał ją jak zwykle niezawodny Gene, który szybko otrząsnął się z szoku.
-Bierz od niej te łapy, albo następny koncert zagrasz z protezami - oświadczył i złapał Kirka za koszulkę.
-Nie! Gene, jest w porządku. Zostaw go, my się tak jakby ... znamy - odparła Ellen - Poza tym, nie stójmy tak na korytarzu, chodźcie do środka - dodała.
-Minęło tyle czasu. Chciałem się z tobą skontaktować, ale ... głupio mi to przyznać, nawet nie wiem jak masz na nazwisko - zaczął Kirk. Krępował go wzrok Gene'a, który śledził każdy jego ruch, jakby w każdej chwili chciał go przed czymś powstrzymać. Ellen zauważyła to i zwróciła się go Simmonsa.
-Gene, czy mógłbyś dać nam chwilę, chcemy porozmawiać?
-Ni chuja się stąd nie ruszę. Wiesz co było jak ostatnio zostawiłem cię sam na sam z facetem - odparł i ugryzł się w język. Idioto! - Skarcił się w myślach i już zaczął ją przepraszać.
-W porządku - odparła szybko - możesz iść. Nic mi nie grozi - powiedziała. Gene nie chciał żeby sytuacja stała się jeszcze bardziej dziwna i posłusznie zaczął zmierzać w stronę drzwi.
-Jakby co to będę w barku na dole - dodał zamykając drzwi. Kirk milczał przez moment.
-Czemu on tak się zachowuje? - Zapytał i w tej samej chwili walnął się z otwartej dłoni w głowę - No tak, ten sam pokój, tylko wy dwoje ... rozumiem - odparł.
-Nie! To nie tak jak myślisz! - Ellen zaczęła się tłumaczyć - W żadnym wypadku! Nie, nie jesteśmy z Gene'm parą. Wiem jak to wygląda, ale to nie tak.
-Oookeeej - przeciągnął - ale przyznasz, że to dziwne?
-To długa historia - przyznała dziewczyna i zasępiła się nieco.
-Mam czas - odparł Hammett. Ellen obiecała, że nikomu nie powie co jej się przytrafiło, ale nie miała pomysłu jak wytłumaczyć obecność Gene'a z nią, w tym samym pokoju, a z drugiej strony, Kirk był ostatnią osobą, którą chciałaby okłamać.
-Czyli mówisz, że mnie szukałeś? - Zapytała nagle, chcąc odwrócić jego uwagę.
-Boże Ellen! Nawet nie wiesz jak mi zależało, żeby cię jeszcze spotkać! Wiesz ile się wydarzyło! O ilu rzeczach chciałem ci powiedzieć! - Zaczął wyrzucać z siebie zdania z prędkością karabinu maszynowego. Usiedli na łóżku i Kirk opowiedział Ellen o tym co go do tej pory spotkało. Jak chciał pojechać do Miami, bo wiedział, że KISS są w tamtejszym hotelu, o prostytutce Ingeborg, która zniknęła tak szybko jak się pojawiła. O tym, że chciała aby się z nią ożenił, bo potrzebne było jej amerykańskie obywatelstwo. O kłótniach z Larsem. I w końcu o Rebecce. O tym, że nakrył ją na zdradzie, że jest w ciąży z Duffem i o ostatnich dniach, kiedy zespół sobie nie radził a on leżał przez tydzień ze szczurami w rynsztoku. Wyrzucił z siebie wszystko co do tej pory leżało mu na sercu. Czuł, że tylko przy niej może to zrobić i nie zostanie wyśmiany ani zignorowany.
-Nie wiem co mam powiedzieć - odparła - Spadło na ciebie tyle problemów na raz ... Ta dziewczyna, ta ... Ingeborg, szkoda że nie można było jej jakoś pomóc i ... Rebecca ... tak mi przykro, że wam nie wyszło.
-Daj spokój. Nie chcę jej widzieć. Formalnie jesteśmy jeszcze małżeństwem, ale jak tylko wrócę do San Francisco ... Zresztą, nie rozmawiajmy o niej. Lepiej powiedz co u ciebie?
-Życie w trasie. Wiesz jak to jest - odparła chcąc go zbyć, tak aby nie poruszać tego tematu.
-No proszę! Ej, prawie się wykąpałem w szambie, żeby cię zobaczyć, zlituj się - zażartował - Powiesz mi dlaczego jesteś tu z Simmonsem?
-Po prostu, wiesz ... mamy przerwę w trasie i ...
-Nie kłam. Nie mieszkałabyś z nim, tylko z resztą ekipy technicznej. Co się stało? - Dopytywał Kirk, a Ellen zacisnęła usta i starała się nie rozpłakać - Jeśli jesteście parą to powiedz, to przecież nic takiego - skłamał, naprawdę wolał aby tak nie było. Zależało mu na tej dziewczynie bardziej niż na komukolwiek, choć rozmawiali ze sobą dopiero trzeci raz w życiu, praktycznie się nie znali.
-Gene nie jest moim facetem - odparła cicho - jest moim przyjacielem i dużo mu zawdzięczam - wydukała po czym zaczęła pociągać nosem. Tak bardzo próbowała się nie rozkleić w obecności Kirka, ale nie wyszło.
-Ellen ... Co .. Czemu ty pła .. - urwał wypowiedź i przyciągnął dziewczynę do siebie - Pójdę do Gene'a jeśli ty mi nie powiesz o co chodzi.
-Nie, nie idź do niego. Obiecaj mi, że nikomu nie powtórzysz tego co ci powiem. Nie możesz powiedzieć nawet Gene'owi, że wiesz.
-Dobrze, ale co się stało?
-To Paul - wyszeptała patrząc zapłakanymi oczyma na Kirka - On ... chyba się zakochał i próbował ... Chciał ... Byliśmy na randce, ale nie do końca wyszło. Wiesz, on był wspaniały. Taki miły i dobry ... - opowiadała strzępkami zdań i Kirk musiał się bardzo skupić aby wszystko zrozumieć - Ale ja nic do niego nie czułam, to znaczy ... lubiłam go ale nie tak ... nie w ten sposób - rozpłakała się na dobre i nie była w stanie kontynuować wypowiedzi. Kirk starał się ją uspokoić. Przytulił dziewczynę i nie wypuszczał z objęć przez dłuższą chwilę, aż poczuł, że jego prawy rękaw koszulki jest doszczętnie mokry od łez.
-Ellen, co on ci zrobił?
-Onn ... próbo-waa-ł ... mnn-ie zgwałcić - powiedziała w końcu łapiąc powietrze. Kirk napiął wszystkie mięśnie i wstrzymał powietrze.
-Zabije go - wycedził i zerwał się na równe nogi.
___________________________________________
Tymczasem w apartamentach Metalliki, Raddison Hotel, Nowy York

-Słoneczko? Jesteś? - Zapytał Lars zaglądając ostrożnie do jednego z pokoi. 
-Weź już skończ z tym słoneczkiem, bo jebie gejozą - powiedział James.
-Nie ma go - odparł Duńczyk.
-Jak NIE MA?! - Zaperzył się Hetfield - Tylko mi nie mów, że znowu się, kurwa, zgubił! Pod łóżkiem patrzyłeś?
-Oj cicho! Może zszedł do barku. Lepiej dla nas, mamy czas na przygotowanie niespodzianki. 
-Czemu w ogóle to robimy?! 
-Bo chcemy pokazać, że nam na nim zależy i może na nas liczyć. Ostatnio spieprzyliśmy i widziałeś jak sie to skończyło.
-No taa, tego smrodu to pewnie do zgonu się nie pozbędę.
-Nie marudź tylko włóż piwo do lodówki - rozkazywał Lars, jak zawsze zresztą - powiesimy ozdoby?
-Weź ty się pierdolnij! - Wrzasnął James - Jeszcze kolorowe czapeczki i klowna zamówmy.
-Miałem na myśli jakieś rozkładówki z Playboya, żeby powiesić - zasugerował Ulrich.
-No pewnie. Czemu nie!
-Serio?
-Pewnie, że nie! Nie będę tu siedział i wycinał gołych cycków, żeby ściany w hotelu obtapetować!
-Ojejku, przepraszam - bąknął Lars.
-Sraszam a nie przepraszam - odciął się James - pomóż mi lepiej złączyć stoły. A ty Jason, nie stój jak widły w gnoju, zobacz czy Kirk jest na dole.
_________________________________________
W pokoju Gene'a i Ellen

-Zabiję go - powtórzył.
-Nie! Kirk, proszę, nie idź do niego! - Błagała Ellen - Obiecałeś! On już dostał za swoje, Gene się tym zajął.
-Mam to tak zostawić!? 
-Tak. Proszę cię. I nie mów nikomu, że wiesz.
-Dobrze. A co zamierzasz teraz zrobić? 
-Wrócę do Los Angeles, może odzyskam dawną robotę. 
-Jedź z nami - wypalił Kirk.
-Nie potrzebujecie garderobianej - odparła zaskoczona propozycją Hammetta.
-Ale ja cię potrzebuję - odparł. Na kilka chwil zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Gene, wchodząc do pokoju, jak zwykle, bez pukania. 
-W porządku Ellen? - Zapytał, a dziewczyna przytaknęła - To co? Pogadaliście sobie, a teraz wypierdalaj - powiedział zwracając się do Kirka, ale ten nie zareagował - Ruchy! Co, głuchy jesteś!? - Ponaglał go.
-Zastanów się nad tym - powiedział Kirk - a ty mi nie rozkazuj - rzucił w stronę Simmonsa.
-Jason cię szuka - powiedział Gene i rozległo się pukanie do drzwi. W progu stał Newsted.
-Kirk, chodź już. Lars chce ci coś pokazać. Gene i Ellen też mogą przyjść - powiedział.
-Przyjść? Gdzie? - Zapytała dziewczyna.
-Chodźcie to się przekonacie - odparł i wszyscy ruszyli za nim.
________________________________________
U Metalliki

Jason zapukał do drzwi ich pokoju trzy razy. Dwa razy szybko i raz po odstępie kilku sekund. Jakby wystukiwał jakieś hasło. Gene wywrócił oczami patrząc na tę dziecinadę.
-Podaję hasło! OKOŃ! - Krzyknął na cały korytarz i zaśmiał się pod nosem. Sytuacja wielkiej konspiracji zaczęła go bawić. Po chwili drzwi otworzył Lars i wpuścił wszystkich do środka. 
-Wyjebało wam korki? Czemu nie włączycie światła - zapytał Simmons błądząc po omacku. Jakby na jego życzenie, James rozświetlił pokój i wszyscy krzyknęli chórem:
-NIESPODZIANKA!!! - Na środku salonu stał stół zastawiony głównie alkoholem i jakimś śmieciowym żarciem, w centrum znajdował się tort. Na kanapie leżało kilka paczuszek zawiniętych niezdarnie w kolorowy papier.
-Wszystkiego najlepszego z okazji 26 urodzin, jebańcu! - Krzyknął Lars i wszyscy zaczęli bić brawo - Normalnie dostałbyś najwyżej chuja w dupę i świerszczyka do przeglądania, ale dziś świętujemy nie tylko twoje urodziny, ale też to że nasza zguba szczęśliwie się znalazła - dodał.
-Łał. Zupełnie zapomniałem - odparł oszołomiony Kirk - dziękuję ...
-Nie wiedziałam, że masz urodziny - szepnęła Ellen - nie mam dla Ciebie prezentu.
-Wystarczy że się zgodzisz pojechać z nami - odparł cicho Hammett, podczas gdy Lars dalej bawił się w wodzireja.
-Miały być jeszcze dupeczki, ale nie wiemy czy po ostatnim razie jeszcze możesz - zażartował i Kirk się zaczerwienił.
-Zamknij się już - wycedził - Napijmy się lepiej - dodał i impreza zaczęła się rozkręcać. Kirk zapytał Gene'a czy nie będzie miał nic przeciwko, jeśli teraz on weźmie Ellen pod opiekę. Simmons początkowo nie chciał się zgodzić, ale nie chciał też zostawiać dziewczyny samej. Czuł się za nią w pewnym sensie odpowiedzialny. W końcu obaj doszli do wniosku, że rzeczywiście lepiej będzie jak Ellen pojedzie z Metalliką. Tam przynajmniej ktoś będzie miał na nią oko, wystarczyło tylko przekonać do tego resztę zespołu, ale Kirk wziął to na siebie. Gene przeczuwał, że Ellen powiedziała Kirkowi więcej niż obejmowała oficjalna część wersji, którą ustalili, ale nie dał po sobie poznać że coś wie. Ostrzegł tylko Kirka, że jeśli blondynce coś się stanie, to on go znajdzie, "opierdoli na łyso i wepchnie mu te kudły tak głęboko w ryj, że mu dupą wyjdą" - jak brzmiał cytat.
Kiedy wszyscy byli już w szampańskich nastrojach Kirk zapytał, czy może mieć do chłopaków jedną prośbę.
-Dawaj - wybełkotał Lars.
-Chcę żeby Ellen pojechała z nami, w dalszą część trasy.
-Chyba cię pojeba ... AUA! Czego mnie uderzyłeś!? - Wrzasnął Lars, bo James zdzielił go z całej siły w tył głowy.
-To co? Taki prezent na urodziny? - Dopytywał Kirk.
-OK - odparł niechętnie Lars - ale tylko do końca trasy, jasne?
-Jasne - powiedział uradowany i przytulił dziewczynę.


5 grudnia 2014

Dream on XXIV

10 listopada 1988 roku, przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

-Auaaa! - Wrzasnął Gene.
-Mówiłem, nie podjadaj - odparł spokojnie Paul i odłożył drewnianą łyżkę, którą dopiero co strzelił przyjaciela po rękach. Dosypał szczyptę pieprzu i raz jeszcze przemieszał szpinak na patelni.
-Paul? Powiedz mi, jak długo my się znamy? 
-Dziesięć lat z hakiem. A co?
-To od kiedy ty, kurwa, gotujesz?! - Pytanie Gene'a padło znienacka i było cholernie adekwatne do zaistniałej sytuacji - Kurwa, żyję z tobą ponad dziesięć lat i jestem pewien, że potrafisz co najwyżej przypalić wodę na herbatę! A tu nagle ... makaron nadziewany szpinakiem i serem feta w sosie pomidorowym - przeczytał z przepisu - Nie prościej to, kurwa, zamówić w cateringu? 
-To kolacja dla Ellen i zrobię ją sam. I wiesz co? Nadużywasz słowa "kurwa". - Gene tylko wywrócił oczami. Robił to zawsze gdy szkoda mu było czasu na wymyślanie riposty. 
-Jak byłem mały to nienawidziłem szpinaku - odparł Simmons - jadłem go tylko dlatego, że mama powiedziała mi, że to taki zielony dżem, z zielonych truskawek - wspomniał, a Paul mimowolnie się uśmiechnął.
-Widziałeś się z chłopakami z Mety?
-Tia. Coś jakby gitarzysta im zaginął. 
-Kirk? Zachowywał się ostatnio co najmniej dziwnie - skwitował Paul - daj mi fetę - zwrócił się do Gene'a po czym kontynuował podjęty wcześniej wątek - już w Paryżu świrował.
-On w ogóle jest ... dziwny. Kto w jego wieku bawi się figurkami z horrorów? - Zapytał Gene, a do kuchni weszła niespodziewanie Ellen.
-Kto się czym bawi? - Zagaiła, słysząc ostatnie, urywane słowa rozmowy chłopaków. Paul stanął jak na baczność, zasłaniając plecami patelnię. Gene'owi jak zwykle przyszło ratować sytuację. 
-Paul, lalkami - wypalił - prawda? - Dodał, kierując pytanie do kolegi. Paul przeklął go w myślach i tylko niemrawo kiwnął głową, a Gene mówił dalej - ma ich setki. Co ja mówię. Tysiące. I uwielbia je przebierać w kolorowe ubranka - Ellen zaśmiała się głośno. Dokładnie wiedziała kiedy Gene żartuje. I lubiła jego poczucie humoru. Mimo że rozszyfrowała dowcip, to fortel się udał. Gene sprytnie odwrócił jej uwagę od kuchni, jednak fartuszek, jaki wdział na siebie Paul nie umknął jej uwadze. 
-Stylowo - skomentowała, a Gene dopiero teraz skierował wzrok na Stanleya.
-O kurwa! Nie tylko lalki lubisz przebierać! - Powiedział i szarpnął rąbek jasnożółtego fartuszka z falbankami. 
-Coś się przypala - odparła Ellen, przerywając radosny nastrój i pociągając nosem.
-To nic takiego - odparł szybko Paul - wydaje mi się, że ktoś dzwonił do drzwi, Ellen możesz sprawdzić? - Wypalił zdenerwowany. Dziewczyna spojrzała na niego podejrzliwie, ale poczłapała w stronę drzwi, mimo że ona dzwonka nie słyszała. Paul odsunął się gwałtownie od kuchenki.
-Jezu! Stanley, płoniesz - zawołał Gene. Najwidoczniej fragment fartuszka zajął się od gaźnika kuchenki.
-Gaś mnie!
-Już! - Gene złapał jakiś garnek i chlusnął na kolegę jego zawartością.
-AUUUUUAAA! - Syknął Paul i zwinął się z bólu - Idioto! To był wrzątek po makaronie!
-Przepraszam - Szepnął - Pozbieraj się zanim Ellen wróci.
-Wyświadcz mi lepiej przysługę i zabierz ją z domu na parę godzin. Przyprowadź ją koło 20-stej - odparł ze zbolałą miną Paul.
-Się robi - westchnął Gene. Paul nalał sobie szklankę whiskey aby złagodzić trochę odczuwany ból i ukoić skołatane nerwy.
________________________________________
10 listopada 1988 roku, Radisson Hotel, Nowy York

-Bobby obdzwonił wszystkie placówki medyczne, a tej łajzy nigdzie nie ma - przekazał wiadomość Lars. Nikt nie skomentował jego słów, ale widać było, że wszyscy się martwią. Kirka nie było już trzeci dzień. James, sam nie wiedząc czemu, pomyślał w tej chwili o Cliffie i o tym, że nie wyobraża sobie straty kolejnego kumpla. Ze śmiercią Cliffa nie pogodził się do tej pory, więc kolejnego ciosu by nie przyjął. Może nie był jakoś specjalnie blisko z Kirkiem, ale w końcu byli kumplami z kapeli. Przeszło mu przez myśl, że praktycznie niewiele wie o Hammettcie. Nikt w zasadzie nie znał dobrze Kirka. Wszyscy wiedzieli, że lubi horrory i grę na gitarze. Tyle. Zresztą Kirk nigdy nikomu się nie  zwierzał. Nikomu, poza Ellen, ale o tym chłopaki z Metalliki nie wiedzieli. Do pokoju hotelowego wszedł Kwirk, cichutko popiskując. Szukał najwyraźniej swojego pana. Lars wziął pieska na ręce. Normalnie by tego nie zrobił, ale teraz sytuacja była inna. Zatopił palce w białym futerku Yorczka i pomyślał o Rebecce. Pomyślał o tym, co ta zołza powiedziała wtedy, przed koncertem.  
A co jeśli Kirk postanowił się zaopiekować nią i dzieckiem? Może po prostu jest z nią? - Myślał. Nie, to niemożliwe. Nie jest tak głupi, żeby wychowywać nie swoje dziecko z kobietą, z którą nic go już nie łączy. Więc gdzie on się do cholery szlaja?! - Myśli kołatały się w głowie Ulricha jak tłoki samochodu wyścigowego na pełnym gazie. Starał się sprawiać wrażenie opanowanego, żeby nie martwić reszty chłopaków. W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że jeśli Kirk się nie znajdzie to będą w dupie. W wielkiej, czarnej dupie. A co jeśli Hammett postanowił odejść z zespołu i po prostu nikomu o tym nie powiedział? Widać było, że sobie ostatnio nie radzi - myślał dalej. Przez moment Lars zapragnął podzielić się ze wszystkimi tym odkryciem, ale w końcu uznał ten pomysł za niedorzeczny. Nie, nie mógł tak zwyczajnie odejść. Coś musiało się stać ...
_______________________________________________
Wieczorem tego samego dnia,  przedmieścia Nowego Yorku, Yorktown Heights

Kolacja-niespodzianka dla Ellen była już niemal gotowa i Paul usiadł na kanapie żeby ostatni raz przećwiczyć "Forever" na gitarze. Z nerwów pomylił się kilka razy w refrenie i zaklął po cichu. Butelka "rudej wódki", którą otworzył wcześniej była prawie opróżniona. Pomyślał, że naleje sobie jeszcze szklaneczkę, tak, na odwagę. Gdy otwierał kolejnego Danielsa usłyszał jak ktoś zamknął za sobą drzwi wejściowe. Wróciła Ellen. Bez Gene'a no bo w końcu ten miał im nie przeszkadzać, więc udał się na całonocne łażenie po klubach. Paul słyszał jak auto Simmonsa rusza z podjazdu i ulżyło mu, że w końcu choć raz będzie z Ellen na prawdę sam na sam. Tak długo na to czekał. Odstawił alkohol na komódkę i poszedł do kuchni. Po drodze potknął się o dywan bo był już trochę pijany. Ellen weszła do jadalni i stanęła jak wryta.
-Niespodzianka - ogłosił Paul stojąc przy zastawionym pięknie stole. Przystawki, główne danie, czerwone wino i bukiet róż. Wszystko nieskazitelnie podane jak w najdroższej restauracji. Ellen długo nie mogła wydusić z siebie słowa, aż w końcu zapytała.
-To ... to dla mnie? 
-Przecież, że nie dla Gene'a - odparł rozbawiony Stanley. Wypity alkohol dodał mu pewności siebie. Podszedł do dziewczyny i podprowadził ją do jej miejsca przy stole. 
-Życzy sobie pani przystawki czy może zaczniemy od deseru? - Zapytał, nie przestając się uśmiechać. Ellen była w szoku. W prawdzie nie przepadała za niespodziankami bo lubiła mieć wszystko pod kontrolą, ale do cholery! Była tu teraz z Paulem Stanleyem i jadła z nim kolację w jego własnym domu! Było zupełnie inaczej niż w Sinclair. 
-Sam to wszystko ugotowałeś, Paul?
-Zapytaj Gene'a jeśli masz wątpliwości. Nawet oblał mnie wrzątkiem, mam ślad na plecach - zażartował. Kolacja upłynęła im w sielskiej atmosferze. Ellen nie była skrępowana tak jak ostatnio i czuła się bezpiecznie. Pierwszy raz tyle ze sobą rozmawiali i żartowali. Paul co chwile dolewał im wina. Sam miał raczej słabą głowę więc starał się nie nadużywać alkoholu, ale nie zawsze się to udawało. Po deserze, obwieścił Ellen, że ma dla niej jeszcze jedną niespodziankę. Zaciągnął dziewczynę do salonu i posadził ją na kanapie. Sam wziął gitarę i zaczął grać. 
-To dla ciebie - szepnął zanim zaczął śpiewać pierwszą zwrotkę "Forever".

"Muszę ci powiedzieć co czuję w środku, 
Mógłbym się okłamywać, ale to prawda
Nie mogę zaprzeczyć, kiedy patrzę w twoje oczy, 
Dziewczyno oszalałem na twoim punkcie."

Ellen słuchała tych słów i poczuła, że ma mokre oczy. Łzy napłynęły jej tak gwałtownie, że nie zdołała się zorientować i mimowolnie pociągnęła nosem. Siedziała w milczeniu zahipnotyzowana piosenką Paul'a. Wydawało jej się to niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają ... Nie jej. Przeszły ją dreszcze, kiedy Stanley zaśpiewał w ostatnim refrenie: "Dziewczyno, będę Cię kochał na zawsze". To było najwspanialsze wyznanie miłości jaki można było sobie wyobrazić. Nie docierało do niej, że ktoś mógł napisać coś tak pięknego dla niej. Gdy Paul odłożył gitarę i usiadł obok niej na kanapie, ciągle wydawało jej się, że śni. Oboje milczeli. Ona, bo była oszołomiona tym co się stało. On bo zwyczajnie nie wiedział co ma powiedzieć. Patrzył jej w oczy i czekał na jakąkolwiek reakcję.
-Paul - zaczęła ocierając z policzka łzę - to było ... to ... nie mogę uwierzyć, że to dla mnie. 
-Ciii - starał się ją uspokoić. Dotknął jej włosów i zaczesał je dłonią tak by odkryć jej zapłakaną buzię.
-Boże ... przepraszam cię ... mazgaję się jak jakaś idiotka - odparła, a wtedy Paul objął jej twarz swymi dłońmi i przyciągnął do siebie. Poczuła alkohol i starała się delikatnie cofnąć. Patrzył jej w oczy i po chwili zatopił się w jej ustach. Przysunął się bliżej i oparł tak, że dziewczyna prawie pół leżała na kanapie. Całował ją coraz łapczywiej, nie zważając na to, że Ellen próbuje się wyswobodzić. Przypomniały mu się słowa kobiety, na którą wpadł wracając z zakupów. Mężczyzna powinien być stanowczy. Myślał, że o to chodzi. Nie wiadomo kiedy jego ręce powędrowały pod bluzkę Ellen, która gwałtownie się szarpnęła. Zaczął rozpinać guziki jej koszuli całując ją po szyi. Wyswobodzone usta Ellen dopiero teraz mogły wykrzyczeć swój protest.
-Paul! Przestań! To nie jest zabawne! - Krzyczała - Zejdź ze mnie! - Błagała starając się zrzucić z siebie mężczyznę. Jednak on zdawał się tego nie słyszeć. Był pijany i zaślepiony głupią gadką Rebecci. Uwierzył, że tak trzeba. Bezradna Ellen na nowo się rozpłakała i teraz próbowała wzywać pomocy krzycząc na całe gardło. Paul zakrył jej usta dłonią, tak mocno, że zaczęło jej braknąć powietrza. Wiła się tylko pod jego ciężarem i czekała na najgorsze. Wtem klucze od domu zabrzęczały przekręcając się w zamku. Z korytarza padły słowa Gene'a.
-Wyobraźcie sobie, że zabrakło mi kasy na ... - urwał nagle, stając w progu salonu. Przez sekundę zastanawiał się co się dzieje, aż w końcu zareagował natychmiastowo. Złapał Paula i energicznie ściągnął go z Ellen.
-Czy tobie do reszty odjebało! - Krzyknął wzburzony. Paul potoczył się na dywan i właśnie miał wstać, gdy ręce Gene'a go podniosły, a jego pięść wymierzyła mu solidny cios w twarz. Stanley zatoczył się pod regał i bryznął krwią na szklane drzwiczki. Złapał się za nos i podniósł drugą rękę, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy mocne kopniecie kolanem w podbrzusze sprawiło, że zwinął się w kłębek na ziemi. Ellen osunęła się z płaczem na podłogę. 
-Tak się, kurwa, twoim zdaniem zdobywa kobiety! Kurwa! Stanley! - Krzyczał nieustannie Gene i okładał Paul'a kolejnymi ciosami aż tamten stracił przytomność. Gene był wściekły, na rękach i na skórzanej kurtce miał krew. Oddychał głośno i nie miarowo. Powoli odwrócił się i spojrzał na Ellen. Nie zastanawiając się długo, wziął ją na ręce i wyniósł z domu. Posadził ją na przednim siedzeniu swojego samochodu, a sam zasiadł na miejscu kierowcy. Ruszył z piskiem opon, po to tylko by gwałtownie zatrzymać się jakieś pięćset metrów dalej. Popatrzył na roztrzęsioną dziewczynę. Ellen miała rozpiętą bluzkę i oberwane ramiączko od stanika. Na twarzy rozmazał jej się tusz.
-Przepraszam - odezwał się - nigdy bym cię z nim nie zostawił gdybym wiedział ... Co mu odjebało? - Zapytał sam siebie, bo nie mógł uwierzyć, że Paul mógł się tak zachować - Ellen, czy on ...?
-Nnn ... nie, nie zdą .. ą .. żżył - powiedziała cicho łkając - po poj..aawiłeś się ... w sa .. samą po .. rę - wydukała. Gene zdjął swoją kurtkę i okrył nią dziewczynę. 
-Zawiozę cię do hotelu, dobrze? A potem wrócę tu i wyrwę temu chujowi jaja.
-Nn nie ... nie zost...awiaj .. mnie - błagała. 
-Spokojnie. Nie zostawię cię - uspokoił ją - Boże, muszę z kimś porozmawiać - westchnął i przekręcił kluczyki auta w stacyjce.
_____________________________________
 13 listopada 1988 roku, Motley House, Los Angeles



Od rozprawy Nikki'ego w sądzie, menadżer Motley Crue zaczął dziwnie często unikać zespołu. Chłopakom jakoś specjalnie to nie przeszkadzało, bo w końcu nikt nimi nie dyrygował, ale Joe i Stevena zaczęło to martwić.
-Nie uważasz, że Doc powinien dopilnować aby Nikki trafił do Pasadeny? - Zapytał Stevena Joe jedząc swoją jajecznicę z pomidorem.
-No. Raczej. Jak tak dalej pójdzie to sami będziemy musieli go tam przetransportować - odparł Tyler, a Joe skrzywił się bardzo. 
-Ej, ja tu nie jestem jego niańką - bąknął.
-To co zrobimy? Mamy mu pozwolić zaćpać się z radości na śmierć? - Zapytał retorycznie Steven - To jest, kurwa, wyrok sądu i musi zostać wykonany.
-Ta ... zawlecz Sixxa na odwyk. Ty myślisz, kurwa, że to proste jak sikanie na stojąco.
-Sam przecież nie pójdzie. Widzisz jak się zachowuje - powiedział Steven i obaj z Joe popatrzyli na Nikki'ego, który zabawiał się ze swoją nową dziewczyną. Albo z jakąś dziewczyną w ogóle, gdyż trudno było stwierdzić czy to już stały związek czy tylko przelotna znajomość. 
-Ty, a kto to właściwie jest - zapytał Joe wskazując na jasnowłosą dziewczynę w ramionach Sixx'a. 
-To ... - zaczął, ale w tym czasie Nikki odprowadził dziewczynę do drzwi i wypchnął za próg dość brutalnie - ech ... chyba jednak nic poważnego - skwitował - Co u Billie? - Zapytał, zmieniając temat.
-Pieni się, że siedzę tutaj zamiast być z nią na Karaibach - powiedział Joe z wyrzutem, a Steven przytaknął uśmiechając się szeroko.
-Czego się, kurwa, cieszysz? - Podchwycił Joe - Nie masz żony to ławo ci się nabijać. A co z tą twoją sikoreczką z Rainbow?
-Co?! Z jaką moją ... To nie jest moja "sikoreczka" - obruszył się Steven.
-Jaka sikoreczka? - Zapytał znienacka Nikki, wpadając na taras do chłopaków.
-Steven się zakochał w barmance z Rainbow - wyjaśnił Joe, przedrzeźniając Tylera.
-Ta z kasztanowymi włosami? Mmm .... Szarpałbym jak Jehowi klamkę - odparł radośnie Sixx.
-Ej! Kurwa! Trochę szacunku! Ty to byś kurwa, szarpał nawet sztachetę w płocie, jakby ci kształtem przypominała dupę! - Powiedział obruszony Steven. 
-Ojojoj, przepraszam - bąknął Sixx i otworzył sobie piwo, które Steven zaraz wyrwał mu z ręki.
-Dawaj to. Zaraz jedziesz na odwyk, pamiętasz?
-Właśnie dlatego muszę się napić - odparł Nikki i złapał butelkę z powrotem. Steven popatrzył na niego jak na rozwydrzone dziecko, a Nikki pokazał mu język i zniknął w kuchni. 
-Dobra. Pomogę ci go tam zabrać - odezwał się w końcu Joe, średnio zadowolony, że musi utulać się z Sixxem.
___________________________________________
 15 listopada 1988 roku, Radisson Hotel, pokój wynajęty przez Gene'a, Nowy York

Gene zabrał Ellen do hotelu Radisson, tego samego w którym zatrzymała się Metallica, ale wszyscy, mając teraz własne problemy, ani razu nawet nie wpadli na siebie w korytarzu. Zresztą Gene nie wychodził z pokoju od pięciu dni, bo za każdym razem, gdy chciał pojechać do domu Paula, Ellen reagowała paniką. Bała się zostać sama. Siedziała skulona na łóżku i milczała. Simmons z trudem wyciągnął z niej co dokładnie stało się tamtej nocy. Głęboko wierzył, że Paul nie mógł tego zrobić sam z siebie. Bardzo chciał zrzucić winę na nadmiar wypitego alkoholu, ale ... i tak nic nie było w stanie wytłumaczyć Stanleya. Nie wiedział co powinien zrobić. 
-Ellen. Myślę, że powinnaś złożyć zeznanie na policji - powiedział w końcu, choć przyszło mu to z trudem. Oskarżenie Paula o próbę gwałtu mogło złamać karierę całego zespołu.
-Nie - szepnęła, kręcąc energicznie głową - Ja po prostu ... nie chcę do tego wracać.  
-Więc co teraz zrobisz?
-Wrócę do Los Angeles. Przepraszam, nie pojadę z wami dalej - Gene westchnął.
-Mam ochotę przemeblować mu ryj. Co on sobie myślał? - Dodał. 
_______________________________________
Tymczasem, w apartamentach Metalliki 

-To już nie są żarty - Lars chodził po pokoju w te i z powrotem - mija tydzień. Kurwa, pierdolony tydzień!
-Powinniśmy zadzwonić na policję - powiedział Bobby.
-Powinniśmy wezwać pierdolone FBI! - Obruszył się Duńczyk - Ludzie ot tak, kurwa, nie znikają! 
-Nie będę tak siedział - odezwał się James - idę go szukać na własną rękę, a wy tu, kurwa, siedźcie i debatujcie dalej! - Krzyknął i zamknął za sobą drzwi z hukiem, aż odbiły się od futryny. 
-Idę z Jamesem - odparł Newsted podnosząc się z łóżka - to czekanie do niczego nie prowadzi - dodał i tak samo jak Hetfield, opuścił pokój. Lars stał na środku i patrzył na Bobby'ego. 
-Powinienem zostać, w razie gdyby wrócił? - Zapytał zdezorientowany.
-Ja zostanę - odparł Bobby - ty im pomóż - Lars wybiegł z pokoju wpadając po drodze na Gene'a, który wracał z obiadem dla Ellen. Wytrącił mu tacę z ręki, ale nawet się nie zatrzymał i pognał dalej.
-Ulrich! Kurwa, patrz jak łazisz! - Krzyknął za nim Gene, ale Duńczyk już tego nie usłyszał.
______________________________________________
Popołudnie, Manhattan, Nowy York

 ..::RETROSPEKCJA::..
Auto Kirka stało skasowane na zjeździe z autostrady, na odcinku mało uczęszczanym przez samochody. Tamtej nocy, jeżdżąc po pijaku rąbnął w słupek z oznaczeniem numeru drogi i wpadł do rowu. Leżał nieprzytomny za kółkiem prawie dwa dni. Właściwie to spał tak długo, aż wywietrzał z niego cały alkohol, który tamtego feralnego wieczoru wpompował w siebie na backstage'u. Kiedy się ocknął poczuł potworny ból głowy. Ręką namacał rozcięcie nad łukiem brwiowym i zaschniętą krew.
-Kurwa ... to samo co ostatnio - bąknął wspominając cios, który niefortunnie otrzymał od Ingeborg suszarką. Wysiadł z samochodu i zakręciło mu się w głowie. Zwymiotował na jezdnię. Rozejrzał się po okolicy i stwierdził, że totalnie nie wie gdzie jest. W umyśle pojawiały mu się sceny z tego wieczoru gdy grali w Pyramid. Najpierw straszna kłótnia Larsa z Bobbym. Boże, jak oni krzyczeli. Potem Rebecca. O tak ... I to spojrzenie wszystkich, gdy powiedziała że jest w ciąży. Dawno nie czuł się tak upokorzony jak wtedy. Dalej ... Zagraliśmy beznadziejny koncert, chyba oberwałem pomidorem - wspomniał. Przypomniał sobie jak zamroczony alkoholem schodzi ze sceny i wpada na ... Gene'a? KISS ... Są w Nowym Yorku. Ellen ... Wsiadłem w samochód, bo chciałem ją spotkać. Wrócił do samochodu po pieniądze i postanowił iść do miasta piechotą. Dotarł do obrzeży Manhattanu i zmęczony wtoczył się do pierwszego lepszego baru. Zamówił kolejkę.

..::TERAZ::.. 
Kirk pił tak długo, aż skończyły mu się pieniądze. Właściciel lokalu wyrzucił go na ulicę, gdzie ten, odurzony wódką, spał kilka dni wraz z bezdomnymi. Nikt go nie poznał. Hammett spuchł, miał krew na twarzy i kilkudniowy zarost. Tłuste włosy opadały mu na plecy. Stracił poczucie czasu. Nie leczona rana na czole spowodowała wysoką gorączkę i infekcję. 
Tymczasem James, biegał po wszystkich znanych mu knajpach w Nowym Yorku. Pomyślał, że gdyby to jemu tak odświrowało, to na pewno chlałby na umór w jakiejś spelunie. W końcu wpadł do baru na Manhattanie. 
-Przepraszam - pytał barmana, starając się opanować zadyszkę - szukam kolegi. Może być w kiepskim stanie, taki nie wysoki, kręcone włosy, bardzo prawdopodobne, że nawalony jak młot.
-Pełno tu takich - odparł mężczyzna - nic, tylko walą wódę a potem nie płacą.
-Tamten mógł mieć pieniądze - dopytywał James.
-No. Był tu taki, zamawiał jednego shota za drugim, aż nie miał czym płacić. Wyjebałem go na tyły knajpy. Idź pan tam, może jeszcze tam leży. - James podziękował i zaszedł na tyły baru. Wszędzie walały się podarte worki ze śmieciami, biegało trochę szczurów i przede wszystkim, śmierdziało jak z szamba. James przełamał jakoś wstręt i zaczął przetrząsać śmieci. W końcu potknął się o but. Zdjął karton i ujrzał sylwetkę mężczyzny. Od razu poznał kurtkę Kirka i zdenerwował się, że jakiś bezdomny mógł mu ją ukraść. Popchnął leżącego gościa nogą. Nic. Złapał go za ramiona i uniósł do góry. Kirk ocknął się i spojrzał na Jamesa.
-Nie wierzę, że cię tu znajduję - wyszeptał Hetfield, rozpoznając Hammetta - jak ty wyglądasz? Boże .. a jak śmierdzisz - dodał i przerzucił sobie lekkiego jak piórko Kirka przez ramię - Zabieram cię do cywilizacji - Kirk tylko coś bełkotał. James stanął przy szosie, próbując złapać taksówkę. Gdy w końcu któraś się zatrzymała, władował kolegę do środka.
-Panie! - Krzykną taksiarz - Co pan!? To nie lektyka dla pijusów!
-Nie pierdol pan, tylko jedź do Radisson - rzucił James.
________________________________________________
Ponownie Radisson Hotel, Nowy York 

W pokojach siedzieli już zrezygnowani i zmęczeni Lars i Jason. Milczeli spodziewając się najgorszego. Nie znaleźli Kirka, a teraz jeszcze James się nie pojawia. 
-Pomoże mi ktoś? - Padło nagle z korytarza.
-James! - Krzyknął Lars i poderwał się z krzesła. Kwirk zaczął radośnie kręcić się w kółko, tak że zwrócił uwagę pozostałych, Bobby'ego i Jasona. Do pokoju wszedł James. A raczej najpierw wszedł smród, a dopiero potem James i Lars podtrzymujący Kirka.
-Święta Panienko! - Złapał się za głowę Bobby - Gdzie on był!
-Dzwonię po lekarza - powiedział Jason i pognał do lobby po telefon.
-Kurwa. Śmierdzisz jakbyś brał kąpiel w chlewie - powiedział Lars, niby zgryźliwie, ale z radością w oczach -Napędziłeś nam stracha, kudłate słoneczko*, wiesz? - Zażartował, kładąc Kirka na łóżku. 
_______________________________________

*Specjalne podziękowania za użyczenie tego zwrotu dla Evy. 
_________________________________________